czwartek, 3 maja 2012

Mocne postanowienie poprawy

Z okazji 1 i 3 maja postanowiłem, jak ten syn marnotrawny, powrócić do w miarę regularnego pisania bloga. Ostatnio żył on od czasu do czasu naszymi (Towarzystwa Kontrrewolucyjnego) felietonami, ale to przecież rezultat twórczości zbiorowej, w której zresztą mój udział jest taki sobie,  pióra i wyobraźnie mojej towarzyszki i moich towarzyszy większe i że tak powiem, graniczące z doskonałością.

Przeto powracam do tych osobistych wpisów z mocnym postanowieniem poprawy, że może, nie tak od razu codziennie, ale co parę dni zapiszę coś publicznego, czego nie będę się wstydził nadmiernie. Bo przecież zadziało się ostatnio sporo zdarzeń wartych tego. Premiery w Modrzejewskiej (i nie tylko, bo zacząłem bywać w teatrach). Protest w teatrze, który kiedyś (i mój udział w nim) opiszę.  Inauguracja „Kulturalnego Szybu Bolesław”, pierwszego w końcu projektu mojej Fundacji. I początek mojej walki o Lubin, o stworzenie tam alternatywnego wobec oficjalnej kultury miejsca, miejsca spotkań ludzi różnych środowisk. Myślę, że to się zadziało, może nie monstrualnie, ale kameralnie, choć wyraźnie. Koncert Kasi Wilk i spektakl „Orkiestra|” to estetycznie dwie bardzo różne opowieści, a i na koncercie i na spektaklach była publiczność, której chciało się przyjść do tego przecież nie bardzo rozpoznanego miejsca w Lubinie. 16 czerwca ciąg dalszy, projekt Kamila Rogińskiego, znowu mocno inny estetycznie, zobaczymy...

Czytam teraz „Dzienniki” Pilcha i nieśmiało, z  typową skromnością, przyznaję ( i potwierdzają to dochodzące do mnie głosy), że jestem-  oczywiście mniej doskonałą - kopią Jerzego. Jest on mi, że tak powiem przeraźliwie bliski, ze swoją ironią, poczuciem humoru, poglądami na świat i piłkę nożną, to znaczy na piłkę nożną, bo tak po prawdzie nie widzi on świata poza piłką nożną. Teraz już rozumiem dlaczego  jako-tako wychodzą mi spektakle pilchowe. Bo niezależnie od wagi spraw, dziejowych i osobistych, zawsze, w obcym mieście, poszukamy Polsat Sport na którym akurat Lech Poznań (albo inna polska drużyna) toczy heroiczny bój ze Spartą Praga (albo inną drużyną) w absolutnie wstępnych eliminacjach do którejś tam ligi. Bo są sprawy ważne i ważniejsze, ale w moim życiu mało jest teraz spraw ważniejszych niż aktualny mecz Arsenalu Londyn i dyspozycja Tomasza Rosickiego.

"Parlamentyzacja" teatru

Dzieje się w naszym polskim teatrze, dzieje… Wszyscy mają już serdecznie dość tego rodzaju „dziania”, ale skoro dzieje się uporczywie, warto by to felietonem podsumować - skonstatowaliśmy przy kolejnej herbatce. Dumaliśmy więc i dumali, póki przypadek nie włożył nam w ręce pożółkłej kartki, na której ze zdumieniem i zgrozą wyczytaliśmy nasz kolejny felieton:

 „Ostatnie lata, w których natłok doniosłych problemów politycznych pochłonął całą niemal umysłowość narodu i wyssał zeń wszystkie soki żywotne, wpłynęły oczywiście zasadniczo i na stosunek publiczności do tzw. sztuki. Jak tę zmianę określić? Zobojętnienie? […] Dziś ‘nowy człowiek’ kupuje bilet, przyjmuje bez wielkich dociekań kęs strawy duchowej, jaki mu podadzą, idzie zapić go piwem do restauracji i kołysany dźwiękami walczyka przechodzi myślą do spraw serio, kombinując możliwie głębokie zapuszczenie ręki w kieszeń bliźniego swego przy możliwie najmniejszym ryzyku kryminału. Co mu tam repertuar, aktorzy! Ot, spędził wieczór i koniec, zawsze to jakaś odmiana po codziennym kinie.

