sobota, 2 sierpnia 2014

Moja historia


Dla "zachęty". Cały wywiad przeczytacie na gazeta.teatr.legnica.pl 

Podobno nie od razu chciał Pan być reżyserem. Marzyła się Panu praca nauczyciela historii. To prawda?

Tak. Historia była moim światem. Zacząłem te studia w 1982 roku, na samym początku stanu wojennego. Strasznie smutny czas i trudna rzeczywistość. Rzeczywiście chciałem uczyć historii w szkole kolejowej. W związku z tym jednak, że miałem lekkie stosunki z Solidarnością podziemną (wydawałem na powielaczu gazetę, która się nazywała „Świat Pracy”), nie dostałem tej pracy. Mój ojciec, dziennikarz w Tarnowie, należał do partii, rzucał legitymację kilka razy, ostatni właśnie po stanie wojennym. Znał się dobrze ze Stanisławem Opałko, wtedy członkiem  Biura Politycznego KC PZPR, mam więc wrażenie, że Opałko  chronił  ojca  i naszą  rodzinę. Tato miał wtedy wylew, cieżko chorował,. Nikt więc mnie nie prześladował, ale na to,  żebym uczył, nie pozwolili, dyrektor szkoły dostał wyraźny sygnał, że temu panu dziękujemy. Postawiło mnie to mocno na baczność. Co to znaczy? Skończyłem UJ i chcę uczyć w kolejówce, a oni mnie nie chcą?

Obraził się Pan na świat?
Właśnie. Przez rok pracowałem w muzeum na zamku pod Tarnowem.. Nuda w tej pracy mnie wykańczała (śmiech). Robiłem już wtedy teatr. Od połowy lat 80. mieliśmy takie miejsce w Tarnowie, Ośrodek Teatru “Warsztatowa”, gdzie robiliśmy teatr w kontrze wobec instytucjonalnej nudy.  Tarnowski teatr był dla nas „be”. Rzeczywiście był mocno konserwatywny.  Teatr, który prowadziłem nazywał się „Na Skraju”, co też świadczy o ówczesnej mojej narracji życiowej. Trochę o to chodziło, a trochę o to, że ulica Warsztatowa była na skraju miasta. Naprzeciw naszego ośrodka była siedziba cenzury  i pamiętam jak z scenariuszami sztuk chodziliśmy do pani cenzorki, która zresztą miała na nazwisko Michnik. Byliśmy uroczy, młodzi i kupowaliśmy jej kwiaty i bombonierki , więc wszystko przechodziło (śmiech). A   opowieści, które wybieraliśmy – Nabokova, Jesienina, Andermana – niekoniecznie były dla ówczesnej władzy dobre i miłe, ale  graliśmy na lekki flirt i to pomagało. Robiłem ten teatr także dlatego, że nie mogłem pisać. . 

Sztuk?
Nie. Pisanie, dziennikarstwo, to następny wątek mojego życia.  Mój tato, jak już rzekłem,  był dziennikarzem. Zadebiutowałem w jego „Tarnowskich Azotach„  jako 14-letni chłopak tekstem o lodowisku w Tarnowie, które do dzisiaj chyba nie powstało (śmiech). I potem próbowałem pisać, ale z tym też wtedy było różnie.  Ten czas stanu wojennego i po nim nie sprzyjał dziennikarstwu.  Cenzura w prasie była dużo większa niż w sztuce, więc teatr wybrałem trochę zastępczo – jak w gazetach mi nie pozwalają mi  mówić prawdy, to będę ją mówił w  teatrze. Jeszcze jedna rzecz się na to złożyła.
Jaka?
Moja mama, polonistka, taki Ludwik Gadzicki (legendarny polonista i miłośnik teatru z Lubina – przyp. red.) tamtego świata, ciągała dzieciaki po Teatrze Starym, Teatrze Słowackiego, Teatrze Ludowym w Krakowie, a ja jeździłem czasem z nią, bo nie chciała mnie samego w domu zostawiać. Ojca często nie było w domu, bo działał społecznie, robił „Gazetę Krakowską” (oddział w Tarnowie za czasów Macieja Szumowskiego, legendarnego “naczelnego”), „Tarnowskie Azoty”. Dziennikarstwo to zawód, który niekoniecznie sprzyja rodzinie, a wtedy było jeszcze trudniej, bo nie było komputerów, mailów etc. . W każdym razie mama mnie brała do teatru, a mn się tam często  nie podobało. Teraz doceniam, że jako kilkunastoletni chłopak mogłem zobaczyć „Dziady” i „Wyzwolenie” Swinarskiego. Miałem szczęście, gdyby nie mama,  nigdy bym ich nie zobaczył. Ale wtedy narzekałem. Mama mówiła mi na odczepnego: „To zrób sobie sam teatr , jak Ci się nie podoba!” (śmiech)

