piątek, 2 października 2015

Mostar - pęknięty świat


 Wojna tu trwa. W spalonych, zrujnowanych domach, w pamiątkach pod Starym Mostem, gdzie metalowej instalacji z małych rakiet i pocisków towarzyszy napis, można rzec marketingowy, „Don’t forgotten 93”. Czemu nie po „bośniacku”? Tej wojny nie ma – Mostar, bo o nim piszę, to miasto pełne turystów, których miejscowi „przewodnicy” atakują z każdej strony, to czterogwiazdowe hotele i knajpy w zachodnim stylu. Serbów, jak mówi sojusznik naszej podróży, polski ambasador w Bośni i Hercegowinie Andrzej Krawczyk, prawie tu nie ma. Ale to nie znaczy, że pokój zapanował w Mostarze – Chorwaci i Bośniacy tak się nie mogli dogadać, że w mieście funkcjonują…  dwie rady miejskie, dwa budżety, niektóre ulice dzielone są wpół….

Zagraliśmy tu „Moją Bośnię”, sztukę Katarzyny Knychalskiej - dla której pretekstem do opowieści były losy polskich reemigrantów z Jugosławii do Bolesławca po II wojnie światowej - dla setki widzów na małej scenie chorwackiego teatru w Mostarze i miałem znów wrażenie jak w Tobolsku, w Rosji (gdy graliśmy „Palę Rosję!”). jak w Mardin, w Turcji („Łemko”), jak w Legnicy (cały czas), ze rozmawiamy z „ludową”, ale wyrobioną publicznością, która jest cały czas w spektaklu, śmieje się i płacze, i słucha, tak słucha, że czasem na widowni jest śmiertelna cisza. Śmiertelna cisza – w tym spektaklu,  który w finale jest lamentem kobiet nad zabitymi w różnym czasie i świecie mężczyznami  to słowo ma specjalne uzasadnienie. Kiedy Roksana/Alina Czyżewska wypowie zdanie od którego właściwie zaczyna się cała nasza opowieść – „W ogóle głupio chłopom przyznać, że zazwyczaj o cycki chodzi, to i sobie do tych cycków wojny dorabiają” - na widowni jest  poruszenie. A potem jest już tylko lepiej, szczególnie w momentach, w których nasi bohaterowie mają jakieś sprawy z Jozefem Broz Titą…Nasz, mocno podbijany przez media, sentyment do Edwarda Gierka może się schować.

Potem długo słuchaliśmy z Kasią komplementów nie tylko Dragana Komandiny,  dyrektora artystycznego chorwackiego teatru, że udało się jej w tekście zderzyć trzy największe zbrodnie współczesnego świata – komunizm, faszyzm i nacjonalizm. Że to opowieść w imieniu człowieka, a nie ideologii, że nikt tu nie ma racji bo nie ma jednej wszechmocnej racji. Po spektaklu w foyer gospodarze postawili widzom i nam „coś nie coś”. Jacek Hałas z Lautari Trio śpiewał miejscowe pieśni i uczył miejscowych miejscowych tańców, jak na potańcówce w legnickim parku. Patrzyłem na ten zawirowany świat i pomyślałem, ze jednak są z nas wariaci, żeby „przywozić drzewo do lasu”, żeby w Bośni (i Hercegowinie, której stolicą jest Mostar) opowiadać historie o Bośni.

W 93. roku chorwackie wojska zburzyły most łączący obie części Mostaru. Zburzyły symbolicznie, żeby rozdzielić na zawsze te dwa światy. W 95. roku odbudowano most, żeby połączyć te dwa światy, Szaleństwo ludzi nie ma granic. Burzymy i budujemy w jednym czasie, w jednym świecie. Kiedy i kto zdecyduje, że jednak trzeba ten stary (nie taki znowu stary) most jednak zburzyć?


