środa, 26 listopada 2014

List otwarty do Waldemara Krzystka, reżysera filmowego


Drogi Waldku,

z niejakim zaciekawieniem, ale i zadziwieniem,  zobaczyłem spot jednego z kandydatów na prezydenta Legnicy, w którym wszem i wobec popierasz w drugiej turze wyborów Tadeusza Krzakowskiego. Czynisz to co prawda telefonicznie, na przyjazd do Legnicy nie znalazłeś czasu, pewnie obowiązki, praca…. W spocie wychwalasz obecnego prezydenta pod niebiosa, a ja się zastanawiam co się stało i gdzie te nasze niegdysiejsze rozmowy o Legnicy, jej potencjale, tym wszystkim co ukryte. Co się stało? Znamy się długo i w życiu nie myślałem, że i w Twoim przypadku sprawdzi się stara polska zasada, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Co się stało? Pokaźne dofinansowanie dwóch Twoich filmów przez miasto powoduje, że z krytyka legnickiego świata władzy stałeś się jego admiratorem?

I kiedy tak dumam na tą niełatwą dla mnie osobiście sytuacją, nagle uzmysławiam sobie, że masz w tym wszystkim szatańsko-artystyczny plan. Boś przecież artysta, nie polityk, i wszystko co artystyczne jest dla Ciebie najważniejsze, i wiesz dobrze, że kolejne 4 lata Krzakowskiego w Legnicy to kolejne lata rujnowania miasta, kolejne wyburzenia, pustostany, kolejne ruiny, Już teraz filmowcy mówią, że wielkie przestrzenie miasta świetnie pasują do filmów, których akcja dzieje się w latach powojennych. Już przecież nieraz Legnica zagrała Berlin w 1945 roku. Jeszcze cztery lata rządów obecnej ekipy w Ratuszu, a będzie to już nie tylko Berlin 1945, ale Warszawa po powstaniu, kiedy została przez okupantów wysadzona w powietrze.  I wtedy w swoim, jak to mówisz rodzinnym mieście, nakręcisz wielki fresk o „zamordowanym mieście” i zbierzesz za niego zasłużone nagrody. W tym czasie już większość Legniczan wyemigruje z miasta, nie będzie więc żadnych sporów organizacyjnych przy realizacji filmu, Legnica będzie jednym wielkim planem filmowym zrujnowanego miasta, a Ty będziesz jego bajarzem. Taki to plan masz popierając obecnego prezydenta, który rządzi już 12 lat i chce rządzić dalej, mimo, że nasze miasto rozsypuje się na oczach. I to materialnie, i duchowo. Ale Tobie tych ruin w Legnicy ciągle za mało.

I pewnie tylko przez swoje liczne branżowe zajętości nie zauważyłeś , że ten doceniany przez Ciebie „doświadczony gospodarz” doprowadził do wyburzenia w ostatnich miesiącach kina „Kolejarz”. Pewnie nawet o tym nie wiesz. Tak, nie ma już „Kolejarza”!!! Jest na Łąkowej dziura między budynkami. Nie ma miejsca, które przecież, jak to czytałem wielokrotnie,  ukochałeś, wspominając swoje młode lata. Więc jak to jest, drogi Waldku, gdzie leży prawda? W tej emocji, która towarzyszyła nam przez lata, w tym szampanie dla całej ekipy w „Kolejarzu” o szóstej rano na zakończenie zdjęć do telewizyjnej „Ballady o Zakaczawiu”, czy w tym kunktatorskim spocie, zrobionym na odczepne, przez telefon.

Gdzie jest prawda?