No i nie miał Pan wyjścia. 
Jak powiedziałem rodzicom, że będę robił teatr,  to ojciec  rzucił:  „Teatr to może robić Kantor bo ma dwa fakultety”. Postarałem się więc o drugi fakultet, żeby udowodnić rodzicom, że mogę robić teatr. Zdałem na PWST w Krakowie w 1989 roku, przyjęli nas aż pięcioro, bo się o nas komisja pokłóciła (śmiech).  Byłem na ciekawym ludzko roku, oprócz mnie i Roberta Czechowskiego, z którym się kolegowałem (obecnie dyrektoruje w Zielonej Górze), był Krzysiek Warlikowski, bardzo głośny  polski reżyser, dyrektor Nowego Teatru w Warszawie. Dyplom spektaklem „Trzej Muszkieterowie” zrobiłem już w Legnicy. Objąłem ten teatr jeszcze jako student IV  roku PWST. 



środa, 2 lipca 2014

Prezydent - kucharz


O aktywności wyborczej prezydenta Tadeusza Krzakowskiego krążą w Legnicy legendy: o spacerach w kółko Rynku, „spontanicznych” zakupach w Galerii Piastów. Jednakże ostatnio najbardziej ulubioną strategią wyborczą prezydenta jest działalność gastronomiczna. Przyjrzyjmy jej się przez chwilę.

Wszystko zaczęło się w Wielkanoc, kiedy to gospodarz miasta rozdawał na Rynku… śledzie. Okazja,  jak tłumaczył Ratusz,  była historyczna i dlatego taka aktywność prezydenta była adekwatna. Historię różnie można interpretować, śledzi nie jadłem, więc nie wiem,  czy były adekwatne. Po śledziach przyszedł tort – nim Tadeusz Krzakowski częstował na inaugurację Święta Legnicy, podczas publicznej konferencji prasowej w Ratuszowej. Ostatnio wieść gminna niesie, że te stosunkowo skromne doświadczenia gastronomiczne skłoniły naszego bohatera do pójścia na całość: otóż pojutrze, w czasie Święta Strażaka, zamierza osobiście rozdać 300 porcji grochówki! To tak ambitne zamierzenie, ze aż nie do uwierzenia. 300 porcji to strasznie dużo,  jak na jednego kucharza, myślę, że nawet bardzo doświadczeni gastronomicy mieliby z tym problem.

Niezależnie do tego, czy akcja  „Grochówka” powiedzie się, czy nie, w całej tej gastronomicznej strategii prezydencko - wyborczej brakuje mi jednego, domyślacie się czego? Drugiego dania. Tak, jest zupa, jest deser, jest przystawka ( śledzie), czekamy teraz na drugie danie. Na przykład schabowego za kapustą. Albo z ogórkami, z ogórkami, bo będzie bardziej po legnicku i historycznie.


Wszystko to byłoby bardzo śmieszne, gdyby nie było straszne. Przecież rzecz się dzieje nie w kabaretowym programie, ale w prawie stutysięcznym mieście, które mogłoby być pięknym, nowoczesnym, miastem, z którego wszyscy bylibyśmy dumni. Mogłoby być. Tylko wtedy prezydent musiałby między innymi zrezygnować z rozdawania śledzi i grochówki. Ale to wydaje się być ponad jego siły. 

wtorek, 1 lipca 2014

O wolności i odpowiedzialności


27 czerwca po południu dostałem takiego oto esemesa od Lecha Raczaka:  „Z ciemności cenzury życzę byś zawsze  pławił się w światłach teatralnych wolności”. Lechu miał być na mojej imprezie, na ten wieczór wiele miesięcy wcześniej zaprosiłem   do naszego domu na wsi w Brenniku przyjaciół, z którymi związany jestem ostatnie 20 lat. Taki był sens tego spotkania – 20 lat dyrektorowania w Legnicy i 50 lat, które skończyłem w tym roku. Lechu miał być, ale nie dojechał.  Zaangażował się bowiem w zdarzenia wokół odwołania spektaklu  „Golgota Picnic” (miał być pokazywany na festiwalu Malta w Poznaniu)  i zdecydował, że ten wieczór spędzi w Poznaniu.