Przed nami spektakle w Podgoricy i Skopje, a potem długi powrót do domu, Była Jugosławia to przedziwny świat, piękny i popękany. „Wojna to wojna, co się dziwić? Od zawsze na wojnie chłopaków dziewczynom zabijali.8372 - tylu w Srebrenicy. Spotkacie takich, co się tym do dziś chlubią. W rocznicę wywieszają plakaty: Generale Radko Mladic dziękujemy ci, żeś tych Turków wybił. Turków...”, tak Roksana kończy nasz spektakl. To strasznie mocny finał. Każdy kto odwiedza Sarajewo musi pójść na wystawę o zbrodni w Srebrenicy, I nie wyjdzie z niej już taki sam. 

wtorek, 2 grudnia 2014

Radni cenzurują teatr


„Rada Miejska Legnicy poruszona obrazoburczym spektaklem „Spisek smoleński”, który ma być wystawiony przez teatr z Poznania na deskach legnickiego teatru im. Heleny Modrzejewskiej dnia 7 grudnia,  stanowczo protestuje przeciwko obrazie uczuć religijnych oraz obrażaniu poczucia istnienia wspólnoty Polaków” Teraz zagadka: skąd pochodzi powyższy cytat? Z komentarza w „Gazecie Polskiej”? Albo newsa w Radio Maryja? Nie, nie, to fragment….uchwalonej dziś rezolucji Rady Miejskiej  Legnicy, która takim tekstem…zaprotestowała przeciw prezentacji spektaklu Lecha Raczaka w teatrze w Legnicy!

Warto dodać, że to pierwsza uchwała nowej Rady po jej powstaniu. Wyraźnie oświeceni radni uznali, że cenzura w legnickiej kulturze jest konieczna, że to radni mają ustalać co można, a co nie można,  pokazywać na legnickiej scenie, że trzeba jak Antoni Macierewicz i spółka z.o.o wyznawać „kult Smoleńska”, to już chyba nie kult, ale religia…Nie pastwię się nad kolegami radnymi, z częścią z nich jest mi po drodze, ale zaprawdę nie rozumiem, ze nikt nie wstał i nie rzekł po prostu:

„Puknijmy się w głowy, koleżanki i koledzy, co nam do repertuaru teatru, wybrano nas, bo ludzie chcą prostych chodników i gładkich ulic, sali koncertowej i aquaparku, odchudzenia urzędu z darmozjadów-wiceprezydentów, likwidacji straży miejskiej, darmowej komunikacji MPK i wielu, wielu konkretnych spraw do załatwienia. Nikt z nas nie mówił o cenzurowaniu kultury, wpływaniu na repertuar zresztą nie byle jakiego teatru, w kulturze musi być różnorodnie i kontrowersyjnie, w końcu nikt z nas nie zgłosi rezolucji np. przeciw organizowaniu Dni Kultury Chrześcijańskiej?”

Niestety, nikt nie wstał,  bo żyjemy w kraju, w którym poprawność polityczna jest obowiązującą regułą i nic nie jest w stanie tego zmienić. Za uchwałą głosowało cały klub PIS i trzech radnych z klubu „jaśnie oświeconego prezydenta”, który wywodzi się z SLD i widać tęskno mu do czasów PRL, kiedy cenzurowano kulturę, Tak to sojusz SLD i PIS, Krzakowskiego z Maciarewiczem objawił się tak wyraźnie, że żadne zaklęcia go nie zmienią. Tak,  Legnicą rządzi Sojusz Lewicy Demokratycznej razem z Prawem i Sprawiedliwością, koalicja władzy, koalicja stołków, koalicja przywilejów. Polecam to szczególnie uwadze wyborców Tadeusza Krzakowskiego i Wacława Szetelnickiego. Ci pierwsi na pewno NIE głosowali za cenzurowaniem kultury,  (ci drudzy na pewno głosowali ZA zmianami w Legnicy, odsunięciem dworu, świty prezydenta. Miast tego muszą patrzeć jak ich wybraniec i pozostali radni PIS stają się częścią dworu i świty Krzakowskiego.

Za przyjęciem rezolucji głosowała większość radnych, dwunastu (dziesięciu się wstrzymało, jeden nie głosował) , oto ich nazwiska: Wojciech Cichoń, Ryszard Kępa, Sławomir Masojc, Anna Płucienniczak, Ewa Szymańska, Wacław Szetelnicki, Stanisław Kot, Zbigniew Bytnar, Adam Wierzbicki, Krzysztof Ślufcik, Jacek Baczyński i – niestety – Benedykt Ksiądzyna, Tego akurat nie rozumiem.


