środa, 28 maja 2014

Turcy się dziwią


Na warsztatach w Antalyi, razem z Pawłem Palcatem, opowiadamy o naszym legnickim doświadczeniu, o „Teatrze, którego Sceną jest Miasto, o graniu w tzw. ruinach, o walce z lokalną władzą o zdegradowane przestrzenie i widzę zdziwienie na twarzach uczestników, a raczej uczestniczek,  bo przyszły same kobiety (skąd my to znamy? Z Polski!).

Po pierwsze: w Antalyi nie ma ruin, to współczesne, na wskroś nowoczesne miasto, nastawione na turystykę i rozrywkę. Są tu ślady przeszłości, brama cesarza Hadriana, stare miasto, jest i jedna „ruina”, którą Gosia Bulanda wypatrzyła już w grudniu, kiedy byliśmy tu z wizytą dokumentacyjną. To stary,  olbrzymi dom ormiańskiego kupca z zachowanym w części umeblowaniem, ze sporym ogrodem. Idealna „ruina” wg legnickiego modelu. Na sprzedaż za milion euro (albo dwa), nie pamiętamy, a ogłoszenie zniknęło z frontu domu.

Po drugie: takie spory  artystyczne i społeczne, jakie toczymy z lokalną władzą w Legnicy,  byłyby w Turcji nie do pomyślenia. Tutaj większość życia społecznego i kulturalnego podporządkowane jest władzy, prezydent Krzakowski czułby się tu  świetnie. Państwowe teatry mają swoją centralną dyrekcję w Ankarze, teatr w Antalyi musi dostać zgodę na wszelkie swoje działania. Na wczorajszym „Łemko” gościł lokalny valik (mniej więcej odpowiednik naszego wojewody). Przybył w otoczeniu ochraniarzy, którzy nerwowo zareagowali na strzały (z broni hukowej) jakie Ukrainka – Kasia Dworak i Ukrainiec – Grześ Wojdon – oddają w spektaklu. Na brawach fotografowie rzucili się robić zdjęcia nie aktorom, ale pierwszemu rzędowi, gdzie siedział valik i goście…To akurat znamy z Polski.

Już pisałem na facebooku, że spektakl został bardzo dobrze przyjęty, mimo, że nie jest najłatwiejszy w odbiorze, widzowie muszą cały czas podążać za akcją i za napisami, których nie jest mało. Mówiono nam o wielkiej sile spektaklu, o mocy, o świetnej muzyce wykonywanej na żywo, zazdrościli nam tańców i dziwili się, że w Polsce tańce ludowe to skansen, nikt właściwie ich nie tańczy. Opowiadali nam o swojej wielonarodowej historii i konfrontowali ją z naszą opowieścią.

Kiedy na warsztatach opowiadałem o teatrze, który zmienia świat dostałem brawa. Myślę, ze w każdym świecie, nawet tak scentralizowanym jak Turcja, jest tęsknota za wolnością, za swoboda. 31 maja i 1 czerwca w większych miastach w Turcji planowane są przez opozycję demonstracje w rocznicę pacyfikacji okupujących  park Gazi. Byli wtedy zabici i ranni. W sobotę lecimy do Mardinu, w niedzielę mamy tam montaż. Mardin to wschodnia, azjatycka Turcja. Nie sądzę, żeby nas dogoniły tam demonstracje. Poza wszystkim widać, że teatr to rzecz w Turcji mocno niszowa, w milionowej Antalyi są raptem dwa teatry, w milionowym Mardinie ani jednego.


W poniedziałek doszła nas tu wieść o śmierci kina i domu kultury Kolejarz, który czeka planowane wyburzenie. W następnym wpisie napiszę wiec o tym jak prezydent Krzakowski stara się w wyburzaniu Legnicy doścignąć - a nawet prześcignąć - sekretarza Gomułkę.  