Wieczór 27 czerwca spędziłem więc świętując. Gdybym jednak nie świętował, nie wziąłbym udziału  ( i nie zaangażował teatru) w odbywającym się tego dnia proteście, polegającym na wspólnym czytaniu tekstu „Golgoty Picnic” i publicznym oglądaniu spektaklu. Tak zdecydowałem już wiele dni temu. Wydaje mi się ważne i konieczne, żebym przedstawił co myślę o tej sprawie, tak jak wiele razy pisałem, co myślę o polskim życiu teatralnym.

1.     Nie rozumiem decyzji Michała Merczyńskiego o odwołaniu „Golgoty Picnic”,  tak jak wcześniej nie rozumiałem decyzji Jany Klaty o zawieszeniu czyli odwołaniu realizacji „Nieboskiej komedii” Olivera Frljica w Teatrze Starym.  Nie rozumiem bowiem odwoływania  przez szefów instytucji artystycznych zaplanowanych zdarzeń z jakichkolwiek powodów - poza brakiem widzów. Nie rozumiem poddawania się presji jakichkolwiek środowisk – czy to z kręgu władzy, czy ideologii. Jeśli planuje się repertuar festiwalu, teatru, galerii trzeba wziąć za niego odpowiedzialność.

2.     Co nie znaczy,  że podobają mi się wybory dyrektorów. Tekst „Golgoty Picnic”, z którym się mogłem zapoznać jest bardzo, bardzo słaby, i nigdy w życiu nie zainteresowałbym się nim jako dyrektor teatru. Zastrzegam, że spektaklu nie widziałem. Tym bardziej nie widziałem spektaklu  Frljica, bo nikt go nie widział, a cały projekt mogę ocenić na podstawie bełkotliwych wywiadów reżysera i takich mniej więcej wypowiedzi, że rezygnacji siedmiu aktorów z obsady dwa tygodnie przed premierą to nie jest żaden problem. Nigdy więc nie zaplanowałbym obu projektów w kierowanym przez siebie teatrze. Z powodu braku jakości artystycznej.

3.     Z powyższych powodów uznałem, że publiczne czytanie słabego tekstu lub publiczne oglądanie spektaklu opartego na tym słabym tekście nie ma sensu. Poza wszystkim protest kreowało środowisko z którym,  ze względu na jego drapieżną ideologiczność, nie jest mi po drodze. „Krytyka Polityczna”, modne teatry lansowane przez nią, to nie jest mój świat. I miałem mocne wrażenie, że cała sprawa jest mocno ideologiczna, Być może tak zresztą jest.

4.     O odwołaniu już zaplanowanych pokazów w Lublinie i Chorzowie – z powodu nacisków środowisk ultrakatolickich i niektórych przedstawicieli władzy dowiedziałem się już w piątek.  Mocno mnie to zastanowiło i wtedy pomyślałem ze rację ma mój przyjaciel Lech Raczak (w wywiadzie w „Gazecie Wyborczej”), ze to zaplanowana akcja PIS-u i popierającego go Kościoła. Akcja, która ma tak naprawdę wymiar polityczny, ma udowodnić, że PO nie dość, że przeklina,  to jeszcze bluźni. Polacy nie są – wbrew statystykom – katolickim narodem, ale bluźnierstw nie lubią.

5.     To co zdarzyło się w Gdańsku, Warszawie, Katowicach, Wałbrzychu, Wrocławiu potwierdza tezę Lecha. To nie były spontaniczne demonstracje, tylko zaplanowane akcje. To nie były improwizowane wydarzenie, tylko kreowane przez funkcjonariuszy PISu awantury. Podobną przeżyłem startując do Senatu trzy lata temu, z kibolami Zagłębia Lubina,  ich „spontaniczność” z boku nadzorował pracownik biura poselskiego PISu.  Dzisiaj dwoje posłów PISu  złożyło doniesienie do prokuratury – przeciwko WSZYSTKIM, którzy 27 czerwca wzięli udział w proteście.  Prokuratura sprawę umorzy, bo zgłoszenie jest absurdalne, ale nie o nie przecież  chodzi, idzie o to, że „grzać” temat, żeby „zabić” Tuska.