W ślad za publicznością prasa, to wierne odbicie życia, również przestała się interesować teatrem. ‘Jak to!’, powie ktoś, toć od miesięcy całych o niczym nie ma mowy w prasie tak często, jak o teatrze. Och! to całkiem co innego; to nie teatr, to ‘kampania teatralna’. I oto dotknęliśmy arcyciekawego problemu: wpływów życia politycznego na formy życia artystycznego. Objawowi temu przyglądam się od dłuższego czasu z daleka, z uciechą niemałą a niczym niezmąconą, ile że sama kwestia jest mi dość obojętna.

‘Polityka’ teatralna istniała i istnieć będzie zawsze. O niciach tej polityki długo by i szeroko mówić. Ludzie są ludźmi i zawsze znajdzie się dość pobudek, które dany dziennik lub osobę nastrajają bardziej lub mniej czule względem danej dyrekcji. Ale dyrektor był dzierżawcą teatru, samowładnym panem w swojej budzie na lat sześć, przeto polityka teatralna obracała się jedynie koło szczegółów, nie godziła w jego zasadnicze ‘być albo nie być’.  […] Od czasu umiastowienia, czyli parlamentaryzacji teatru, zmieniła się fizjonomia tego stosunku. Rzecz przedstawia się tak: Dyrektor teatru to premier, któremu poruczono utworzenie gabinetu; prasa i wszystko, co się koło niej skupia, to rozmaite stronnictwa polityczne, coś niby Izba posłów. Otóż z chwilą ukonstytuowania gabinetu dyrekcji kształtują się stosunki stronnictw, tworzy się prawica i lewica, powstaje opozycja dążąca do konsolidacji partii, utworzenia bloku i obalenia gabinetu, aby samemu stać się rządem; rządem, przeciw któremu znowuż utworzy się blok etc., etc. Poszczególne sztuki to niby dyskusje parlamentarne […] A sztuka, autorzy, aktorzy? Mam wrażenie, że zeszli po prostu do roli pionków czy figur na szachownicy, na której prowadzi się tę kampanię dążącą do triumfalnego szach-mat! Nikt wszak nie wymaga od polityka, aby wyrażał uznanie dla talentów oratorskich lub mądrości politycznej mówcy wrogiego mu w danej chwili stronnictwa; ‘koniunktura’ polityczna stanowi o wszystkim. Stąd te nieprawdopodobne, głęboką humorystyką tracące różnice w ocenie danego utworu lub jego wykonania w poszczególnych organach ‘opinii’. Rzecz z natury swojej tak swobodna i kapryśna, jak indywidualny stosunek krytyka do przejawów sztuki, staje się matematycznie wykreśloną i dającą się z góry przewidzieć linią programu ‘politycznego’.

Nie żal mi dyrektora, trudno: qui a terre, a guerre. Mniej żal mi też autorów […]. Ale najgorzej, mam wrażenie, wychodzą na tym aktorzy, to znaczy ci, którzy na przekór wszelkim ‘reformom’ i ‘odrodzeniom’ teatru zawsze będą stanowić jego rdzeń i istotę.

Te delikatne organizacje artystyczne, te przeczulone kłębki nerwów, tak słusznie wrażliwe i drażliwe na współczesną i doraźną ocenę, jaką przedstawia dla nich świstek dziennika — gdyż dla nich, biednych, żadne odwołanie do potomności nie istnieje! — zasługują doprawdy, aby ich pracę i ich świątynię oceniano rzeczowo, uważnie, pieczołowicie, a nie gdzieś kątem, wśród huraganowego ognia ostrzeliwujących się wzajem pozycji nieprzyjacielskich.”

 Tak pisał Tadeusz Żeleński-Boy. A było to sto lat temu.