I na koniec. Bartek Rodak po wyborze Krzakowskiego na prezydenta  napisał na facebooku: „Myślę sobie, że Legnica została uratowana przed złymi ludźmi, mającymi przyszłość miasta gdzieś, bo na pierwszym miejscu stawiają wyłącznie własną przyszłość”. Rozumiem, że ci „źli ludzie”  to Jarek Rabczenko, Jacek Głomb, Robert Kropiwnicki, mogę jeszcze tak długo wymieniać. Ci „dobrzy”  to: Tadeusz Krzakowski, Wojciech Cichoń, Ryszard Kępa, Sławomir Masojc…Tylko, że od dziś najlepszym kolegą Krzakowskiego jest Maciarewicz i jak to teraz skomentuje rzecznik prasowy legnickiego SLD? 

czwartek, 27 listopada 2014

Urodziny teatru


27 listopada, trzydzieści siedem lat temu,  odbyła się pierwsza premiera nowo otwartego polskiego teatru w Legnicy: Lato w Nohant Jarosława Iwaszkiewicza. Jak się bliżej zastanowić, musiał to być szok na miarę lokalnego wybuchu bomby. Pokonane zostały rozmaite przeszkody i postawiono pierwszy krok na bardzo długiej drodze. Wydaje mi się, że ci partyjni działacze, którzy wydali zgodę czy nawet w swoim mniemaniu sami wymyślili polską scenę w Legnicy, nie wiedzieli, że szykują na siebie bicz. Może gdyby wiedzieli, do czego to wszystko doprowadzi, zastanowiliby się dwa razy. To było przecież niecałe dziesięć lat po wydarzeniach marcowych, których początkiem był bądź co bądź spektakl teatralny…

Dzisiaj trudno już sobie wyobrazić, że Legnica była miastem bez stałego teatru, skazanym na incydenty impresaryjne i amatorską inicjatywę. Że teatr jeśli nawet tu zawitał, to po spektaklu zwijał się w pośpiechu i wyjeżdżał. Przedwojenne tradycje były nieznane, zresztą miasto przed wojną jakby w ogóle nie istniało. Powojenne zwyczaje kulturalne jeszcze nie zdążyły się wytworzyć i okrzepnąć. Pierwsze lata legnickiego teatru musiały być jakimś świeżym przeżyciem, a jednocześnie piekielnie trudnym zadaniem. Kuciem w skale, rąbaniem maczetą w dżungli.

Wiem, co mówię. Sam działałem w podobnej atmosferze, praktycznie budując od zera. Stare odeszło, nowe jeszcze dobrze  nie wykiełkowało. Nikt wtedy nie przypuszczał, dokąd dojdziemy – do Teatru, który występował już na czterech kontynentach, który stanowi filar miasta i najbardziej wyraźny znak jego tożsamości. Gdy kulturalny Polak słyszy „Legnica”, najczęściej reaguje słowami: „A tak, to jest to miasto, gdzie mają taki świetny teatr”. Wierzcie mi, wiele razy już to słyszałem. To efekt wielu lat ciężkiej pracy artystów, ale także zasługa legnickiej publiczności, która pokochała swoją scenę i jest jej wierna.

Teatr jest sztuką ulotną. Spektakl zdjęty z afisza zostaje już tylko w ludzkiej pamięci. Tym bardziej trzeba wspominać tych wszystkich, którzy mieli odwagę otworzyć w Legnicy teatr. To wszystko zaczęło się właśnie w listopadowy wieczór, równe 37 lat temu.

Chwała im za to.



środa, 26 listopada 2014

List otwarty do Waldemara Krzystka, reżysera filmowego


Drogi Waldku,

z niejakim zaciekawieniem, ale i zadziwieniem,  zobaczyłem spot jednego z kandydatów na prezydenta Legnicy, w którym wszem i wobec popierasz w drugiej turze wyborów Tadeusza Krzakowskiego. Czynisz to co prawda telefonicznie, na przyjazd do Legnicy nie znalazłeś czasu, pewnie obowiązki, praca…. W spocie wychwalasz obecnego prezydenta pod niebiosa, a ja się zastanawiam co się stało i gdzie te nasze niegdysiejsze rozmowy o Legnicy, jej potencjale, tym wszystkim co ukryte. Co się stało? Znamy się długo i w życiu nie myślałem, że i w Twoim przypadku sprawdzi się stara polska zasada, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Co się stało? Pokaźne dofinansowanie dwóch Twoich filmów przez miasto powoduje, że z krytyka legnickiego świata władzy stałeś się jego admiratorem?