PIS pewnie wygra wybory i w części Polski samorządowej  w listopadzie, i za rok w całej Polsce. I będziemy mieli w Polsce Węgry i Budapeszt. Co się stanie z wolnością twórców strach pomyśleć. Podzielam tu poniższe obawy Łukasza Drewniaka zawarte w świetnym tekście na portalu teatralny.pl:

„Uważam, że protest solidarnościowy z Maltą i Rodrigo Garcią przyniesie jednak więcej szkody niż pożytku. Roman Pawłowski napisał, że już samo doprowadzenie do czytania w Nowym mimo gwizdów i szykan jest wielkim triumfem polskiego teatru. Wątpię. I zachęcam do przyjrzenia się temu, co się wydarzyło w perspektywie długofalowej. Tak – zaprotestowaliśmy, pokazaliśmy czarnym i brunatnym, że nie poddamy się bez walki. Głos „oburzonych” poszedł w świat, w kraj, w miasto. Ale poszedł też drugi głos – tamtych, też „oburzonych”. Wszyscy czegoś bronimy – my wolności słowa, oni poniewieranej religii. Ktoś powie: dobrze się stało, wreszcie mamy wroga. Ale wroga mają oto jedni i drudzy. Tylko że tych drugich, tych broniących wiary, jest – będzie – kilkadziesiąt razy więcej niż obrońców wolności słowa. Pośrodku, między zwaśnionymi, nienawidzącymi się grupami bierna, niezainteresowana istotą sporu – masa. W razie eskalacji bardziej skłonna poprzeć tradycjonalistów, a nie bluźnierców. Wystarczy, że będą się temu, co z nami robią, tylko obojętnie przyglądać. W obronie wolności słowa, prawa do swobody kreacji artystycznej nie wyjdą na ulicę ci młodzi ludzie, którzy protestowali przeciwko ACTA. Nie wierzcie, że zrozumieją, o co trzeba walczyć. I nawet oni nie pójdą przeciwko czarnym… Przecież dobrze wiecie, na czym się przejechał Twój Ruch Palikota? Nie na wyrzuceniu Nowickiej, nie na kursie na lewicę, potem na liberalizm, potem znów na lewicę. Upadek zaczął się od apostazji lidera, bezsensownie akcentowanego antyklerykalizmu, billboardów z informacją o dziecku papieża. Polacy może i nie lubią kleru, ale jeszcze bardziej nie lubią, kiedy ktoś każe im się do tego publicznie przyznać.

A potem będą wybory. W kontekście bardzo prawdopodobnego zwycięstwa jakiejś koalicji prawicowej w najbliższych wyborach samorządowych a potem parlamentarnych, teatr kojarzony dotąd co najwyżej z przekroczeniami obyczajowymi i zabiegami na klasyce stanie się w oczach środowisk kościelnych i patriotycznych fabryką bluźnierstw. Nagość, wulgarny język, dekonstrukcję arcydzieł narodowych można jeszcze wybaczyć, antychrześcijaństwa – nie. Antyklerykalizm nigdy nie był tematem numer jeden polskiego teatru a teraz zjednoczyło się pod wspólnym sztandarem środowisko, które myśli, że teatr jest przeciwko religii, kościołowi, tradycji. Nie ważne czy to prawda, ważne, że oni to założyli. Jak można z tym antychrześcijaństwem walczyć – zastanawiają się przyszli zwycięzcy? Ano modelem węgierskim (obsadzamy wszystkie kluczowe instytucje swoimi ludźmi) albo metodą Kaczyńskiego – wspieramy dotacjami sztukę wspólnotową, sztuka destrukcyjna niech szuka sponsora. Tomasz Karolak pewnie znajdzie, Szczawińska – nie”.