 Towarzystwo Kontrrewolucyjne

sobota, 28 kwietnia 2012

Wyznanie wiary


„Nietrudno dostrzec, że nasze czasy są czasami narodzin nowej epoki i przechodzenia do niej. O zachwianiu się budowli świadczą tylko pojedyncze symptomy: lekkomyślność i nuda podkopujące istniejącą rzeczywistość, jakieś nieokreślone przeczucia czegoś nieznanego zwiastują, że nadchodzi coś nowego.”
To nie jest z nowej książki Zygmunta Baumana. To ze wstępu do Heglowskiej Fenomenologii ducha. „Nieokreślone przeczucia”, „lekkomyślność i nuda podkopujące istniejącą rzeczywistość” – to o rodzącym się właśnie romantyzmie.

 Sztuka nie jest sową Minerwy wylatującą o zmierzchu. Działa w pełnym blasku dnia, oślepiona nim, po omacku więc i intuicyjnie. Niektóre z jej intuicji mogą być cenne, inne są paralogizmami prowadzącymi w ślepe zaułki. Jak dokonać właściwego wyboru?

Nie wiemy. Możemy jedynie zdradzić, co podpowiada nam intuicja.

Wydaje się, że trudno dyskutować z tezą, że dokonujący się w naszych czasach proces globalizacji prowadzi do głębokich i różnorodnych zmian we wszystkich dziedzinach życia. Następują one tak szybko, że nie powstała jeszcze syntetyczna prezentacja ich skutków, ale współcześni badacze i myśliciele zaprezentowali nam szereg opisów jej następstw w poszczególnych dziedzinach życia.

Wiemy więc już, że zaczynamy żyć w „społeczeństwie ryzyka” (Beck) i w „społeczeństwie spektaklu” (Debord). Te zmiany powodują, że tradycyjnie rozumiana polityka zostaje wypierana przez „biopolitykę” (Foucault), współczesne zaś państwa demokratyczne coraz częściej sięgają po prerogatywy państw „stanu wyjątkowego” (Agamben). Zarówno ekonomia, jak i kultura stają się coraz bardziej „autoteliczne”, oderwane od rzeczywistości i rzeczywistych potrzeb człowieka, któremu miały służyć. Współczesny kapitalizm radzi sobie ostatnio z barierą wzrostu za pomocą   „doktryny szoku” (Klein), wykorzystując wywoływane przez siebie samego kryzysy społeczne i klęski żywiołowe. Współczesna kultura wybrała zaś „symulakry i symulacje” (Baudrillard) czyli przeszła od znaków, „które coś skrywają, do znaków, które skrywają, że nic nie istnieje”. Nie istnieje oczywiście w dyskursie medialnym (podstawowym dyskursie dzisiejszej kultury), gdyż nie mówi on o realnym świecie, lecz o wytworzonej przez ów dyskurs symulakrycznej hiperrzeczywistości.

Cała ta wyliczanka nie ma służyć podkreśleniu oczytania członków Towarzystwa, którzy próbują zapewnić, że nadążają za współczesną myślą socjologiczną. Chodzi raczej o to, jakie nauki dla teatru wynikają z opisanego stanu rzeczy. Jeśli bowiem ten minorowo brzmiący wielogłos nie myli się całkowicie w opisie dzisiejszych bied i zagrożeń, to konkluzja, jaką powinien wyciągnąć dla siebie teatr, wydaje się jasna: przejście od tego, co syntetyczne i naukowe do tego, co indywidualne i niepowtarzalne. Ze sceny powinien zabrzmieć głos konkretnego, pojedynczego człowieka mówiącego o problemach, przed jakimi staje on w swym rzeczywistym życiu, i o realnych zagrożeniach swych praw. Musi to być głos osobisty i pojedynczy, mówiący o jednostkowej egzystencji i do niej się odnoszący.