Z artystycznym pozdrowieniem

Jacek Głomb, reżyser teatralny 

środa, 12 listopada 2014

Ruch Społeczny na Rzecz Zmiany na Lepsze


Kampania wyborcza nieuchronnie zmierza do końca. Nastał czas podsumowań. Czasami wypadają one kabaretowo, bo nie wszyscy maja co podsumowywać… Ale niezależnie od tego, „kto za kim stoi” i „kto pod kim dołki kopie” wyczuwa się w Legnicy inną atmosferę niż w poprzednich wyborach. Jest potrzeba odświeżenia, zmiany, nowej energii. Mam takie poczucie, ze stworzył się Ruch Społeczny na Rzecz Zmiany na Lepsze. Taki ponad partyjny, ponad podziałami, I to jest wielki sukces, wielkie osiągnięcie tej kampanii, także mediów, które z małymi wyjątkami (kuriozalny przykład dziennikarza jednego z portali,   dziennikarz ów startuje w wyborach  z komitetu prezydenckiego, a jednocześnie opisuje poczynania konkurencji) sensownie i merytorycznie opisywały kampanię, Fantastyczny pomysł portalu lca.pl, Telewizji Dami i Gazety Legnickiej na pozytywną kampanię z wizerunkiem Przemka Bluszcza, solidarność przeciw cenzurze na facebooku. Tego nie było wcześniej, tego poczucia, że jesteśmy razem, że Legnica zasługuje na lepszy los. Tak twierdzą wszyscy poza „obozem rządzącym”, Te wybory będą właściwie plebiscytem z jednym pytaniem:  czy jesteś za Legnica taką, jaka jest dotychczas? Czy potrzebna jest zmiana na lepsze? „Obóz rządzący” broni tego co ma: wpływów przywilejów, powiązań. Dokładnie połowa (23) kandydatów na radnych komitetu prezydenckiego jest powiązana miejscem pracy z Ratuszem. To porażająca statystyka!! Tacy radni, w ślad za sugestią swojego wodza, zagłosują, że w środę jest czwartek i nie będą widzieli w tym nic złego… „Wójt/burmistrz/prezydent kontroluje stanowiska w gminie. Ta grupa tworzy kokom niezainteresowany zmianami, a już w żadnym wypadku zmianami wójta/burmistrza/prezydenta. To klęska samorządu”, mówi w wywiadzie s dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” twórca reformy samorządowej, prof. Jerzy Stępień. To bardzo dotkliwy wywiad, przeczytajcie.  Nie chcemy radnych, którzy zagłosują, ze środę jest czwartek, nie chcemy prezydenta, który wzorem wschodnich satrapów uważa, że zawsze ma rację. Chcemy zmiany na lepsze.

„Porozumienie dla Legnicy” to jedyny społeczny, obywatelski komitet,  startujący w wyborach. Skupia on przedstawicieli różnych środowisk, przede wszystkim organizacji pozarządowych, liderów różnych społeczności, Legnica powinna stać się miastem obywatelskim, w którym głos mieszkańców będzie w Radzie Miejskiej słyszany i doceniany. W którym to mieszkańcy decydować będą o teraźniejszości i przyszłości miasta. Mamy świetnego kandydata na prezydenta, Jarka Rabczenkę.  Jarek to człowiek dialogu, który umie słuchać i rozmawiać, który gwarantuje  nową jakość i nową energię

Wszystkich, którzy wspierają moją aktywność publiczną: 20 lat działalności w legnickim teatrze, aktywność w Fundacji „Naprawiacze Świata:, wszystkich 15 167 legniczan, którzy oddali na mnie głos w wyborach do Senatu w 2011 r., gorąco proszę o głosowanie na kandydatów KWW „Porozumienie dla Legnicy” i naszego kandydata na prezydenta, Jarosława Rabczenkę.

Jacek Głomb, pełnomocnik KWW „Porozumienie dla Legnicy”, dyrektor Teatru Modrzejewskiej w Legnicy, prezes Fundacji "Naprawiacze Świata"

wtorek, 28 października 2014

Ciocia Gienia


Żartuję, ale w każdym żarcie jest trochę prawda, że mam – jak młodzi w grach komputerowych - dwa życia. To pierwsze, do 1993 roku, w Tarnowie, i to drugie,  teraźniejsze, dolnośląskie, związane na śmierć i życie z Legnicą, 50 lat przecięte prawie na pół. Dwa życia, dwa światy, dwie opowieści. W tej drugiej jestem tak mocno,  że zdaje się, że jest ona jedynie słuszna. Ale tak nie jest, bo nic nie jest biało-czarne, dobre-złe. Wspomnienie tamtego świata jest może uśpione, zamazane, ale przecież wraca. Jak nie mogę spać. Jak zobaczę pomnik.