Naprawdę strach się bać. Ciąg dalszy nastąpi.


niedziela, 22 czerwca 2014

Plotka z "Wyborczej"


Jarek Rabczenko, prezes „Arlegu”, jeden z liderów Obywatelskiej Strategii Rozwoju Legnicy 2015-2020, postanowił wystartować w wyborach na prezydenta Legnicy. Namawialiśmy go środowiskowo, ma wykształcenie, kompetencje i energię potrzebne do sprawowania tej funkcji. O jego ewentualnym kandydowaniu portal lca.pl poinformował 2 czerwca. Wieczorem tego dnia - pod informacją o jego kandydowaniu -  pojawił się taki oto wpis:  „Ja wam mówię, poczekajcie jeszcze kilka dni, a siła odśrodkowa zdusi ten cyrk legnicki, siła rodem z Warszawki, jeszcze dzień, może dwa, a wielki Adam M. i jego GW dokończy dzieła zniszczenia PO kolesi na Arlegu wypasionych”. Następnego dnia, 3 czerwca,  red. Jacek Harłukowicz z „Gazety Wyborczej – Wrocław” zadzwonił do „Arlegu” z pytaniami…

Od tego dnia rozpoczął się serial „Wyborczej” o „Arlegu”: trzy teksty na lokalnych stronach, tekst w centralnym wydaniu, w piątek odtrąbiono sukces, to dzięki naszym tekstem marszałek odwoła zarząd spółki, napisał triumfująco dziennikarz - bo to przecież media rządzą Polską, one zmieniają  władzę, zarządy, prezesów. Zaś w sobotniej „Wyborczej”  red. Harłukowicz postanowił zdecydować kto może, a kto nie może być prezydentem Legnicy i zaapelował do władz PO, żeby nie popierały Rabczenki!  Z tekstu jasno wynika, że wcześniejsze teksty miały jeden cel: skompromitowanie Rabczenki oraz jego środowiska i niedopuszczenie, aby uzyskał on poparcie PO jako kandydat na prezydenta. Przecieram oczy ze zdumienia: oto dziennikarz opiniotwórczego dziennika ustawia się po jednej ze stron politycznej walki o fotel prezydenta w jednym z największych miast na Dolnym Śląsku, emocjonalnie wyraża swoje poglądy, a opiniotwórcza gazeta bez wahania drukuje jego apele do marszałka województwa i przewodniczącego PO!  Brakuje mi jeszcze apelu do społeczności Legnicy,  żeby nie wspierała i nie wybierała takiego kandydata na prezydenta,  bo ten jest be.

Ale skąd tajemniczy internauta wiedział o planowanym tekście w „Wyborzcej”? Odpowiedź jest prosta. Od kilku miesięcy wiceprezydent Legnicy, Dorota Purgal, prawa i lewa ręka prezydenta Krzakowskiego, onegdaj zasłużona funkcjonariuszka KW PZPR w Legnicy, kolportuje wśród dziennikarzy i innych osób przygotowany prze siebie materiał dotyczący „Arlegu”. Wszystko ma tam z góry ustalona tezę, że „Arleg” to sam przekręt, prawie legnicka ośmiornica. Wszystkie zawarte w tym materiale „informacje”, tezy,  słowo w słowo powtarza „Wyborcza”, działając właściwie pod dyktando polityczne Krzakowskiego. To epatowanie liczbami, przetargi, unijne fundusze. Tekstu w piątkowej „Wyborczej” właściwie nie sposób zrozumieć, tak jest chaotyczny, ale wrażenie pozostaje, wrażenie przekrętu.

Czytam te teksty i nie mogę uwierzyć, że ukazały się w „mojej Wyborczej”. Gazecie, która przez 25 lat budowała dziennikarskie standardy, brała w obronę obywatela przeciw władzy, walczyła o nową, nowoczesna Polskę. Tymczasem dziś ta gazeta woli PZPRowską  plotkę od merytorycznej dyskusji, obmawia, obraża, obrzuca błotem porządnych ludzi. Tak, porządnych ludzi. Znam dobrze Kaśkę Matijczak, Ewelinę Trzeciak.  Dorotę Struską, Mariusza Kołodzieja, Maćka Kupaja, Jarka Rabczenko, Roberta Kropiwnickiego, Mirka Jankowskiego  – to są młodzi, dynamiczni, pełni energii ludzie, którym chce się jeszcze chcieć, chcą zmienić naszą zapyziałą Legnicę na nowoczesne miasto, godne XXI wieku. Poszli więc na wojnę z PZPRowskim establishmentem i dostają po głowie za swoja odwagę. Kiedy dziennikarz ma tezę, nie patrzy na żadną prawdę, wszystko musi się zgadzać z tezą. 