 Ale ów wniosek – boleśnie wręcz oczywisty – jest tylko jedną z możliwych dróg na rozstaju. Drugą, nie mniej ważną, jest pielęgnowanie przez teatr ciągłości duchowej rodzaju ludzkiego. W świecie, w którym dotychczasowe struktury pękają jak stare garnki, rytuały i zwyczaje rwą się jak znoszone łachy, pękają więzi międzypokoleniowe. Nasze dzieci odwracają się od kanonu kultury, zapatrzone w technologiczne nowinki. Z jednej strony – nie da się zaprzeczyć – otwierają one przed ludzkością niewyobrażalne perspektywy. Z drugiej przecież nie zmienią nas nie do poznania: wciąż będziemy tą samą mieszaniną dobra i zła, wzniosłości i niskości, piękna i brzydoty. Mimo całego postępu wiedzy trudno sobie wyobrazić, że będziemy wiedzieć o człowieku więcej niż autor eposu o Gilgameszu, Księgi Rodzaju czy Odysei. Dlatego tak ważne jest przypominanie opowieści zakorzenionych w dziejach rodzaju ludzkiego, opowiadanie ich na nowo, mocowanie się z nimi: one właśnie są bowiem krwiobiegiem ludzkiego ducha. Niezależnie od tego, jaka epoka wyłoni się z chaosu współczesności i jak szybko obrócą się w proch dawne świętości i ideały, jedno pozostaje pewne: opowieść nie zginie, gdyż jej trwanie jest warunkiem istnienia kultury. A zatem i teatru.


Towarzystwo Kontrrewolucyjne






środa, 18 kwietnia 2012

Odpowiednie dać rzeczy słowo

Dwie części naszego Towarzystwa, Alfa i Beta, wybrały się na premierowy pokaz scenicznego protestu „Czy pan to będzie czytał na stałe?” w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Nazajutrz Alfa nie mogła się podnieść. Beta ledwie stała na nogach, ale miała na tyle sił, by zadzwonić po Gammę i Deltę, które przybyły natychmiast z polopiryną oraz relanium. Troskliwie pochyliły się nad łożem boleści, w którym dygotały Alfa i Beta.

- Byłam, widziałam, ledwo żyję - szeptała Alfa zbielałymi usty, kurczowo trzymając dłoń Bety i z trudem łykając medykamenty. Potem chrypiała coś jeszcze do ucha Delty. Gamma zmieniała tymczasem kompres na spoconym czole Bety, która tępo patrzyła w sufit.

- Ale czego chcesz? - pochyloną Deltę rozbolały plecy, wyrwała się z uścisku Alfy i siadła w fotelu. - Teatr ma prawo być publicystyczny, liczy się kontekst wypowiedzi, ważne żeby było na czasie, odpowiadało na palące problemy, podtrzymywało zainteresowanie protestem etc. Ładne fikołki na scenie to za mało.

- Ty sobie ironizujesz, a tu jest problem - Alfa z każdym słowem odzyskiwała głos i siły. - Ja nie chcę o tym pisać felietonu. Cała sala klaszcze, na fb i w mediach nikt się nawet nie zająknie, że nazywa się spektaklem coś, co powstaje w kilka dni, w czym aktorzy czytają tekst z kartek i ma się wrażenie, że czytają go w ogóle pierwszy raz. Tylko, że: wybitne, ważne, głos teatru „w sprawie”! Czy to jest, przepraszam, wasz głos w sprawie? - Gamma i Delta schowały się głębiej w fotele. - Bo może by jednak należało napisać - ciągnęła Alfa - że to jest głos autorów tego wydarzenia „w sprawie”, a nie głos teatru...

- No to dlatego właśnie napiszmy o tym felieton! - obudziła się Beta.

- Ale o czym? - zaperzyła się Alfa, podnosząc się z rozwianym włosem z pościeli. - Że większości na sali się widocznie podobało, a my się znowu czepiamy, bo dla nas teatr, także teatr publicystyczny, to coś więcej niż aktorzy dukający frazy ściągnięte z Internetu? Że nawet jeśli dla niektórych cienka jest granica między spektaklem a skleconym na poczekaniu dramatyzowanym protestem, to jednak jakaś jest i pierwszy jest pierwszym, a drugi drugim? Że uczciwie by było odpowiednie dać rzeczy słowo? Przecież powiedzą, że znowu się czepiamy, bo nikt o nas nie pisze, jesteśmy starzy i boimy się, że młodzi nas wygryzą…

- To napiszmy chociaż o konieczności zachowania w teatrze podstawowych standardów. O tekście czytanym z kartki… - próbowała Gamma.

- Powiedzą: work-in-progress! - Delta machnęła ręką.

- No to może, że tekst niedbały, powtarzalny, chaos, stękanie?

- Żywy język aktorów, taka koncepcja, TAK MA BYĆ! - warknęła Alfa i znów się położyła.