I kiedy tak dumam na tą niełatwą dla mnie osobiście sytuacją, nagle uzmysławiam sobie, że masz w tym wszystkim szatańsko-artystyczny plan. Boś przecież artysta, nie polityk, i wszystko co artystyczne jest dla Ciebie najważniejsze, i wiesz dobrze, że kolejne 4 lata Krzakowskiego w Legnicy to kolejne lata rujnowania miasta, kolejne wyburzenia, pustostany, kolejne ruiny, Już teraz filmowcy mówią, że wielkie przestrzenie miasta świetnie pasują do filmów, których akcja dzieje się w latach powojennych. Już przecież nieraz Legnica zagrała Berlin w 1945 roku. Jeszcze cztery lata rządów obecnej ekipy w Ratuszu, a będzie to już nie tylko Berlin 1945, ale Warszawa po powstaniu, kiedy została przez okupantów wysadzona w powietrze.  I wtedy w swoim, jak to mówisz rodzinnym mieście, nakręcisz wielki fresk o „zamordowanym mieście” i zbierzesz za niego zasłużone nagrody. W tym czasie już większość Legniczan wyemigruje z miasta, nie będzie więc żadnych sporów organizacyjnych przy realizacji filmu, Legnica będzie jednym wielkim planem filmowym zrujnowanego miasta, a Ty będziesz jego bajarzem. Taki to plan masz popierając obecnego prezydenta, który rządzi już 12 lat i chce rządzić dalej, mimo, że nasze miasto rozsypuje się na oczach. I to materialnie, i duchowo. Ale Tobie tych ruin w Legnicy ciągle za mało.

I pewnie tylko przez swoje liczne branżowe zajętości nie zauważyłeś , że ten doceniany przez Ciebie „doświadczony gospodarz” doprowadził do wyburzenia w ostatnich miesiącach kina „Kolejarz”. Pewnie nawet o tym nie wiesz. Tak, nie ma już „Kolejarza”!!! Jest na Łąkowej dziura między budynkami. Nie ma miejsca, które przecież, jak to czytałem wielokrotnie,  ukochałeś, wspominając swoje młode lata. Więc jak to jest, drogi Waldku, gdzie leży prawda? W tej emocji, która towarzyszyła nam przez lata, w tym szampanie dla całej ekipy w „Kolejarzu” o szóstej rano na zakończenie zdjęć do telewizyjnej „Ballady o Zakaczawiu”, czy w tym kunktatorskim spocie, zrobionym na odczepne, przez telefon.

Gdzie jest prawda?