Miałem wtedy 5, 6, może 7 lat. Rodzice pojechali na zakładową wycieczkę do NRD i „oddali” mnie cioci Gieni i wujkowi Kazkowi. Ciocia Gienia to był ktoś, najważniejsza i największa (także gabarytami) postać w rodzinie. Siostra mamy, w ciocinym mieszkaniu w bloku  na Ogrodowej w Brzesku skupiało się życie rodzinne Głombów (oboje – moja mama i mój tato są z Głombów, jedno przez „ą” i jedno przez „om”, tato jest starszym kuzynem mamy, na ślub musieli mieć dyspensę od biskupa, tato pierwszy raz „napił” na chrzcinach mamy – ale to temat na inna opowieść). Święta, imieniny, spotkania, właściwie każdy powód był dobry, i jechało się w niedzielę na obiad do Brzeska, i jadło, i piło, i biesiadowało. Hałas był niemożliwy, to chyba moja mama wymyśliła pojęcie „kącik dla nerwowych”, szukaliśmy takiego miejsca, żeby znaleźć spokój w mieszkaniu, które kipiało od gwaru, oboje, i ciocia, i wujek, umieli i lubili mówić. I śpiewać, spotkanie bez śpiewu było spotkaniem straconym. „A chachary żyją/i gorzałkę pija/w góry spoglądają/wszystkich w d…mają”, to był repertuar obowiązkowy, nie żadne tam disco polo, bo o disco polo w latach 70-tych nikt nie słyszał, po prostu pieśń biesiadna. Ciocia zresztą nie poprzestawała na repertuarze powszechnym , sama pisała przyśpiewki, wierszyki i wykonywała je z wielką ochotę przy różnych okazjach. Była Rabelaisem z Brzeska - Okocimia.

Wczoraj, na stypie po Jej pogrzebie, nikt nie miał odwagi, żeby zaśpiewać „Chachary”. Choć ta potrzeba wisiała w powietrzu, tak jak pytania Cioci: „dużo było ludzi?”, „a co było do jedzenia?”. Ciocia kochała opowiadać i kiedy jeszcze była świadoma, choć już poważnie chora, rozmawiały z moją mamą godzinami przez telefon. Nie ma już takiego świata i nie ma już takiego gadania, dla mnie i sporej części mojego pokolenia, rozmowy przez telefon to udręka. Czasem wydaje się, że i  normalne rozmowy to udręka... Wtedy uciekałem do „kącika dla nerwowych”, teraz przywołuję tamten świat jak Macondo?

Moje Macondo nazywało się Limanowa. Pojechałem tam z ciocią i wujkiem i ich córkami, Lucią i Maśką, w których oczywiście wtedy, a i potem,  się kochałem, tak jak młodszy kuzyn kocha się w swoich starszych kuzynkach  (ale to też temat na inną opowieść). I już nie wiem, co to było, może postument, może jakieś podwyższenie,  wspiąłem się na nie, i stanąłem w jakiejś pewnie masakrycznej pozie i ogłosiłem całemu światu „Jacet…pomnit”. I już nie pamiętam rodzinnej reakcji, czy zapanował powszechny entuzjazm, czy zostałem wyśmiany….Tutaj potrzebne jest wyjaśnienie: świat wtedy był o wiele prostszy i nie słyszało się o dyslektykach, po prostu ktoś nie wymawiał „k” i tym kimś byłem ja. I to „Jacet…pomnit” ciągnie się za mną od wtedy do dziś. Już w moich dorosłych czasach  Ciocia Gienia raczyła towarzystwo rozbudowanymi wersjami tej opowieści. Nie powiem, żebym przepadał za tym, mocno się denerwowałem (bo kto lubi, jak w dorosłości się mu przypomina, że kiedyś  zsikał się w majtki?), z czasem jednak zrozumiałem, że nie ucieknie się przed przeszłością, przed dzieciństwem, one cię zawsze dogonią i musisz, nie chcesz, ale musisz się do nich uśmiechać, bo jesteś stamtąd i nie ma od tego odwrotu.  Ostatnio kuzynka Maśka oglądała w Tarnowie moje „Wesołe kumoszki z Windsoru” z Giorzowa, w których pleban Evans nie wymawia „b”. I znów usłyszałem „Jacet…pomnit”. Uśmiechnąłem się.