wtorek, 13 maja 2014

Przystanek Wschód - Zachód


Taką perspektywę widziałbym dla przyszłości Legnicy – budowanie wizerunku miasta miasta wielonarodowgo, wielokulturowego, jednocześnie będącego łącznikiem między Wschodem i Zachodem. Nie ma lepszego miasta, które mogłoby pełnić taka rolę. Dzieje Legnicy są esencją dziejów całego Śląska, modelem losów naszej części Europy. Założona przed niemal tysiącem lat, wchodziła najpierw w obręb państwa Piastów – pierwszych królów Polski. W XIV wieku dostała się pod panowanie czeskie, w XVI – pod austriackich Habsburgów. W wyniku wojen śląskich zajął ją wraz z całą dzielnicą Fryderyk Wielki (1744). Aż do 1945 roku była miastem początkowo pruskim, a następnie od 1871 r. niemieckim. Po II wojnie światowej znalazła się w granicach państwa polskiego.

            Mieszkańcami Legnicy byli ludzie najrozmaitszych narodowości, głównie Niemcy, ale także Polacy, Żydzi, Walonowie, Francuzi i Włosi. Do 1675 r. miastem rządzili książęta z polskiej dynastii Piastów. Powojenne miasto, z którego wysiedlono dotychczasowych mieszkańców, zapełniło się międzynarodową mieszanką: obok resztek Niemców zamieszkali Polacy, Francuzi, Włosi, Grecy, Żydzi, Cyganie, Ukraińcy, Łemkowie. Najliczniejszą mniejszością byli jednak Rosjanie i inni obywatele ZSRR, żołnierze i cywile. Wszyscy ci ludzie tworzyli nową Legnicę.

 W 1993 roku wyjechał stąd ostatni radziecki żołnierz. Od 2000 roku, czyli od premiery Ballady o Zakaczawiu, wielonarodową przeszłością miasta zajął się legnicki teatr. W kolejnych latach powstały takie spektakle, jak Wschody i Zachody Miasta (2003) – sceniczny fresk o dziejach miasta w XX wieku z perspektywy teatru, oraz Łemko (2007) – opowieść o uciemiężonym narodzie górali beskidzkich, którzy, wypędzeni z ojczyzny, swój nowy dom znaleźli m.in. w Legnicy i jej okolicach. Są to opowieści, które, wskrzeszając dawny świat, przywracają miastu pamięć i budują jego nową tożsamość. Ale dokonania legnickiej sceny nie ograniczają się do przedstawień „lokalnych”. Powstają tu również takie spektakle, jak Palę Rosję – opowieść syberyjska (2009), gdzie sondując równocześnie przeszłość i teraźniejszość, próbuje się ukazać całe skomplikowanie stosunków polsko-rosyjskich (w 2009 roku spektakl odbył tournee po Rosji, pokazywano go m.in. w Moskwie, Włodzimierzu i miastach Syberii). Teatr jest również organizatorem takich społecznych przedsięwzięć, jak Wielki Zjazd Legniczan, który na kilka dni 2004 roku zgromadził legniczan różnych narodowości, zamieszkujących dziś praktycznie cały świat, oraz „20 lat po” – artystyczno-społeczny projekt, obejmujący spektakl, pokaz filmu, konferencję i rozmaite spotkania, do których pretekstem stała się dwudziesta rocznica wyjścia byłej Armii Radzieckiej z Legnicy i Polski.

Kreowany przez nasz teatr Ośrodek Nowy Świat (w tym celu chcemy zrewitalizować salę teatralną i kamienicę przy ul. Nowy Świat 19), miejsce spotkań młodzieży z krajów związanych swą historią z Legnicą, ma być właśnie takim przystankiem między Wschodem i Zachodem. Wynikające z tego korzyści promocyjne dla naszego miasta byłyby nie do przecenienia. Ale do tego potrzeba odważnych decyzji Ratusza, a nie zaściankowego administrowania miastem.

                                                             


niedziela, 4 maja 2014

Fragment pewnej rozmowy


Pewnie nie wszyscy czytelnicy mojego blogu studiują branżowe portale teatralne, w tym najlepszy z nich, teatralny.pl, gdzie niedawno (23 kwietnia) ukazał się wywiad ze mną (pt. „Tęsknię za walką”), który przeprowadziła Jolanta Kowalska. Ponieważ mówią tam o Legnicy nie tylko teatralnej, o tym, co było i co będzie, przytaczam dla zachęty fragment tej rozmowy.  

