Bardzo długo naiwnie sądziłem, że z sytuacją zawodową reżysera jest jak z dobrym winem – im później, tym lepsza, bardziej wyrafinowana, przynosząca większe profity i mocniej pożądana. To przecież idealny zawód dla tych, którzy boją się starości. Lepszy może być chyba tylko żywot pisarza. Bo takiemu tancerzowi to po 40-tce zaczynają siadać kolana, aktor po 50-tce ma coraz mniej do grania, a kariera sportowa? Kończy się w wieku, w którym ja interesowałem się dziewczynami, a nie sztuką. Czyli bardzo wcześnie. ..Fakt, że reżyser „robi” głową a nie ciałem w kontekście wieku powinien być dla niego błogosławieństwem. Myli się jednak ten, kto twierdzi, że pracy umysłowej udało się uciec przed kultem młodości. Tym samym, który w naszej kochanej kulturze już dawno tak bezlitośnie opanował ciało.
Dziś kończę 48 lat. Relatywnie – stary nie jestem. I staro się też nie czuję. Wciąż mam sporo energii i entuzjazmu, żeby pakować się w nowe projekty, czasami nawet przesadzam z ich ilością. Dogaduję się z młodymi. Lubię działać. I przede wszystkim wciąż buntuję się jak jakiś 20-latek, co nawet dla mnie samego momentami jest zabawne. Wszystko powinno być pięknie – mówią przecież: masz tyle lat, na ile się czujesz. A jednak.
Kiedy polski reżyser teatralny dobiega 50-tki na „poważnym” festiwalu (czyt. za dużą kasę i tzw. opiniotwórczym) może być co najwyżej wydarzeniem towarzyszącym dla głównych nurtów takich, jak: „Młodzi Reżyserzy”, „Nowa Fala”, „Forum Młodych Twórców” etc. A poza tym mamy nagrody dla „młodych”, kursy do 35 roku życia, stypendia i programy Unii Europejskiej. Wszyscy kochają młodość. Powoli też zaczynają kochać starość, ugłaskując ją warsztatami 55+, kampaniami medialnymi i innymi profitami dla seniorów. Właściwie seniorów – emerytów, którzy niech sobie coś tam robią na boku. Nikt jednak nie wie, co zrobić z tymi biedakami między 45 a 55 rokiem życia, co już młodzi raczej nie są, ale i na wczasy dla staruszków jeszcze nie pojadą.
Osobiście za często nie marudzę, bo dobrze mi się i w życiu, i w zawodzie dzieje. Rozumiem też wszystkie te mechanizmy ojcobójców, zmian pokoleniowych, że tak świat od wieku ułożony etc. Ale obserwuję otoczenie i widzę, jak ostatnio wszystko na głowie staje. Wiek, który kiedyś oznaczał pełnię możliwości twórczych, dojrzałość, doświadczenie, stabilizację emocjonalną, czyli wiek sukcesu - dziś jest wiekiem outsiderów. I wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie coraz gorzej. Jeśli nie osiągniesz sukcesu przed 30-stką – nie zaistniejesz. Po trzech sezonach twój styl artystyczny stanie się niemodny i opatrzony, a koło 40-stki każdy aktor będzie chciał pracować z młodszym niż ty, bo ważne żeby było nowe nowe nowe.... Duże bardziej ważne, niż to, żeby było sensowne, sprawdzone, doświadczone i wypracowane. I tak wiek outsiderów rozciągnie się od 35 do 65 roku życia.... Nazbyt apokaliptyczna wizja? W każdym razie ja cieszę się, że 48 urodziny mam dziś, a nie za lat dwadzieścia....
poniedziałek, 16 stycznia 2012
niedziela, 8 stycznia 2012
Wspomnienie
Jeszcze jeden archiwalny tekst, odnaleziony w komputerze. Napisany i wygłoszony podczas spotkania w grudniu 2004 r. z okazji 10-lecia mojej dyrekcji w legnickim teatrze, ale poza tym nie upubliczniony nigdzie, a chyba nie jest tylko rocznicowy…
"Na te 10 lat!!!