Na stypie był rosół, i mięso, i ziemniaki. Herbata, kawa, sok. Ciasta na deser. Jedliśmy i pili, takie rodzinne spotkania, bo strach pomyśleć, ale po latach, kiedy jest bliżej końca, niż dalej,  życie rodzinne odżywa właśnie na pogrzebach, mniej na weselach. Przytulaliśmy, wzruszali, uśmiechali, wspominali. „Gienie by się ten pogrzeb spodobał”, rzekła potem przez telefon do mojej mamy ciocia Jania, kolejna z sióstr. „Gience by się ten pogrzeb spodobał”,  powtarzałem sobie pod nosem wracając do Legnicy, i smutek zamieniał się w uśmiech, taką chcę i będę pamiętał Ciocię Gienię, śmiejącą się głośno, Panią Stołu, Najlepszego Człowieka na Świecie.


PS. Eugenia Zając z domy Głomb, żona Kazimierza, córka Jana i Michaliny z domu Dobosz, mama trzech wspaniałych córek, Krystyny, Lucyny i Marii,  zmarła w wieku 87 lat 23 października 2014 roku w swoim mieszkaniu przy ul. Ogrodowej 42 w Brzesku

piątek, 26 września 2014

Prezydent miał już 12 lat na swoją "strategię Legnicy"

                  

To , że obecny prezydent Legnicy „odgapia” cudze pomysły wiadomo nie od dziś. Projekt urzędowej strategii rozwoju Legnicy 2015-2020 jest klasycznym „odgapieniem” pomysłów zawartych w Obywatelskiej Strategii Rozwoju Legnicy, które przedstawiamy publicznie od kilku miesięcy. Nawet nasz pomysł na powstanie aquaparku znalazł uznanie prezydenta, choć nie tak dawno słyszało się z Ratusza, że basenów jest ci u nas dostatek. Prezydent swoją strategią ogłosił w czwartek, 25 września,  w sali w hotelu „Qubus”, choć wcześniej urząd zapowiadał, że gotowa będzie w październiku. Skąd to przyspieszenie? Ano stąd, ze programie najbliższej,  poniedziałkowej (29 września) sesji Rady Miejskiej znalazła się prezentacja naszej społecznej strategii. Prezydencka musiała być pierwsza. Dlaczego natomiast zawiśnie ona na stronach internetowych dopiero w środę, 1 października? Ano dlatego, że naszą pokażemy dwa dni wcześniej, więc będzie można coś nie coś „odgapić”….

Ale może nie kopiowane pomysłów jest najważniejsze, w końcu niech dobre projekty służą rozwoju miasta, ale ta prezydencka hipokryzja i udowadnianie, że w Legnicy jest świetnie, a będzie jeszcze świetniej i „my wiemy jak to zrobić”. Otóż nie. Prezydent miał już 12 lat na swoją „strategię rozwoju”, udowodnił, że jest bardziej komisarzem niż gospodarzem i że woli burzyć niż budować. Doprowadził miasto to takiej degradacji materialnej, że spokojnie wart jest wszelkich „nagród” w dziedzinach rozsypujących się kamienic, zniszczonych podwórek, dziurawych dróg i popękanych chodników. Nie mówiąc już o zastraszającym wyludnianiu się i braku perspektyw dla młodych ludzi. Dwanaście lat rządów Krzakowskiego to stopniowe staczanie się miasta po równio pochyłej, każda kolejna kadencja była o wiele gorsza, a w tej trwającej obecnie nie sposób znaleźć cokolwiek pozytywnego. Mało już kto wierzy w prezydenckie „obiecanki-cacanki”, 12 lat powtarzania tego samego to o wiele za dużo.


I jeszcze jedno. Prezydent  urzędowa strategię ogłosił w komercyjnej, hotelowej sali, a „konsultował” ją z swoimi dyrektorami, szefami instytucji miejskich i organizacji powiązanych z miastem w luksusowych salach KGHM „Letia”. Zapłacił za nią kilkadziesiąt tysięcy złotych. My swoją obywatelską strategię napisaliśmy społecznie, w kilkadziesiąt osób zaproszonych do udziału w projekcie, a konsultowaliśmy ją na legnickich podwórkach i placach, rozmawiając z mieszkańcami o ich codziennych problemach. To jest zasadnicza różnica. Na te podwórka i place nie dotrze prezydent i jego świta, bo tam się można „pobrudzić”. A już na pewno usłyszeć co zwykły legniczanin myśli o ekipie, która od 12 lat rządzi naszym miastem. Ale posłańcy głoszący złe nowiny nie docierają na pierwsze pięto Ratusza, do gabinetu prezydenta. Są eliminowani po drodze. Przecież Legnica jest rajem, a Bóg w niej jest tylko jeden.  