Jolanta Kowalska - Ile razy zwalniałeś z pracy prezydenta miasta?

Jacek Głomb - To raczej on mnie zwalniał.

Nie pozostawałeś dłużny zwierzchnikom.

Jak dotąd cztery razy próbowano mnie zwolnić, czyli wszczęto służącą do tego procedurę formalno-prawną.

Ale oddawałeś te policzki władzy.

Oddawałem, bo jeśli się robi teatr ostro komentujący świat, to nie można się uchylać od tematów niewygodnych dla władzy.

W jakich okolicznościach zdarzały ci się konflikty z miejscową władzą?

My nigdy nie chcieliśmy być dworscy. Władza zawsze, a ta wybrana w bezpośrednich wyborach w szczególności, chce sobie podporządkować wszystkie podległe jej instytucje. My chcemy służyć obywatelom, nie władzy, więc mówimy o rzeczach ważnych dla Legnicy. To nie zawsze wzbudzało entuzjazm urzędników. W Balladzie o Zakaczawiu pokazaliśmy zrujnowane miasto. Władza przyszła i powiedziała, że to nie w jest porządku, bo należy promować piękną, nowoczesną i rozwojową Legnicę, a wy nam tu pokazujecie jakieś rudery. Władza też lubi wykorzystywać teatr do własnych celów. Pamiętam taką sytuację, gdy prezydent Tadeusz Krzakowski objął władzę w mieście i jacyś biznesmeni wymyślili, że zrobią koncert charytatywny w teatrze. Prezydent ze swoją zastępczynią też mieli wystąpić z popisem muzycznym. Dałem im salę, usiadłem na balkonie i zobaczyłem zwyczajną hucpę. Uznałem, że takie rzeczy nie powinny mieć miejsca w teatrze. Po tygodniu zadzwoniła do mnie pani wiceprezydent i powiedziała, że chcieliby to powtórzyć. Odmówiłem i oświadczyłem wprost, że nie akceptuję takiej chałtury. To się oczywiście nie spodobało, oni nie mogli zrozumieć, jak mogę zabronić panu prezydentowi „zagrać” na kontrabasie, a pani prezydent robić głupie miny. Od tego momentu zaczęły się napięcia. Pojawiły się zarzuty o mnożeniu kosztów, graniu poza budynkiem, ograniczaniu miejsc na widowni. Oczywiście wszystkie te brednie obaliliśmy, przedstawiając odpowiednie statystyki.

Idea teatru lokalnego nie trafiała do lokalnych władz?

Nie, gdyby ta idea trafiała tu na podatny grunt, to nie zawieszałbym festiwalu „Miasto”. Naszą intencją było odzyskanie dla Legnicy ciekawych, zrujnowanych obiektów poprzez teatr. Temu miał służyć festiwal, który wyprowadziliśmy w przestrzeń miasta. Niestety, władze nie zrobiły nic (i dalej nie robią), by uratować te niszczejące budynki. Teraz kieruję walkę na inne tory i będziemy próbowali „odbić” miasto. Chodzi o to, by listopadowe wybory samorządowe doprowadziły do zmiany obecnej ekipy, bo w Legnicy panuje zastój i marazm. Zaangażowałem się w budowę listy obywatelskiej, która być może sprawi, że „pan od kontrabasu” zakończy pracę w Urzędzie Miasta. Mogę powiedzieć również, że sam nie będę startował w wyborach na prezydenta Legnicy, jak niektórzy sądzą. Uznałem, że to, co robię w teatrze, jest zbyt ważne, by z tego zrezygnować. Będę wspierał jednak konkretnego kandydata i skupioną wokół niego grupę osób.

Czy Jacek Głomb nie za długo siedzi w Legnicy?

Rozważałem różne propozycje z innych miast, jednak uznałem, że coś tutaj udało mi się zbudować. Coś więcej niż teatr. Zbudowałem to krwią, potem i łzami. I pewnego dnia mam to oddać komuś przypadkowemu, który to zniszczy? Albo jakiejś władzy, która wreszcie będzie mogła sprawić sobie teatr z Wesołą wdówką? Nie, jestem uparty. Jeśli ktoś mnie wreszcie zechce wywalić, to mnie wywali. Mam kontrakt do roku 2017 i nie zamierzam odchodzić.

