wtorek, 19 czerwca 2012

Porozmawiajmy o legnickim Parku!


Legnicki park miejski był w przeszłości wizytówką „miasta parków i  i ogrodów”. Pełnił też ważne funkcje kulturalne i rekreacyjne dla  legniczan.  Przed wojną stanowił miejsce prestiżowych wystaw ogrodniczych, oferował gastronomiczne i rozrywkowe usługi dla mieszkańców.  Jeszcze w latach 70-tych i 80-tych XX wieku  był miejscem potańcówek - na patelni!,  pomiędzy stadionem a teatrem  istniała bażanciarnia, po alejkach  chodziły pawie. Tak było jeszcze 30 lat temu!
Jak jest dzisiaj? Jakie funkcje spełnia legnicki park? Bezspornie jest miejscem rodzinnych spacerów i centrum legnickiego sportu dla profesjonalistów.  Niestety, niczym więcej. Nie oferuje nic w zakresie kultury, rozrywki i gastronomii. W tym sensie jest martwy.

Symbolami regresu są: ruina Teatru Letniego, który w przeszłości był  ważnym miejscem kawiarnianej rozrywki, karykaturalny pustostan, w którym mieściła się restauracja nad Kozim Stawem i  niefunkcjonalna Muszla Koncertowa.  Nie służą one w żaden sposób mieszkańcom miasta.
Są miejsca w Polsce, w których w oparciu o aktywność lokalnych społeczności i ich pozarządowych organizacji dokonano kulturowej (nie wyłącznie przyrodniczej) rewitalizacji terenów zielonych. Pragnę zaprezentować legniczanom, że jest to możliwe.

Wszystkich, którzy w to wierzą, zapraszam 26 czerwca (wtorek) o godz. 18.00 na parkową debatę publiczną koło Teatru Letniego,  ale także przy grillu i poczęstunku, który zorganizuje moja Fundacja „Naprawiacze Świata”.
Gościem specjalnym spotkania będzie Paweł Kołacz, szef Stowarzyszenia  „Bydgoskie Przedmieście” z Torunia, autor programu rewitalizacji społeczno-kulturowej parkowych przestrzeni tego miasta. Paweł Kołacz jest archeologiem, ale zajmuje się przede wszystkim rewitalizacją, a szczególnie rewitalizacją na terenach zabytkowych. Jest orędownikiem uczestnictwa lokalnych społeczności w sprawach dla tych społeczności istotnych.

Zapraszam!!!

Jacek Głomb, prezes Fundacji „Naprawiacze Świata”




piątek, 15 czerwca 2012

Czesi wolą hokej

Po realizacji "Operacji Dunaj" rzekłem sobie, że odpocznę trochę od polsko-czeskich relacji. Miłość miłością, ale w nadmierne miłości nie wierzę. Bo to jest tak, że im bardziej chcemy sie pobratać tym bardziej dotykamy różnych fobii i antyfobii, przyzwyczajeń, stereotypów, tradycji. Generalnie rzucanie pomostów i budowanie mostów to mocno sezonowa praca, bo tak naprawdę nikt nie chce mostów i pomostów i tak naprawdę świetnie czujemy sie w swoim grajdole. Bo to przeciez nasz gradoł i nikt nam nie będzie mówił jak w nim ma być, skoro to myśmy go zbudowali, własnymi rękami!

Teraz nie sposób nie wspomnieć o polsko-czeskich relacjach, bo jutro mecz Polska - Czechy w kopaną, jutro wszysycy naprężymy muskuły i ruszymy, jak nasza husaria,  na wroga, żeby go ronieść, rozdeptać, zniszczyć. Wszystkie te aboslutnie ostateczne słowa weszły spokojnie do naszego sportowego języka i wszyscy się nimi posługują, i czasem tylko pan Szpakowski zaprostesuje, żeby tak nie mówić, bo to tylko sport, a poza tym ma takie dyrektywy i wrodzoną poprawność polityczną. Więc rozdeptamy i zniszczymy, bo przecież następniu w kolejce Niemcy, a ich to już ho, ho....Już tego sobie nawet nie wyobrażam co my tym złym Niemcom zrobimy!

A Czesi i tak wolą hokej. Choćbysmy nie wiem ile dział (w tym armatkę Pawła Brożka) wytoczyli to i tak Czesi później odegrają się za wszsytko  na lodowisku,  bo piłka nożna to u nich takie trochę wieksze skoki narciarskie, a hokej to religia,  w której są wychowywani. Zdobędą tam mistrzostwo świata, albo sromotnie przegrają, ale to będzie walka o wszystko, o Złote Runo, Świętego Grala, Naszyjnik Królowej. Czyli my znowu Grunwald, Kircholm, Wiedeń, Monte Cassino. A Czesi popijąc sobie piwko(a)  powspominają najwyżej stare czasy i na przyklad Panenki, który jak chciał osmieszył Seppa Maiera, a Orły Górskiego niestety nie.




niedziela, 3 czerwca 2012

Mój przyjaciel pan Michał

Zmarł pan Michał Oleśniewicz, Łemko, mieszkaniec wioski Modła pod Gromadką, z którego fragmentów życiorysu upletliśmy kilka lat temu  postać Oresta Gabury, bohatera sztuki Roberta Urbańskiego „Łemko”.