Prosty przykład z brzegu. Jarek Rabczenko pracuje w „Arlegu” od sierpnia 2003 r. Przeszedł klasycznie amerykańską karierę: od stażysty przez konsultanta, kierownika zespołu, dyrektora do prezesa. Po drodze współpracował z zarządami województwa dolnośląskiego, wywodzącymi się z SLD/UW, PIS/LPR/Samoobrony, teraz PO/PSL/SLD/ODŚ. Tymczasem dziennikarz pisze, że po wyborach parlamentarnych spółka stała się politycznym łupem PO. Innych faktów nie przytacza, bo nie są zgodne z tezą. Także tego, że wszyscy wymienieni pracowali w „Arlegu” długo przedtem nim zostali członkami PO. 250 milionów zł wywalczonych dzięki dobrze skonstruowanym  wnioskom przez „Arleg” dla dolnośląskich samorządów także nie zgadza się z tezą. I budowany przez tę spółkę Inkubator Przedsiębiorczości w Legnicy, który będzie miejscem wsparcia dla małych i średnich firm Już teraz „Arleg” pomógł w powstaniu ponad 450 podmiotów.  O tym nie przeczytamy w „Wyborczej”,  bo nie służy to tezie o aferze.

Dożyliśmy czasów, w których media mogą  zabić i podnieść każdego. Narzędzie sprostowania właściwie nie działa, procesy z mediami narażają każdego na zarzut o ograniczeniu wolności słowa. Odwaga dziennikarzy jest przeogromna, rzetelność i odpowiedzialność prawie żadna. Moi koledzy z „Arlegu” padają ofiarą politycznej plotki. Tadeusz Krzakowski od lat jest mistrzem w uprawianie czarnego pijaru, mistrzem obmowy. Na argumenty nigdy nie wda się w dyskusję, bo ich nie ma, natomiast w plotce, obmawianiu, obsmarowywaniu jest arcymistrzem. To wiemy od dawna, sam doświadczyłem tego na własnej skórze. Szkoda tylko, że w tej wyborczej plotce ochoczo towarzyszy mu „Gazeta Wyborcza”.

Niedawno Paweł Wróblewski na blogu „dolnoślązacy.pl” obśmiał nierzetelność i manipulacje dolnośląskiej „Gazety Wyborczej” i red. Harłukowicza przyznając mu „Złote Ucho…”. Pod tekstem pojawił się taki oto wpis: „Tak ma Pan słuszność Panie marszałku! Jacek Harłukowicz ro socjalistyczny dziennikarz i jeszcze typu lat stalinowskich. Taki co tu zupełne bzdury gada i głosi nieomylność zmuszając ludzi swoim natręctwem by słuchała go”. Przykro mi – bo czytam „Wyborczą” od 25 lat – ale to prawda.


środa, 4 czerwca 2014

Czarodziejski Mardin (2)


Po spektaklu,  2 czerwca, około północy, jemy z Mehmetem, jego przyjaciółką, Gosią i Władkiem lody w najlepszej lokalnej cukierni, w której nasz gospodarz oczywiście zna wszystkich,  także papugę, będącą ozdobą lokalu. Na szybie lokalu wisi plakat „Łemko” i o to zdjęcie Mehmet się dopytuje, czy jest prawdziwe, kto na nim jest. Mówi, że jest bije z niego taki dramat, który jest ponad lokalny, ponadłemkowski, że jak się w niego długo wpatruje,  to chce mu się płakać. Na swoim facebooku śledzi pierwsze komentarze po spektaklu:  „fantastyczne, nie zawiodłam się”, „wróciłam do domu i nadal mam pod powiekami obrazy ze spektaklu”. Rozmawiamy o legnicko-mardińskim przymierzu, o przyjeździe aktorów teatru Mehmeta na dwutygodniowe warsztaty w Legnicy.  Patrzę na to kamienne miasto i na otaczające go piaski pustyni i na pewno wiem, że tu wrócimy. 