A jak z polityką? Nie masz już żadnych planów?

Ja nie odróżniam polityki od działalności społecznej. Polityka jest formą służby publicznej. Jeśli chce się naprawiać świat, to trzeba mieć odpowiednie narzędzia. Teatrem oczywiście też da się wiele zmienić, ale by robić to w szerszej skali, potrzeba innych środków. Stąd mój pomysł, by zmienić władzę w mieście. Oczywiście, nie mogę przewidzieć, jaki będzie tego rezultat. Nie zamierzam jednak porzucać Legnicy. Udało nam się stworzyć tutaj wyjątkowy świat i nie mogę pozwolić, by ktoś to zniszczył.


niedziela, 13 kwietnia 2014

Infantylny skrzat, czyli o tym, że w parku nie rosną truskawki


Mało jest w Legnicy osób tak dynamicznych jak Marta Chmielewska. Teraz jest już na emeryturze, przez wiele lat była dyrektorką  podstawówki nr 10, której patronkę, pisarkę Zofię Kossak, uczyniła tematem swojej działalności społecznej. Założyła stosowne towarzystwo i od paru lat  Jej idee fixe jest, aby jeden z legnickich zaułków (przesmyków) wziął imię od Skrzata Kacperka, bohatera jednej z książek Kossak. O ile wiem, już kilka razy o to wnioskowała, w tym roku po raz kolejny i wydawało się, że wszystko skończy się dobrze, bo komisja od nazw pozytywnie zaopiniowała projekt. Ale to nie wystarczyło. Radni po ponoć burzliwej dyskusji odrzucili ten pomysł, ale jeden z przeważających argumentów brzmiał: to infantylna nazwa…Powiedzieć, że ręce opadają to nic nie powiedzieć. Autorem tegoż argumentu był radny Jan Kurowski, wybrany z list PIS-u, teraz niezależny. Jak widać niezależny także od zdrowego rozsądku.

W grudniu 2012 roku, po niezmiernie udanym projekcie artystyczno-społecznym „Dziękujemy Bitlesom!”,  zebraliśmy ponad 300 podpisów pod apelem, aby jeden z fragmentów legnickiego parku nazwać „Truskawkowe pole”, od słynnej piosenki Bitelsów „Strawberry fields”. Nasz apel zginał w przepastnych szufladach Magistratu, który nie odpisał nawet „pocałujcie mnie gdzieś”, co mnie specjalnie nie dziwi. Natomiast zadziwiła mnie reakcja jednego z radnych (tym razem z litości przemilczę nazwisko). Kiedy opowiadałem mu o tym problemie przerwał mi i zafrasowany rzekł: „No tak, wszystko ok. ale przecież w parku nie rosną truskawki”. Tak, w parku nie rosną truskawki, a od radnych nie wymaga się znajomości historii muzyki. Ale zdrowy rozsądek by się przydał, prawda?


Ci sami radni, którzy brzydzą się Skrzatem Kacperkiem,  podumali, podumali, pomajstrowali przy nazwie pewnego placu i wymyślili, uwaga, Plac Ofiar Niemieckich Hitlerowskich Obozów Koncentracyjnych. Pytanie z nagrodą: czy ktoś z Was chciałby mieszkać przy placu o takiej nazwie, jak taką nazwę wpisać np. meldując się w hotelu? Ale legniccy radni widać nie podróżują. A Polska ma znowu ubaw z Legnicy. 
W Teleexpressie już było. Przykre.

środa, 5 marca 2014

Putin to nie Rosja, Maciarewicz to nie Polska


Eskalacja konfliktu na Wschodzie pobudziła na nowo już śpiących adwersarzy naszego projektu „Dwadzieścia lat po”. Ni mniej, ni więcej,  twierdzą oni, że nasze wrześniowe spotkanie z Rosjanami, Ukraińcami i Białorusinami było zdradą narodową, a ja osobiście jestem współodpowiedzialny za agresję Rosji na Ukrainę. Pan Bóg jednym daje rozum, drugim odbiera. Jego wola. Machnąłbym może na te głupoty ręką, jednakże moi ulubieni mędrcy z Lubina dotknęli przez przypadek rzeczy ważnej: kwestii do jakiego stopnia jesteśmy odpowiedzialni za to czyni nasze państwo?