środa, 17 września 2014

Przypadek Jacka Harłukowicza czyli WKzGW


Na red. Jacka Harłukowicza z wrocławskiej „Gazety Wyborczej” zawsze można liczyć. Kiedy na początku czerwca odtrąbił „aferę” w legnickim Arlegu i w dziesiątkach tekstów (będących różną wersją tych samych banialuk) szkalował jego prezesa, Jarka Rabczenkę, chwalił jednocześnie regionalną PO i jej szefa, Jacka Protasiewicza,  bo ten działał tak jak mu dzielny redaktor nakazał. W piątek pisał, ze Rabczenko nie powinien być kandydatem PO na prezydenta Legnicy, w sobotę powtarzało to szefostwo regionu, w sobotę napisał, że trzeba rozwiązać struktury powiatowe PO w Legnicy, w poniedziałek uczynił to zarząd regionu. I wszystko byłoby tak, jak tego zechciał WKzGW (Wielki Kreator z „Gazety Wyborczej”), gdyby nie niezaplanowany przez niego fakt: legniccy działacze odwołali się do zarządu krajowego PO. Wnikliwy śledczy z GW nie doczytał statutu partii, gdzie wyraźnie stoi, że nie region decyduje o rozwiązaniu struktur, ale „krajówka”. I nagle wszystko zaczęło się dziać nie po myśli redaktora: zarząd krajowy nie podtrzymał decyzji regionu i nie rozwiązał struktur, sąd koleżeński nie ukarał Rabczenki i posła Roberta Kropiwnickiego, region zaakceptował Rabczenkę na kandydata na prezydenta, a UMWD ustami jednego z wicemarszałków zapowiedział, że zmian personalnych w Arlegu nie będzie.

Ale co tam, nieważne, że kilkanaście osób  z różnych stron świata politycznego, w tym platformerskiego,  po zbadaniu sprawy uznało, że żądnej afery nie było. Nieważne, że Rabczenkę popiera społeczny komitet „Porozumienie dla Legnicy”, skupiający ludzi od lewa do prawa, nie skłonnych do popierania nikogo, kto jest w wątpliwej sytuacji. Harłukowicz wie lepiej i dziś po raz kolejny, na stronach centralnych i lokalnych GW, powtarza te same hasła: afera w Arlegu, podejrzany Rabczenko, uzupełniając to jeszcze spiskową teorią dziejów, że PO musiała poprzeć Rabczenkę bo inaczej….nie powstałby rząd Ewy Kopacz. Nie chcę się wyzłośliwiać, ale w tym przypadku granica śmieszności została wyraźnie przekroczona. A już na poważnie: uważam, że Jacek Harłukowicz swoją twórczością kompromituje „Gazetę Wyborczą”, swoich lokalnych i centralnych szefów, z Adamem Michnikiem na czele. Kompromituje też ideę „Wyborczej” jako najważniejszego, opiniotwórczego dziennika, wywiedzionego z korzeni „Solidarności”.


Szkoda, że wolność słowa sprowadzona została w tym przypadku do braku jakiejkolwiek odpowiedzialności za słowo, A szkalowany nieustannie bohater tekstów może tylko dochodzić swoich praw przed sądem powszechnym, co,  jak słyszałem, już się stało. A pewnie, za rok, a może i dwa, dzielny redaktor przepraszał będzie Rabczenkę i innych poobrażanych, jak to już wiele razy czynił w przypadku innych tekstów. Będzie przepraszał, ale petitem, na ostatniej stronie…Na tym polega bowiem jego odpowiedzialność za słowo: hulaj dusza, piekła nie ma. 

poniedziałek, 8 września 2014

Esemes wyborczy


5 lat temu, po lipcowym huraganie w roku 2009, który to huragan zmiótł legnicki park Ratusz postanowił uruchomić „Legnicki System SMS” – informowania mieszkańców o najważniejszych dla nich sprawach, pod hasłem „informacja i bezpieczeństwo”. Sprawdziłem dwa ostatnie lata funkcjonowania tego systemu i oto jakie w tym czasie informacje dostawali zarejestrowani w nim mieszkańcy:

12 stycznia 2013 r. -  że woda będzie zabarwiona z powodu awarii sieci
8 marca 2013 r.  - żeby składać deklaracje śmieciowe
20 czerwca 2013 r.  – ostrzeżenie meteo
17 października 2013 r. -  dwa smsy,   żeby głosować na inwestycje LBO
5 grudnia 2013 r. -  ostrzeżenie meteo
8 kwietnia 2014 r.  – o zmianie ruchu na ul. Jaworzyńskiej,  Skarbka,  Gwarnej
i Muzealnej
15 maja 2014 r. – ostrzeżenie meteo
26 maja 2014 r.  - ostrzeżenie meteo
11 czerwca 2014 r. – ostrzeżenie meteo
29 czerwca 2014 r. – ostrzeżenie meteo
11 lipca 2014 r. -  ostrzeżenie meteo
4 sierpnia 2014 – ostrzeżenie meteo
5 września 2014 r. – że prezydent (tu imię i nazwisko) zaprasza na koncert „Dzieci Legnicy”

Czy widzą Państwo jakąś prawidłowość? Może pobawimy się w zagadkę, proszę znaleźć jeden szczegół, który odróżnia rysunek A od rysunku B. Tak, tak, chodzi o ostatni esemes, ten z zaproszeniem na koncert, który wyraźnie wyróżnia się wśród pozostałych. Od początku 2013 r. w Legnicy organizowano bowiem dziesiątki spektakli, koncertów, wystaw i innych imprez kulturalnych. Choćby organizowany rok temu przez legnicki teatr i ngosy projekt artystyczno-społeczny „Dwadzieścia lat po…” z koncertem kultowego zespołu rockowego „Leningrad”. Wtedy „Legnicki System SMS” milczał i informował tylko o wichurach i brudnej wodzie. Nie minął rok i prezydent stracił nagle wiarę w zatrudnianych przez siebie dyrektorów instytucji kulturalnych  i postanowił ich wyręczyć.  I wejść w skórę impresaria. Dlaczego?  Co się takiego stało?

Gdym tak głowił się i głowił nad tą trudną kwestią, nawiedził mnie Duch Święty i oświecił…Głowy nie dam, ale też nie zdziwię się, kiedy „Legnicki System SMS” przyniesie za trochę ponad dwa miesiące taką oto wieść:

14 listopada 2014 r. – że prezydent (tu imię i nazwisko) wzywa do oddania na niego głosów w wyborach na prezydenta Legnicy i ostrzega, że ten kto tego nie zrobi,  narazi miasto na wichury, brudną wodę w kranach i korki na drogach.

16 listopada 2014 r. bowiem wybory samorządowe w Polsce.


sobota, 2 sierpnia 2014

Moja historia


Dla "zachęty". Cały wywiad przeczytacie na gazeta.teatr.legnica.pl 

Podobno nie od razu chciał Pan być reżyserem. Marzyła się Panu praca nauczyciela historii. To prawda?

Tak. Historia była moim światem. Zacząłem te studia w 1982 roku, na samym początku stanu wojennego. Strasznie smutny czas i trudna rzeczywistość. Rzeczywiście chciałem uczyć historii w szkole kolejowej. W związku z tym jednak, że miałem lekkie stosunki z Solidarnością podziemną (wydawałem na powielaczu gazetę, która się nazywała „Świat Pracy”), nie dostałem tej pracy. Mój ojciec, dziennikarz w Tarnowie, należał do partii, rzucał legitymację kilka razy, ostatni właśnie po stanie wojennym. Znał się dobrze ze Stanisławem Opałko, wtedy członkiem  Biura Politycznego KC PZPR, mam więc wrażenie, że Opałko  chronił  ojca  i naszą  rodzinę. Tato miał wtedy wylew, cieżko chorował,. Nikt więc mnie nie prześladował, ale na to,  żebym uczył, nie pozwolili, dyrektor szkoły dostał wyraźny sygnał, że temu panu dziękujemy. Postawiło mnie to mocno na baczność. Co to znaczy? Skończyłem UJ i chcę uczyć w kolejówce, a oni mnie nie chcą?