Czarodziejski Mardin (1)


Pisze ten wpis w autobusie z Mardinu do Ankary, 1200 km po fantastycznych tureckich autostradach w 13 godzin. Kończymy naszą turecką wyprawę. Po Antalyi przyszła Ankara, stolica, której jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było. Miasto zbudowane od podstaw przez Ojca Turków, z fragmentem udawanego starego miasta, plastikowe, na pokaz, stolica instytucji. Gramy tutaj,  bo nasze plany pokazania „Łemko”  w Izmirze, „mieście pogan”, upadły – od naszej grudniowej wizyty zmieniła się dyrekcja w tamtejszym teatrze i jedna dyrekcja nie przekazała drugiej ustaleń etc. Uratowała nas centralizacja władzy teatralnej w Turcji. Mustafa Kurt, dyrektor Państwowych Teatrów w Turcji rządzi wszystkimi teatrami w kraju. Kiedy padł Izmir, przytulono nas w Ankarze i tak na scenie  teatru Akün zagraliśmy 31 maja jeden z najlepszych spektakli w historii „Łemko” i w dziejach naszego teatru w ogóle. Zjawiskowy, miejscami zagrany genialnie, w którym wszystko się układało perfekcyjnie , ze świetnymi rytmami.  Na szczęście cały spektakl nagraliśmy,  więc sami się przekonacie. Na widowni branżowa publiczność, wielu młodych ludzi, w tym  studentów wydziałów aktorskich, obok mnie dramaturżka lokalnego teatru, roześmiana i wzruszona. Podobnie jak w Antalyi część widowni wstała, po spektaklu gratulowano nam podjęcia tematu („mamy w Turcji takie same problemy narodowościowe”, to nie był pojedynczy głos),  świetnego zespołu, dopytywano o muzykę, gdybyśmy mieli płyty z nią,  przynajmniej kilkanaście poszłoby. Najważniejsze jednak, że trafiliśmy z opowieścią. Mogliśmy do Turcji pojechać z „Otello”, którego historię wszyscy znają, wybraliśmy „Łemko” – bo to nasz legnicki spektakl, opowiadający ważną dla nas historię. A dobrze wiemy, jak coś jest mocno lokalne, to staje się bardzo uniwersalne. Najpierw trzeba pokochać swój powiat, żeby pokochać ojczyznę, powtarzam za Lwem Tołstojem.

Po Ankarze lot do Mardinu. Byliśmy tu już w grudniu z Gosią, podczas wizyty dokumentacyjnej i zakochaliśmy się w tym mieście miłością spontaniczną. Mardin to pomysł  koordynatora naszej wyprawy, turkologa z Warszawy, Władka Chilmona. Szło nam wspólnie o to, żeby dotrzeć do różnorodnej Turcji, także tej w Polsce nie znanej. A Mardin to fantastyczne,  kamienne miasto w południowo- wschodniej Turcji, 10- 15 kilometrów od granicy syryjskiej, otoczone zewsząd pustynią. W samym mieście żyje 140 tys. ludzi, w tym 80% Kurdów, w aglomeracji (okręgu)  jest 750 tys. mieszkańców.  Po 25 latach dobijania się o tożsamość ostatnie wybory na burmistrza wygrał reprezentant partii kurdyjskiej. Nasz spektakl organizuje także Kurd, Mehmet Vejsi Bora, trzydziestoparoletni szef Teatru Artystycznego w Mardin, miłośniczej grupy, która dopiero zaczyna swoją przygodę z teatrem. Na Mehmeta mówią tutaj „Hodża” – nauczyciel, mistrz, znają go wszyscy i on zna wszystkich. Niesamowita jest jego energia, witalność i najzwyczajniejsza na świecie, choć tak rzadko spotykana,  dobroć.  Mehmet jest to człowiekiem – orkiestrą, administruje hotelem, którego działalność inaugurujemy (położonym w  kamiennym,  kilkupiętrowym domu, kiedyś siedzibie jednego z rodów, w czasach współczesnych był to budynek poczty), ma tu udziały w kilku przynajmniej biznesach. Jest także managerem najwyższego człowieka na świecie. Sultan Kosen mierzy 251 cm, mieszka we wiosce pod Mardinem.  Był także  widzem naszego spektaklu, po nim gratuluje nam ze sceny, robimy pamiątkowe zdjęcie, jedno z nich wklejam. Przed spektaklem krótko opowiadam jaką pokazuje  on historię. Kiedy kończę,  z widowni podrywa się jedna z kobiet i prostuje, że w Mardinie nie ma żadnych mniejszości narodowych, jest natomiast jeden naród i wiele kultur. Tak myśli poważna część mieszkańców Turcji – że nie ma Kurdów, Ormian, jest jeden naród turecki. Nie zgadzam się z takim sądem.