- No to podkreślimy, że to koniunkturalność, niby protest z misją pod hasłem: „teatr nie jest produktem”, a przecież produkt jak się patrzy, tak wyraźnie wpisujący się w aktualną potrzebę rynku, na fali, na czasie, tylko opakować ładnie i sprzedawać, a wcześniej nalepić etykietkę "Made in China"! - Gamma dostała wypieków i aż podskakiwała w fotelu.

- Łooo, nawet nie próbuj w tę stronę, jeśli Ci życie miłe – hamowała ją Alfa. - Okrzykną nas zawistnymi Polaczkami, co to w szczerość uczuć nigdy nie wierzą i wszędzie tylko spisek węszą… Że zazdrościmy pomysłu, tempa, dynamiki, emocji, skuteczności…

- Czekajcie, to ja coś zacznę, coś od siebie napiszę, nie będę się migać - Beta odetchnęła głęboko, siadła prosto, podpierając się poduszką, i zamknęła oczy. - Magda Piekarska relacjonuje premierę w "Gazecie Wyborczej Wrocław", pisząc: "W publiczności spektakl zamiast ochoty na debatę wzbudził rewolucyjne nastroje. - Podoba mi się, jest jak w '68 - mówi starsza kobieta. - To co, idziemy na urząd marszałkowski?"… Kochani rewolucjoniści, czy wy naprawdę macie poczucie, że walczycie o to samo co 'komandosi' z marca '68? Wy nie walczycie o wolność, bez której nie ma chleba. Wy tę wolność macie. Macie wolność pokazania marszałkowi przyspawanego do stołka marszałka, obśmiania go, a on wam wręczy kwiaty i podziękuje. Macie wolność pójścia na urząd i żaden 'aktyw robotniczy' was nie spałuje, bo przecież nie urządzacie manifestacji, tylko happening, bo - Karol Marks miał rację - jeśli coś się powtarza, to tylko jako farsa. Wy, kochani, walczycie o utrzymanie 'swojego zakładu - swojego honoru i dumy', świątyni sztuki - teatru. Walczycie do krwi ostatniej, choć jego byt wydaje się tak samo zagrożony, jak suwerenność Polski pod rządami zdrajcy Tuska. Utrzymujecie, że gdy on zniknie, zniknie w Polsce kultura… - Beta zerwała się, wygrzebała z teczki stronicę pergaminu, kałamarz i pióro kruka (tylko takim pisze prawdziwy kontrrewolucjonista) i zaczęła notować.

- Tak - dopingowała go Delta - i jeszcze a propos marszałka, że – jak mi wiadomo – pierwszy raz był w teatrze, więc może wypadałoby mu właśnie teatr pokazać. Najwłaściwszą odpowiedzią artystów na zakusy władzy byłoby artystycznie świetne przedstawienie, pokaz sił i środków teatru, demonstracja kunsztu, uczciwości i siły sztuki. Tymczasem powstał Kmiecik i to upewni władze, że śpiewać każdy może. Być może to ostatnia okazja edukowania urzędu poprzez sztukę, a tu klops, zaprzepaszczona. A jak już o kontrargumentach mowa, to pewnie usłyszymy też, że to co pokazywane na scenie musi być żywe, żeby sztukę zbliżyć do ludzi, żeby pan Kazik wiedział, że i on ma w domu sztukę wysoką, kiedy żona wywali wiosną wszystko z szafek i regałów celem porządków, wyrzekając do tego w długiej improwizacji na oszustów z rządu i zarządu etc.

Dyskusja trwała jeszcze długie minuty, Delta donosiła kolejne liściaste herbaty i parzone kawy wraz z plackiem drożdżowym, póki Gamma przytomnie nie zauważyła:

- No ale coś napisać trzeba, bo już wtorek. Nie róbmy drugiej przerwy poświątecznej. Sprawa nie jest łatwa, wiedziałyśmy, że będziemy w mniejszości, ale jak się już podjęłyśmy, to odwrotu nie ma.

- To piszcie beze mnie - Alfa odwróciła się do ściany. - Dla mnie to rozpaczliwe krzyczenie w próżnię, ja potrzebuję od tego odpocząć. Zresztą nie moja kolej na felieton.