Wracają wspomnienia:  siedzimy u pana Michała przy stole i razem z Robertem pod dyktando gospodarza piszemy list do trybunału w Strasburgu, żeby ten nakazał polskiemu rządowi oddać panu Michałowi jego lasy w Beskidzie. I inny flesz: nasz gospodarz krząta się w kuchni odgrzewając ruskie pierogi, które córka z Wrocławia zrobiła, no bo przecież nie wypada gości na głodnego z domu wypuścić.
Zapamiętam pana Michała jako najbardziej uśmiechniętego człowieka na świecie, który godził ludzi. Tak po śmierci pogodził dwie wiary grekokatolicką i prawosławną „każąc” oodprawić nabożeństwo w grekokatolickiej cerkwi, a pochówek poprowadzić prawosławnemu księdzu.

Po premierze „Łemko”  Honorota Rajca zapisała w „Konkretach”:

„ Michał Oleśniewicz w 1947 roku, kiedy przeprowadzono akcję Wisła, miał 21 lat. Jego bracia wyjechali do Ameryki, on razem z rodzicami mieszkał w Bereście w pobliżu Grybowa.

– Władze o przesiedleniu na Zachód wcześniej głośno nie mówiły. Jednak ludzie jakby wyczuwali, że wkrótce coś się stanie. Mieszkał w naszej wsi Nikifor Kuźmiak. Uciekinierzy, którzy razem z Niemcami spieszyli na Zachód, bo bali się Rosjan, nauczyli go wywoływać duchy. Nikifor wywołał więc ducha któregoś ze swoich bliskich, który miał mu przepowiedzieć, że przesiedleni zostaniemy w niedzielę. Kuźmiak wziął to sobie do serca i nie czekał. Spakował dobytek i wyruszył z rodziną na stację do Grybowa. Tam przeczekał tydzień, ale wysiedleń nie było. Jednak przepowiednia częściowo się spełniła. Akcja „Wisła” zaczęła się w Bereście właśnie w niedzielę, tyle że rok później. Wszyscy najpierw się śmiali z Kuźmiaka, że duchy go okłamały, a potem, że zapomniał zapytać, w którą niedzielę – opowiada Michał Oleśniewicz. (…)

Michał Oleśniewicz nigdy nie ukrywał, kim jest, choć pamięta czasy, kiedy trzeba było odwagi, żeby mówić o tym, że się jest Łemkiem. Bo nie Polakiem, nie Ukraińcem, nie Rosjaninem, jak chcieliby inni, ale właśnie Łemkiem czuje się Oleśniewicz.

– Choć wiele się zmieniło, jest jeszcze wielu, którzy ukrywają swoje pochodzenie. Nie mówię o tych, którzy dali się wynarodowić, ale o tych, którzy uznają łemkowskie tradycje, chodzą do cerkwi, ale jednocześnie przed Polakami wolą uchodzić za Polaków – mówi Oleśniewicz. (..)

Michał Oleśniewicz jest przedstawicielem ostatniego pokolenia, które pamięta Łemkowszczyznę. Nadal często odwiedza rodzinne strony. Swój los, przemyślenia, łemkowskie obyczaje i historię opisał w książce „Z pamięci i z serca”. Wspomina w niej rodzinny Berest, Jaworynki, na których od dziewiątego roku życia pasł owce i gdzie spędzał lato. Na kartach książki pojawiają się jego sąsiedzi, znajomi, koledzy i inni ludzie, którzy w Beskidzie żyli z Łemkami. Wśród nich są przekupki krynickie, które w czasie wojny zaopatrywały się tu w żywność, Żydzi mieszkający niemal w każdej łemkowskiej wsi i Cyganie, którzy podzielili los wysiedlonych.

Michał Oleśniewicz przez wiele lat muzykował na okolicznych zabawach i weselach. Przez kilka lat grywał na skrzypcach w zespole pieśni i tańca „Kyczera”, wtedy zaprzyjaźnił się z dyrektorem teatru Jackiem Głombem.”
Mój przyjaciel pan Michał był na premierze „Łemko”. Co czuł kiedy patrzył na siebie-Oresta Gaburę,  fantastycznie granego przez Zbyszka Walerysia?  W gorączce po premierowej zapomniałem, a potem nie zapytałem go o to nigdy. I już nie zapytam.  Żal.