Obraził się Pan na świat?
Właśnie. Przez rok pracowałem w muzeum na zamku pod Tarnowem.. Nuda w tej pracy mnie wykańczała (śmiech). Robiłem już wtedy teatr. Od połowy lat 80. mieliśmy takie miejsce w Tarnowie, Ośrodek Teatru “Warsztatowa”, gdzie robiliśmy teatr w kontrze wobec instytucjonalnej nudy.  Tarnowski teatr był dla nas „be”. Rzeczywiście był mocno konserwatywny.  Teatr, który prowadziłem nazywał się „Na Skraju”, co też świadczy o ówczesnej mojej narracji życiowej. Trochę o to chodziło, a trochę o to, że ulica Warsztatowa była na skraju miasta. Naprzeciw naszego ośrodka była siedziba cenzury  i pamiętam jak z scenariuszami sztuk chodziliśmy do pani cenzorki, która zresztą miała na nazwisko Michnik. Byliśmy uroczy, młodzi i kupowaliśmy jej kwiaty i bombonierki , więc wszystko przechodziło (śmiech). A   opowieści, które wybieraliśmy – Nabokova, Jesienina, Andermana – niekoniecznie były dla ówczesnej władzy dobre i miłe, ale  graliśmy na lekki flirt i to pomagało. Robiłem ten teatr także dlatego, że nie mogłem pisać. . 

Sztuk?
Nie. Pisanie, dziennikarstwo, to następny wątek mojego życia.  Mój tato, jak już rzekłem,  był dziennikarzem. Zadebiutowałem w jego „Tarnowskich Azotach„  jako 14-letni chłopak tekstem o lodowisku w Tarnowie, które do dzisiaj chyba nie powstało (śmiech). I potem próbowałem pisać, ale z tym też wtedy było różnie.  Ten czas stanu wojennego i po nim nie sprzyjał dziennikarstwu.  Cenzura w prasie była dużo większa niż w sztuce, więc teatr wybrałem trochę zastępczo – jak w gazetach mi nie pozwalają mi  mówić prawdy, to będę ją mówił w  teatrze. Jeszcze jedna rzecz się na to złożyła.
Jaka?
Moja mama, polonistka, taki Ludwik Gadzicki (legendarny polonista i miłośnik teatru z Lubina – przyp. red.) tamtego świata, ciągała dzieciaki po Teatrze Starym, Teatrze Słowackiego, Teatrze Ludowym w Krakowie, a ja jeździłem czasem z nią, bo nie chciała mnie samego w domu zostawiać. Ojca często nie było w domu, bo działał społecznie, robił „Gazetę Krakowską” (oddział w Tarnowie za czasów Macieja Szumowskiego, legendarnego “naczelnego”), „Tarnowskie Azoty”. Dziennikarstwo to zawód, który niekoniecznie sprzyja rodzinie, a wtedy było jeszcze trudniej, bo nie było komputerów, mailów etc. . W każdym razie mama mnie brała do teatru, a mn się tam często  nie podobało. Teraz doceniam, że jako kilkunastoletni chłopak mogłem zobaczyć „Dziady” i „Wyzwolenie” Swinarskiego. Miałem szczęście, gdyby nie mama,  nigdy bym ich nie zobaczył. Ale wtedy narzekałem. Mama mówiła mi na odczepnego: „To zrób sobie sam teatr , jak Ci się nie podoba!” (śmiech)

No i nie miał Pan wyjścia. 
Jak powiedziałem rodzicom, że będę robił teatr,  to ojciec  rzucił:  „Teatr to może robić Kantor bo ma dwa fakultety”. Postarałem się więc o drugi fakultet, żeby udowodnić rodzicom, że mogę robić teatr. Zdałem na PWST w Krakowie w 1989 roku, przyjęli nas aż pięcioro, bo się o nas komisja pokłóciła (śmiech).  Byłem na ciekawym ludzko roku, oprócz mnie i Roberta Czechowskiego, z którym się kolegowałem (obecnie dyrektoruje w Zielonej Górze), był Krzysiek Warlikowski, bardzo głośny  polski reżyser, dyrektor Nowego Teatru w Warszawie. Dyplom spektaklem „Trzej Muszkieterowie” zrobiłem już w Legnicy. Objąłem ten teatr jeszcze jako student IV  roku PWST.