Z artystycznym pozdrowieniem

Jacek Głomb, reżyser teatralny 

środa, 12 listopada 2014

Ruch Społeczny na Rzecz Zmiany na Lepsze


Kampania wyborcza nieuchronnie zmierza do końca. Nastał czas podsumowań. Czasami wypadają one kabaretowo, bo nie wszyscy maja co podsumowywać… Ale niezależnie od tego, „kto za kim stoi” i „kto pod kim dołki kopie” wyczuwa się w Legnicy inną atmosferę niż w poprzednich wyborach. Jest potrzeba odświeżenia, zmiany, nowej energii. Mam takie poczucie, ze stworzył się Ruch Społeczny na Rzecz Zmiany na Lepsze. Taki ponad partyjny, ponad podziałami, I to jest wielki sukces, wielkie osiągnięcie tej kampanii, także mediów, które z małymi wyjątkami (kuriozalny przykład dziennikarza jednego z portali,   dziennikarz ów startuje w wyborach  z komitetu prezydenckiego, a jednocześnie opisuje poczynania konkurencji) sensownie i merytorycznie opisywały kampanię, Fantastyczny pomysł portalu lca.pl, Telewizji Dami i Gazety Legnickiej na pozytywną kampanię z wizerunkiem Przemka Bluszcza, solidarność przeciw cenzurze na facebooku. Tego nie było wcześniej, tego poczucia, że jesteśmy razem, że Legnica zasługuje na lepszy los. Tak twierdzą wszyscy poza „obozem rządzącym”, Te wybory będą właściwie plebiscytem z jednym pytaniem:  czy jesteś za Legnica taką, jaka jest dotychczas? Czy potrzebna jest zmiana na lepsze? „Obóz rządzący” broni tego co ma: wpływów przywilejów, powiązań. Dokładnie połowa (23) kandydatów na radnych komitetu prezydenckiego jest powiązana miejscem pracy z Ratuszem. To porażająca statystyka!! Tacy radni, w ślad za sugestią swojego wodza, zagłosują, że w środę jest czwartek i nie będą widzieli w tym nic złego… „Wójt/burmistrz/prezydent kontroluje stanowiska w gminie. Ta grupa tworzy kokom niezainteresowany zmianami, a już w żadnym wypadku zmianami wójta/burmistrza/prezydenta. To klęska samorządu”, mówi w wywiadzie s dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” twórca reformy samorządowej, prof. Jerzy Stępień. To bardzo dotkliwy wywiad, przeczytajcie.  Nie chcemy radnych, którzy zagłosują, ze środę jest czwartek, nie chcemy prezydenta, który wzorem wschodnich satrapów uważa, że zawsze ma rację. Chcemy zmiany na lepsze.

„Porozumienie dla Legnicy” to jedyny społeczny, obywatelski komitet,  startujący w wyborach. Skupia on przedstawicieli różnych środowisk, przede wszystkim organizacji pozarządowych, liderów różnych społeczności, Legnica powinna stać się miastem obywatelskim, w którym głos mieszkańców będzie w Radzie Miejskiej słyszany i doceniany. W którym to mieszkańcy decydować będą o teraźniejszości i przyszłości miasta. Mamy świetnego kandydata na prezydenta, Jarka Rabczenkę.  Jarek to człowiek dialogu, który umie słuchać i rozmawiać, który gwarantuje  nową jakość i nową energię

Wszystkich, którzy wspierają moją aktywność publiczną: 20 lat działalności w legnickim teatrze, aktywność w Fundacji „Naprawiacze Świata:, wszystkich 15 167 legniczan, którzy oddali na mnie głos w wyborach do Senatu w 2011 r., gorąco proszę o głosowanie na kandydatów KWW „Porozumienie dla Legnicy” i naszego kandydata na prezydenta, Jarosława Rabczenkę.

Jacek Głomb, pełnomocnik KWW „Porozumienie dla Legnicy”, dyrektor Teatru Modrzejewskiej w Legnicy, prezes Fundacji "Naprawiacze Świata"

wtorek, 28 października 2014

Ciocia Gienia


Żartuję, ale w każdym żarcie jest trochę prawda, że mam – jak młodzi w grach komputerowych - dwa życia. To pierwsze, do 1993 roku, w Tarnowie, i to drugie,  teraźniejsze, dolnośląskie, związane na śmierć i życie z Legnicą, 50 lat przecięte prawie na pół. Dwa życia, dwa światy, dwie opowieści. W tej drugiej jestem tak mocno,  że zdaje się, że jest ona jedynie słuszna. Ale tak nie jest, bo nic nie jest biało-czarne, dobre-złe. Wspomnienie tamtego świata jest może uśpione, zamazane, ale przecież wraca. Jak nie mogę spać. Jak zobaczę pomnik.