- A czyja kolej?

- Jacka.

- To niech się Jacek męczy.


Towarzystwo Kontrrewolucyjne

wtorek, 3 kwietnia 2012

Nasz nieskazitelny świat

W hurraoptymizmie podpisywania petycji tak skonstruowanych, że trudno ich nie podpisać, w matni walki przeciwko wspólnemu wrogowi, w słodkim poczuciu, że teatr w końcu mówi jednym głosem – w tych wszystkich skrajnych i bojowych emocjach łatwo zatracić ostrość spojrzenia.

Część naszego Towarzystwa podpisała protest „Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem”, wszyscy zgadzamy się przynajmniej z częścią zawartych w nim postulatów. Wedle mody na tłumaczenie się, dlaczego popieramy:

 bo absurdalne jest siedzenie przy jednym stole z tzw. „organizatorem” i pokorne przekonywanie go, że powinien bardziej wspierać kulturę, kiedy ma się pewność, że ten nie rozumie nawet nikłego procentu naszej roboty
 bo przykre jest, że w teatrach pracują wykształceni, zaangażowani i zdolni ludzie, którym dyrektorzy płacą głodowe pensje, nie ze skąpstwa czy braku docenienia, tylko dlatego, że podwyżka o 200 zł. poważnie obciąża budżet wiecznie niedofinansowanej instytucji
 bo poniżające jest, że dyrektor zaradny, pozyskujący środki i odwalający kawał artystycznej roboty musi wciąż przepraszać twórców za spóźnienia w płatnościach, gdyż dotacje wystarczają mu na prąd, czynsz i podstawowe pensje. I że twórcy ci przez takie opóźnienia mają poważne problemy z opłaceniem rachunków
 bo niesprawiedliwe jest, że odpowiedzialnością za zachwianą płynność finansową obciąża się tego dyrektora, a nie tych, którzy go na takie warunki pracy skazali
 bo niedopuszczalne jest, że publicznie lansuje się pogląd, jakoby kultura była zbędnym luksusem, gadżetem z którego czasami można korzystać, kiedy już wydało się wystarczającą kwotę na wszystkie inne sfery życia

W skrócie – bo system finansowania i organizowania kultury jest chory. Ale z głupoty jest chory, a nie z jakiegoś odgórnego tajnego planu wyburzenia wszystkich świątyń sztuki. Z głupoty, braku wrażliwości i uśpienia potrzeb wyższych urzędników. Tak jak decydenci nie są złym smokiem, który tylko czeka, aby nas pożreć, tak i świat teatru nie jest kolorową bajką, a wszyscy dyrektorzy nieskazitelnymi książętami. I jak to z masowymi protestami bywa – to co dla jednych jest walką o pryncypia, dla innych staje się maską kryjącą oblicze nie pierwszej świeżości.

Nie zawsze i nie tylko urzędnicy są winni zapaści finansowej teatrów. W imię krzewienia kultury, wolności artystycznej i innowacyjnej koncepcji spektaklu wyrzuca się w błoto tysiące złotych. Czy zrezygnowanie ze skomponowanej, nagranej i opłaconej muzyki podczas drugiej generalnej jest przejawem wolności twórczej czy niegospodarności? A wycofanie kosztownych elementów scenografii tuż przed premierą? A jak racjonalnie wytłumaczyć, że honoraria twórców potrafią być dziesięć razy większe w jednym teatrze w stosunku do teatru drugiego – i to nie zawsze na linii Warszawa – reszta świata? Dlaczego jednym twórcom płaci się 5 razy więcej za próbę wznowieniową niż innym? Jaki jest sens robienia festiwali za miliony, kiedy można je zrobić kilka razy taniej i zaprosić tyle samo widzów przy podobnym, jeśli nie lepszym poziomie artystycznym? Czy aby na pewno wszystkie opowieści o rozrzutności snujące się po garderobach i bufetach, pracowniach i na bankietach powinniśmy między bajki włożyć? To, że kultury nie da się przeliczyć na pieniądze nie oznacza, że pieniędzy przeznaczonych na kulturę nie trzeba racjonalnie i odpowiedzialnie wydawać. Jeśli ktoś ma nam ochotę zarzucić, że tymi słowami dajemy argument urzędniczemu ciemnogrodowi, możemy tylko apelować o trzeźwe spojrzenie na własny ogródek. Zwalczanie hipokryzji także jest powinnością ludzi kultury.