Po spektaklu,  2 czerwca, około północy, jemy z Mehmetem, jego przyjaciółką, Gosią i Władkiem lody w najlepszej lokalnej cukierni, w której nasz gospodarz oczywiście zna wszystkich,  także papugę, będącą ozdobą lokalu. Na szybie lokalu wisi plakat „Łemko” i o to zdjęcie Mehmet się dopytuje, czy jest prawdziwe, kto na nim jest. Mówi, że jest bije z niego taki dramat, który jest ponad lokalny, ponadłemkowski, że jak się w niego długo wpatruje,  to chce mu się płakać. Na swoim facebooku śledzi pierwsze komentarze po spektaklu:  „fantastyczne, nie zawiodłam się”, „wróciłam do domu i nadal mam pod powiekami obrazy ze spektaklu”. Rozmawiamy o legnicko-mardińskim przymierzu, o przyjeździe aktorów teatru Mehmeta na dwutygodniowe warsztaty w Legnicy.  Patrzę na to kamienne miasto i na otaczające go piaski pustyni i na pewno wiem, że tu wrócimy. 

niedziela, 1 czerwca 2014

Krzakowski ściga się z Gomułką

Kiedy w końcu lat 60-tych w systematyczny sposób burzono zabytkowe śródmieście Legnicy czyniono to, można tak powiedzieć, z pobudek głęboko ideowych. Otóż I sekretarz KC PZPR, Władysław Gomułka, „Wiesław”, nakazał niszczenie śladów niemieckich na Ziemiach Odzyskanych. Robiono to pod pretekstem złego stanu technicznego, co było poniekąd  prawdą. Przez 20 lat po wojnie nie dbano o starą Legnicę, nie było to modne…Ale tak naprawdę to zdecydowała idea: niemieckiej Legnicy powiedziano precz i w ten sposób zamordowane serce miasta. Zamiast zabytkowych kamienic postawiono ponure bloki, symbol gomułkowskiej „małej stabilizacji”. Kiedy ogląda się zdjęcia z tamtej zagłady, wrażenie jest porażające. Tak jak wyobraźnia burzących, jeden ze spychaczy zaangażowanych w akcję nazwano „Rudy”… – było to już po premierze serialu o Janku Kosie.

Obecnie nam panujący prezydent Legnicy, Tadeusz Krzakowski,  nie burzy Legnicy z powodów ideowych. Ekipa rządząca miastem nie wyznaje żadnej idei, tylko czystą pragmatykę: administruje miastem od poniedziałku do piątku. Budynki na Zakaczawiu i nie tylko burzy się,  bo nie ma żadnego pomysłu ich wykorzystanie, a zły stan techniczny - tak jak dla ludzi Gomułki - jest świetnym pretekstem. To swoiste przyzwolenie Ratusza na degradację starych, świadczących o dziedzictwie miasta,  budynków jest dojmujące. Nie robi się dokładnie NIC w kierunku, aby je ratować. Milczenie Ratusza w sprawie planów wyburzenia przez PKP byłego kina „Kolejarz” jest skandalem.
15 lat temu legnicki teatr zrobił wszystko, aby miejsce to uratować, przywrócić mieszkańcom. „Ballada o Zakaczawiu”  rozsławiła dzielnicę i byłe kino na cały świat. Proponowaliśmy poprzednikowi Krzakowskiego stworzenie tam filii MDK,  bo zakaczwskie dzieci i młodzież wychowują się na ulicy. W odpowiedzi na debacie, zorganizowanej w stołówce ks. Gacka, usłyszeliśmy wypowiedź wiceprezydenta Legnicy, Janusza Ostrówki:  „Traktujemy Zakaczawie tak  jak każdą inną dzielnicę Legnicy”. Na te słowa wtedy, w 2000 roku, wszyscy zebrani wybuchnęli  śmiechem. Teraz, z perspektywy blisko 15 lat, słowa te brzmią  jeszcze bardziej ponuro. Nie robimy nic z miastem, nie robimy nic z Zakaczawiem.