Miałem wtedy 5, 6, może 7 lat. Rodzice pojechali na zakładową wycieczkę do NRD i „oddali” mnie cioci Gieni i wujkowi Kazkowi. Ciocia Gienia to był ktoś, najważniejsza i największa (także gabarytami) postać w rodzinie. Siostra mamy, w ciocinym mieszkaniu w bloku  na Ogrodowej w Brzesku skupiało się życie rodzinne Głombów (oboje – moja mama i mój tato są z Głombów, jedno przez „ą” i jedno przez „om”, tato jest starszym kuzynem mamy, na ślub musieli mieć dyspensę od biskupa, tato pierwszy raz „napił” na chrzcinach mamy – ale to temat na inna opowieść). Święta, imieniny, spotkania, właściwie każdy powód był dobry, i jechało się w niedzielę na obiad do Brzeska, i jadło, i piło, i biesiadowało. Hałas był niemożliwy, to chyba moja mama wymyśliła pojęcie „kącik dla nerwowych”, szukaliśmy takiego miejsca, żeby znaleźć spokój w mieszkaniu, które kipiało od gwaru, oboje, i ciocia, i wujek, umieli i lubili mówić. I śpiewać, spotkanie bez śpiewu było spotkaniem straconym. „A chachary żyją/i gorzałkę pija/w góry spoglądają/wszystkich w d…mają”, to był repertuar obowiązkowy, nie żadne tam disco polo, bo o disco polo w latach 70-tych nikt nie słyszał, po prostu pieśń biesiadna. Ciocia zresztą nie poprzestawała na repertuarze powszechnym , sama pisała przyśpiewki, wierszyki i wykonywała je z wielką ochotę przy różnych okazjach. Była Rabelaisem z Brzeska - Okocimia.

Wczoraj, na stypie po Jej pogrzebie, nikt nie miał odwagi, żeby zaśpiewać „Chachary”. Choć ta potrzeba wisiała w powietrzu, tak jak pytania Cioci: „dużo było ludzi?”, „a co było do jedzenia?”. Ciocia kochała opowiadać i kiedy jeszcze była świadoma, choć już poważnie chora, rozmawiały z moją mamą godzinami przez telefon. Nie ma już takiego świata i nie ma już takiego gadania, dla mnie i sporej części mojego pokolenia, rozmowy przez telefon to udręka. Czasem wydaje się, że i  normalne rozmowy to udręka... Wtedy uciekałem do „kącika dla nerwowych”, teraz przywołuję tamten świat jak Macondo?

Moje Macondo nazywało się Limanowa. Pojechałem tam z ciocią i wujkiem i ich córkami, Lucią i Maśką, w których oczywiście wtedy, a i potem,  się kochałem, tak jak młodszy kuzyn kocha się w swoich starszych kuzynkach  (ale to też temat na inną opowieść). I już nie wiem, co to było, może postument, może jakieś podwyższenie,  wspiąłem się na nie, i stanąłem w jakiejś pewnie masakrycznej pozie i ogłosiłem całemu światu „Jacet…pomnit”. I już nie pamiętam rodzinnej reakcji, czy zapanował powszechny entuzjazm, czy zostałem wyśmiany….Tutaj potrzebne jest wyjaśnienie: świat wtedy był o wiele prostszy i nie słyszało się o dyslektykach, po prostu ktoś nie wymawiał „k” i tym kimś byłem ja. I to „Jacet…pomnit” ciągnie się za mną od wtedy do dziś. Już w moich dorosłych czasach  Ciocia Gienia raczyła towarzystwo rozbudowanymi wersjami tej opowieści. Nie powiem, żebym przepadał za tym, mocno się denerwowałem (bo kto lubi, jak w dorosłości się mu przypomina, że kiedyś  zsikał się w majtki?), z czasem jednak zrozumiałem, że nie ucieknie się przed przeszłością, przed dzieciństwem, one cię zawsze dogonią i musisz, nie chcesz, ale musisz się do nich uśmiechać, bo jesteś stamtąd i nie ma od tego odwrotu.  Ostatnio kuzynka Maśka oglądała w Tarnowie moje „Wesołe kumoszki z Windsoru” z Giorzowa, w których pleban Evans nie wymawia „b”. I znów usłyszałem „Jacet…pomnit”. Uśmiechnąłem się.

Na stypie był rosół, i mięso, i ziemniaki. Herbata, kawa, sok. Ciasta na deser. Jedliśmy i pili, takie rodzinne spotkania, bo strach pomyśleć, ale po latach, kiedy jest bliżej końca, niż dalej,  życie rodzinne odżywa właśnie na pogrzebach, mniej na weselach. Przytulaliśmy, wzruszali, uśmiechali, wspominali. „Gienie by się ten pogrzeb spodobał”, rzekła potem przez telefon do mojej mamy ciocia Jania, kolejna z sióstr. „Gience by się ten pogrzeb spodobał”,  powtarzałem sobie pod nosem wracając do Legnicy, i smutek zamieniał się w uśmiech, taką chcę i będę pamiętał Ciocię Gienię, śmiejącą się głośno, Panią Stołu, Najlepszego Człowieka na Świecie.