Nasze wrześniowy projekt był spotkaniem ludzi, a nie władzy, struktur państwowych. Tylko taka historia mnie i interesuje, tylko taką warto opowiadać. Wojnę w Ukrainą wywołała władza, nie ludzie. Rosja to nie Putin, tak jak Macierewicz to nie Polska. Istotne jest pytanie o zgodę Rosjan na taką Rosję i tu możemy godzinami dyskutować o społecznym przyzwoleniu na taki kraj, o strachu, cechach narodowych i kontekstach historycznych. Ale i o tej na razie grupce odważnych, którzy nie wahali się kilka dni temu zaprotestować przeciw rosyjskiej agresji na Krymie. Wśród tych kilkuset osób był nasz przyjaciel, rosyjski dramatopisarz, Misza Durnienkow. Protest ten okupił aresztem. Ale to że tam się zjawił, że zaprotestował, było jego naturalnym wyborem, wynikało z takiego, a nie innego systemu wartości. Szkoda, że w Rosji jeszcze niewielu taki system podziela.


Ale obarczanie wszystkich obywateli  Rosji winą za to co wyczynia Putin i jego dwór wydaje mi się mocno uproszczoną  wizją świata. Dużo ważniejsze jest wspieranie Rosjan we wszystkich demokratycznych i społecznych projektach, budowanie ludzkich, pozaoficjalnych relacji. Strasznie mało się znamy i strasznie mało rozmawiamy. Jasne, takie wydarzenia jak wojna na Ukrainie nie sprzyjają  nawet  takiej społecznościowej wizji kontaktów. Ale nie dajmy się zwariować. Rosja ma wiele twarzy, nie tylko twarz Putina. 

piątek, 21 lutego 2014

Flesze i zmory


Może było tak, dat i fakty plączą się: moje pierwsze dziennikarskie doświadczenie to był tekst „interwencyjny” o lodowisku w Tarnowie, które miało powstać, a długo nie powstawało, wydrukowały go „Tarnowskie Azoty”, był rok 1978,  miałem wtedy 14 lat. Szefem tego zakładowego tygodnika, finansowanego przez lokalne zakłady chemiczne, był mój Tato, Eugeniusz, wtedy dziennikarska potęga w Tarnowie. Szefował także tarnowskiemu oddziałowi „Gazety Krakowskiej”, a przecież za niedługo szefem ‘Krakowskiej” został Maciej Szumowski, to był złoty okres tej gazety, 1980 i 1981 rok, świetne teksty i opozycyjny wobec partyjnej konserwy ton. Tato był w tym wszystkim mocno, po stanie wojennym wpadł w kłopoty, w lipcu 82 roku przyszła choroba – wylew, z którego na szczęście wyszedł, ale zawodu już nie mógł wrócić, zresztą już nie było gdzie.

Ja natomiast bardzo pchałem się do dziennikarstwa., po stanie wojennym znalazłem sobie niszę, pisanie o sporcie do krakowskiego „Tempa”. Terminowałem u Ryszarda Niemiec, przez wiele lat dziennikarskiej  firmie  w Krakowie, co to były za czasy, podróże PKP i PKS-em, relacje z III i IV ligi piłkarskiej, 0-0 w pasjonującym meczu Kolejarz Stróże – Harnaś Tymbark,  i krzesełko rybackie podsunięte mi na meczu w Bochni przez usłużnych działaczy, żeby „pan redaktor się nie zmęczył”. „Pan redaktor” miał wtedy 19 lat, wracał do domu i dzwonił do hali maszyn na Wielopolu,  i dyktował maszynistce relację z meczu. Gwoli wyjaśnienia, nie było wtedy komputerów i poczty mailowej. Czasem pisałem teksty poważniejsze, na przykład o słynnym szachiście Aleksandrze Alechinie i wtedy biegłem do kiosku z samego rana i dotykałem swój poważny tekst.  Wszystko nagle się skończyło w 1984 r. Niemiec poparł polityczną decyzję o wycofaniu się Polski z olimpiady w Los Angeles, a  mnie to tak oburzyło, że….wysłałem mu ….dosyć obraźliwą  pocztówkę, treść była mniej więcej taka, że  jest wstrętnym komuchem i że rezygnuję ze współpracy. Flesz:, siedzę na krakowskim rynku, gołębie gruchają,  a ja piszę antykomunistyczną pocztówkę.