Towarzystwo Kontrrewolucyjne

środa, 28 marca 2012

Czekając na menadżera

Nasze Towarzystwo (w sporej części) przeszło swoje z urzędnikami wszelkiej maści. Były historie zabawne, jak ta o pewnym sympatycznym skądinąd wojewodzie, który sugerował, żeby Szekspira zagrać szybciej – żeby goszczący w prowincjonalnym grodzie premier zdążył zobaczyć. Często bywało poważniej, jak w tej opowieści o prezydencie miasta, który z dyrektorem teatru postanowił „rozmawiać” poprzez prokuratora i rzecznika dyscypliny finansów publicznych. Generalnie jednakże wszystko mieściło się w jakiejś szeroko pojętej normie i urzędnik - jeśli nawet miewał pomysły - to czuł respekt przed artystą, to znaczy nie zakładał z góry, że on jeden wie, gdzie jest ukryta Bursztynowa Komnata, a pogłoski, że jest ona gdzie indziej, są nieprawdziwe, niesłuszne i w ogóle.

Tak było. Ale czasy się zmieniły. Nieśmiało suponujemy, że przyczyniła się do tego demokratyzacja życia publicznego i bezpośrednie wybory prezydentów w miastach z teatrami. Owi prezydenci, wybierani często kadencja za kadencją (właściwie dożywotni) nie są już urzędnikami służącymi lokalnym społecznościom, ale bogami, królami, carami, otoczonymi świtą, dworem, który składa władcy hołdy i realizuje każdy, nawet kompletnie abstrakcyjny i absurdalny projekt. Ostatnio moda jest na menadżera, który uzdrowi nasz kryzysowy teatr. O tym menadżerze, co ma uzdrowić polski teatr, słyszymy od lat ponad dziesięciu lat. I wypatrujemy go, a on jakoś nie przychodzi. Jak Godot.

Niejasno podejrzewamy, że nie chodzi tu o żadnego menadżera, ale o komisarza, który będzie czuwał nad nieprawomyślnymi artystami i poskramiał ich rzekomą ekonomiczną nieodpowiedzialność. Oczywiście, nie wszyscy dyrektorzy umieją wydawać pieniądze, tak jak nie wszyscy urzędnicy biegle mówią czterema językami. Ale większość szefów teatrów pcha jednak ten teatralny wózek z pełną determinacją i przecież nie dla pieniędzy czy kariery (nasi koledzy filmowcy nie mogą się nadziwić naszej teatralnej biedzie i najczęściej pukają się w czoło…), ale z miłości. To jednak taka kategoria, której urzędnik raczej nie pojmie, bo urzędnik i miłość raczej w parze nie chodzą.

Powie ktoś, że powyższej tezie o wpływie bezpośrednich wyborów prezydenckich na sytuację polskich teatrów zaprzecza tzw. plan Mołonia, który przecież narodził się w kolegialnym zarządzie województwa dolnośląskiego. Ale po pierwsze, z naszej wiedzy wynika, że był to autorski pomysł najsławniejszego obecnie wicemarszałka w Polsce. A po drugie, wyjątek przecież potwierdza regułę.

Fantastyczne jest, że ta „menadżerska plaga” połączyła mocno podzielone środowisko teatralne, że słynny już list podpisali i rewolucjoniści, i kontrrewolucjoniści, że każdy dzień przynosi konkretne gesty solidarności. Z niepokojem jednak patrzymy w przyszłość polskiego teatru. Urzędnicy się nie zmienią, będzie więc jeszcze „ciekawiej”, co niczym czterogłowa Kasandra wieszczymy, wspierając się znajomością historii teatru i polityki.