PS. Eugenia Zając z domy Głomb, żona Kazimierza, córka Jana i Michaliny z domu Dobosz, mama trzech wspaniałych córek, Krystyny, Lucyny i Marii,  zmarła w wieku 87 lat 23 października 2014 roku w swoim mieszkaniu przy ul. Ogrodowej 42 w Brzesku

piątek, 26 września 2014

Prezydent miał już 12 lat na swoją "strategię Legnicy"

                  

To , że obecny prezydent Legnicy „odgapia” cudze pomysły wiadomo nie od dziś. Projekt urzędowej strategii rozwoju Legnicy 2015-2020 jest klasycznym „odgapieniem” pomysłów zawartych w Obywatelskiej Strategii Rozwoju Legnicy, które przedstawiamy publicznie od kilku miesięcy. Nawet nasz pomysł na powstanie aquaparku znalazł uznanie prezydenta, choć nie tak dawno słyszało się z Ratusza, że basenów jest ci u nas dostatek. Prezydent swoją strategią ogłosił w czwartek, 25 września,  w sali w hotelu „Qubus”, choć wcześniej urząd zapowiadał, że gotowa będzie w październiku. Skąd to przyspieszenie? Ano stąd, ze programie najbliższej,  poniedziałkowej (29 września) sesji Rady Miejskiej znalazła się prezentacja naszej społecznej strategii. Prezydencka musiała być pierwsza. Dlaczego natomiast zawiśnie ona na stronach internetowych dopiero w środę, 1 października? Ano dlatego, że naszą pokażemy dwa dni wcześniej, więc będzie można coś nie coś „odgapić”….

Ale może nie kopiowane pomysłów jest najważniejsze, w końcu niech dobre projekty służą rozwoju miasta, ale ta prezydencka hipokryzja i udowadnianie, że w Legnicy jest świetnie, a będzie jeszcze świetniej i „my wiemy jak to zrobić”. Otóż nie. Prezydent miał już 12 lat na swoją „strategię rozwoju”, udowodnił, że jest bardziej komisarzem niż gospodarzem i że woli burzyć niż budować. Doprowadził miasto to takiej degradacji materialnej, że spokojnie wart jest wszelkich „nagród” w dziedzinach rozsypujących się kamienic, zniszczonych podwórek, dziurawych dróg i popękanych chodników. Nie mówiąc już o zastraszającym wyludnianiu się i braku perspektyw dla młodych ludzi. Dwanaście lat rządów Krzakowskiego to stopniowe staczanie się miasta po równio pochyłej, każda kolejna kadencja była o wiele gorsza, a w tej trwającej obecnie nie sposób znaleźć cokolwiek pozytywnego. Mało już kto wierzy w prezydenckie „obiecanki-cacanki”, 12 lat powtarzania tego samego to o wiele za dużo.


I jeszcze jedno. Prezydent  urzędowa strategię ogłosił w komercyjnej, hotelowej sali, a „konsultował” ją z swoimi dyrektorami, szefami instytucji miejskich i organizacji powiązanych z miastem w luksusowych salach KGHM „Letia”. Zapłacił za nią kilkadziesiąt tysięcy złotych. My swoją obywatelską strategię napisaliśmy społecznie, w kilkadziesiąt osób zaproszonych do udziału w projekcie, a konsultowaliśmy ją na legnickich podwórkach i placach, rozmawiając z mieszkańcami o ich codziennych problemach. To jest zasadnicza różnica. Na te podwórka i place nie dotrze prezydent i jego świta, bo tam się można „pobrudzić”. A już na pewno usłyszeć co zwykły legniczanin myśli o ekipie, która od 12 lat rządzi naszym miastem. Ale posłańcy głoszący złe nowiny nie docierają na pierwsze pięto Ratusza, do gabinetu prezydenta. Są eliminowani po drodze. Przecież Legnica jest rajem, a Bóg w niej jest tylko jeden.