W drugiej połowie osiemdziesiątych lat,  „Tempo” zamieniłem na podziemny „Świat Pracy” – matryca wkręcona w maszynę do pisania „Mercedes”, cztery strony pisane przez siebie pod różnymi pseudonimami. W czerwcu 1989 r. wybuchła Niepodległość, ja skręciłem do teatru (zresztą miłośniczo już go uprawiałem od kilku lat) i zostałem już w nim do dziś.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, że jakiś rok temu, w Wójtowicach, u Krzyska Komornickiego, zobaczyłem najnowszy numer „Zdania” i usłyszałem, że ono wciąż wychodzi. I się wzruszyłem, bo „Zdanie’ kojarzy mi się właśnie w tamtym krakowsko-tarnowskim czasem, gdzieś w domu na Żeromskiego mam stare, pożółkłe numery z lat 80-tych. I myślałem, że tego świata już nie ma, że to zamknięty rozdział, a tu, popatrz, niespodzianka, i stąd te wspomnienia, poplątane i pewnie nie końca ścisłe.

Pamięć jest absolutnie ulotna i przez to absolutnie fantastyczna, zapisuje tylko chwile, nie zawsze te najważniejsze, w jakimś fleszu, zbliżeniu. Pamiętam na przykład, że denerwował mnie ten karnawał Solidarności w 80 i 81 roku, te ciągłe protesty, krzyki, awantury. W głowie miałem reformę szkoły i dziewczyny. Flesz: 13 grudnia mama weszła z rana do mojego pokoju i powiedziała, że jest wojna, a ja jaka wojna i obróciłem się na drugi bok. Potem pojechałem z Tatą do redakcji „Tarnowskich Azotów”,  mijaliśmy na ulicach wozy opancerzone i uzbrojonych żołnierzy. Redakcja była już zaplombowana, a ja sobie pomyślałem: jak władza wyprowadza czołgi przeciw własnym obywatelom? I tak stałem się antykomunistą. Flesz: któraś rocznic 13 grudnia, jadę do Krakowa pod pretekstem udziału w jakiejś manifestacji, a tak naprawdę jest to pretekst, żeby wizytę u Ukochanej B ukryć przed Ukochaną A. Antyrządowa manifestacja to bardzo poważny pretekst. Sytuacja trochę jak z „Ronda” Kazimierza Brandysa, gdzie bohater w czasie okupacji chroni swoją ukochaną wymyślając jej działalność w fikcyjnej organizacji. Flesz: kościół w Mistrzejowicach wypełniony po brzegi publicznością, która ogląda „Małą apokalipsę” Teatru Ósmego Dnia. Graja pod ołtarzem i z tej improwizowanej sceny pada czasem, a może i często,  niecenzuralne słowo, i nikogo to nie oburza, jest niepisana zgoda, niepisana umowa widzów z aktorami.   

            Flesze i zmory. Kiedy nie mogę spać, a zdarza mi się to coraz częściej,  wraca mi często fragment opowieści Jana Bielatowicza.  Bielatowicz to emigracyjny pisarz rodem z Tarnowa, o którym jeszcze przed moją emigracją do Legnicy napisałem książkę. Ta opowieść nosi tytuł „Książeczka” i jest fantastycznym wspomnieniem przedwojennego Tarnowa. Jest w niej wstrząsający ostatni rozdział „Perłowa granica”, który kończy się  tak:

„Jednej złej nocy, po wielu latach, kiedy już ziemia rodzinna usunęła mi się spod stóp, a trąba powietrzna rzuciła daleko od domu, szukałem ucieczki przed bezsennością i powrotu na bezpieczną łódkę na morzu strachu.
Powrotu do domu rodzinnego, portu nieomylnego, miejsca nie usuwającego się spod stóp, gdy ziemia się obróci. Schronienia przed trąbami powietrznym, trzęsawiskami, błędnymi ogniami, smokami i południcami, chociaż z domowymi duchami i strachami.
Kiedym pogrążony w te rozważania pomyślał, że nijak nie ma powrotu za perłową granicę ujrzałem – po tylu latach – czarną zmorę z dukatowymi oczyma jak się wyrajała niezgrabnie z sufitu. Przeszył mnie zimny strach, ale zamiast krzyknąć uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie bo tylko ona ocalała z dzieciństwa. Ona jedna powróciła.
Coś przecież nie opuszcza człowieka nigdy. Strach.”

Wszyscy oswajamy nasze zmory. Od tego,  jak skutecznie to czynimy, zależy los naszych światów. Nie każda jest czarna, nie każda ma dukatowe oczy.


 PS. Powyższy tekst ukaże się niebawem w piśmie „Zdanie”. 

wtorek, 18 lutego 2014

Do Marka Fiedora słów kilka


Marku,
papier wszystko przyjmie i tak tylko mogę rozumieć ten fragment Twojego wywiadu „Teatr nie jest barykadą”, pomieszczonego ostatnio na portalu teatralny.pl, w którym odnosisz się naszego Manifestu Kontrrewolucyjnego i Teatru Opowieści. 

Zastanawiałem się, czy reagować na tę zaczepkę. Myślę jednak, że jestem winny to wszystkim, którzy stworzyli w latach 90-tych drużynę Modrzejewskiej w Legnicy. W wywiadzie mówisz takie między innymi słowa:   „Jacek (…) dał się chyba trochę ponieść emocjom. Przecież sam był przez wiele lat beneficjentem tego systemu, który windował Legnicę jako progresywną alternatywę dla zacofanych teatrów stołecznych. I sam dobrze wie, że mechanizm „giełdy” nie działa sprawiedliwie – w pewnym momencie zagarnia i winduje na „top” wszystko bez różnicy: i to, co wielkie, i to, co średnie. Działa jakiś owczy pęd i wszyscy się zachwycają. A potem moda mija i obiektem „lansu” stają się inni. (…)  Jacek zaczął się zżymać, widząc że metka „Made in Legnica” już nie gwarantuje rankingowego sukcesu i chyba niepotrzebnie starał się ubrać swoją złość w koncept programowy”.

Powiedzieć, że to wszystko nieprawda,  to mało powiedzieć.  Legnica nie była beneficjentem żadnego systemu,  bo też w połowie lat 90-tych nie było żadnego takiego systemu. Nigdy nie ustawialiśmy się w kontrze do „zacofanych teatrów warszawskich” i tak nas nie opisywano. Robiliśmy swoje. Siedem lat ciężko pracowaliśmy na naszą markę robiąc spektakle, o których mało kto wiedział. Dopiero „Ballada o Zakaczawiu” na jesieni 2000 roku przyniosła nam ogólnopolski rozgłos. Nie byliśmy produktem giełdy, bo giełdy wtedy jeszcze nie było. Nie było teatralnych spółdzielni, Krytyki Politycznej, Instytutu Teatralnego, festiwalomanii, dramaturgów na etacie  i wszystkich innych zmór polskiego teatru.  To wszystko zaczęło się dużo, dużo później.

Rozumiem, że nie cierpisz manifestów, ale to chyba nie zabiera innym prawa do ich tworzenia, a sugestia, że nasz powstał z kompleksów i niedowartościowania,  jest tak samo fałszywa jak to, że ogłoszony wczoraj program gospodarczy PiS jest ratunkiem dla Polski. Przykro mi też trochę osobiście, bo zaprawdę myślałem, że o mojej inteligencji masz trochę lepsze zdanie. Ale cóż, udowadnianie, że nie jestem wielbłądem, to moja specjalność, tak w życiu artystycznym, jak i społecznym.

Pozdrawiam przyjacielsko 
Jacek