Towarzystwo Kontrrewolucyjne

środa, 21 marca 2012

Dzieje pewnego teatru

Jako kontrrewolucjoniści od czasu do czasu zerkamy w przeszłość. Nie wydaje nam się wprawdzie, że kiedyś było wyłącznie lepiej, ludzie czytali książki, słuchali jak jeden mąż muzyki poważnej i kochali greckie tragedie, że dzieci były grzeczne i karne, a dorośli dobrze wychowani. Patrzymy jednak z poczuciem, że czegoś możemy się od tej przeszłości, od tamtych ludzi nauczyć.

Postanowiliśmy więc zerknąć na dzieje sceny w najbliższej naszym sercom Legnicy, by przypomnieć sobie, jak wieki temu rozwiązywano pewne problemy, które pojawiają się między ludźmi niezależnie od epoki. Początki teatru w Legnicy giną wprawdzie w mroku dziejów, ale już pierwsze uchwytne ślady legnickiego życia teatralnego, które pojawiają się w początkach XVII stulecia w postaci wystawnego teatru jezuickiego, przynoszą nader interesujący szczegół – owe bogate inscenizacyjnie, nowoczesne spektakle, w których używano efektów świetlnych, latających maszyn, kunsztownie malowanych kulis i zmyślnych, ruchomych dekoracji, były subsydiowane przez miasto, choć z całą pewnością nie sprowadzano do ich przygotowania słynnych artystów stołecznych. Cóż się dziwić tej łaskawości dla teatru – jeden z rektorów tutejszej Akademii Rycerskiej parał się dramatopisarstwem (napisał między innymi sztukę o radości „Polaków i Ślązaków” z nawrócenia na chrześcijaństwo pod panowaniem Mieszka I), burmistrz zaś był poetą, który stworzył przeszło 400 wierszy.

W tej sytuacji jest też jasne, że gdy w początkach XIX wieku rozbudowującemu się miastu przestała wystarczać Sala Komedii – przybytek Melpomeny w postaci ponurej klitki, zastawionej beczkami z zatęchłą wodą na wypadek pożaru – rajcowie nie pożałowali grosza na nowe miejsce dla sztuki. Za 33 tysiące talarów wynajęto wybitnego architekta Carla Ferdinanda Langhansa, autora świeżo wówczas postawionego gmachu wrocławskiego Teatru Miejskiego (dziś Opery Wrocławskiej). Aby wznieść teatr, zburzono nawet resztki walących się miejskich sukiennic – czy ktoś wyobraża sobie, że dziś w tym celu zrównano by z ziemią galerię handlową? Budowa potężnej struktury trwała dwa lata, choć nie brakowało przeszkód. W wykopie pod fundamenty znaleziono pewną ilość czaszek i kawałków ludzkich kości – okazało się, że nie był to bynajmniej przygotowany przez zapobiegliwego teatromana z przeszłości zapas dekoracji do „Hamleta”, ale pozostałość po niegdysiejszym miejscu kaźni. W trakcie prac z rusztowań spadło kolejno dwóch kierowników budowy. Pierwszy przypłacił to życiem, drugi, ciężko poturbowany, przeżył. Nie wiemy, czy przez resztę życia chodził do teatru, wierzymy jednak, że mimo tak ponurych doświadczeń jego miłość do sztuki nie wygasła. W każdym razie jego przykład nie podziałał odstraszająco: spektakle, których tytuły nie powiedziałyby dziś nic najsumienniejszym historykom, chciały początkowo oglądać takie tłumy, że o pilnowanie porządku przy wejściu trzeba było poprosić żołnierzy. Mimo to w długich kolejkach dochodziło do awantur i wybijania szyb. Po tak mocnym początku teatr przez długie dziesięciolecia nie narzekał na brak zainteresowania publiczności.

Wspominając te incydenty, nie postulujemy ani postawienia przed wejściem do teatru czołgu i armaty (choć może by to i kogoś przyciągnęło – zakazany owoc smakuje lepiej), ani powrotu do drugoligowego repertuaru dziewiętnastego stulecia. Chcielibyśmy tylko sobie i wszystkim wokół przypomnieć, że choć świat tak mocno się zmienił, teatr jest dziś równie ważny jak niegdyś. A przynajmniej może być. Czego (nie tylko na Międzynarodowy Dzień Teatru) Państwu i sobie życzymy.

Towarzystwo Kontrrewolucyjne