Bardzo chciałbym, aby ten wieczór nie miał scenariusza. Kiedy ostatnio przeczytałem w krajowej gazecie, że aktorzy legniccy grają pewien spektakl „uskrzydleni świetnym scenariuszem” zrozumiałem - po raz kolejny - że światem rządzi jeden Wielki Scenariusz.
Że nic nie dzieje się przez przypadek, że wszystko jest zapisane. Bardzo trudno mi się z tym zgodzić – z taką pozbawioną emocji i przypadku rzeczywistością. Niech więc ten wieczór nie ma scenariusza.
Wiele osób pytało mnie – co to właściwie będzie ten raut, jeden z pracowników wymyślił nawet swoje określenie „rausz” – tym bardziej na pytanie nie mam odpowiedzi. Po prostu pomyślałem sobie, że 10 lat to już jest coś, nie jakieś tam 5 czy 7, ale 10 – to w polskim współczesnym teatrze, pełnym permanentnych politycznych zmian, bardzo dużo. I dlatego warto po tych dziesięciu latach spotkać się w gronie ludzi, którzy w wielu różnych rolach byli w naszym teatrze obecni. Mam nadzieję, wierzę, że będzie to spotkanie przyjaciół, a przynajmniej znajomych.
Kiedy 10 lat temu, 4 sierpnia 1994 roku ówczesny wojewoda legnicki p. Ryszard Maraszek z ówczesnym dyrektorem wydziału kultury p. Zbigniewem Kraską wprowadzali mnie do legnickiego teatru ryzykowali. Nikt z branży nie wiedział kim jestem, nie wygrałem żadnego konkursu, nie byłem członkiem żadnej z partii. Nie miałem pleców, towarzystwa. Miałem – jeśli mogę sobie pozwolić na samoocenę – dużo, bardzo dużo energii, w większości dobrej. I ta energia – połączona z innymi energiami, które tu zastałem albo, które tu się pojawiły, stworzyły dzisiejszy charakter Teatru Modrzejewskiej.
Wszystko co dobrego w naszym teatrze powstało właśnie w wyniku działania tej energii – talent, determinacja, kontekst społeczny – to rzeczy drugorzędne. Nam się po prostu chce i umiemy to chcenie przerodzić w czyn – wierzę, że mam w tym udział.
10 lat – to wydaje się bardzo dużo, ale te 10 lat minęło jak jeden dzień...
Bo teatr jest jak zazdrosna żona – nie lubi żadnej konkurencji, nie dopuszcza żadnych kompromisów. Teatr jest jak smok – pożera nas, jego giermków, zabija prywatność, spala osobiste życie. Teatr jest jak wulkan – wyzwala nie zawsze dobre emocje.
A jednak wszyscy go kochamy i wszyscy mu ulegamy. Kochamy i nienawidzimy. Miłujemy i chcemy go unicestwić. To nie jest łatwy kawałek chleba i mądrzy ludzie powtarzali to nam w różnych szkołach. Za miłość do Teatru, za związek z nimi płaci się często wysoką cenę. Tak dzieje się na całym świecie i tak dzieje się w naszym teatrze pełnym zmagań z rzeczywistością. Tym naszym zmaganiom rzadko towarzyszy sielanka, często krzyk, napięcie, nie zawsze słuszne słowa.
Wybaczcie. To co trudne zawsze kosztuje, sukces ma wysoką cenę. Czasem na pozór niezrozumiałą.
Mnie na przykład wydawało się, że Galicja to cały świat, że jako syn Taty – dziennikarza i Mamy – polonistki zrobię przykładną karierę w Tarnowie, zostanę na przykład redaktorem naczelnym dodatku do „Gazety Krakowskiej” albo panem od historii w liceum. Taki los uczynił z moimi kolegami z jednej szkolnej czy uniwersyteckiej ławki i czerwcowej rewolucji – największy tarnowski rewolucjonista jest referentem w banku...
Myśmy z Małgosią z Tarnowa uciekli i stali się w tym scenariuszu barbarzyńcami w ogrodzie, bo Legnica, Dolny Śląsk to dla Galicji Dziki Zachód. Pokochałem ten Dziki Zachód miłością neofity, choć nie zawsze jest to prosta miłość bo korzenie to nie jest akademickie pojęcie, każdy kto myśli i czuje jest skądś.
Kiedy nie mogę spać, a czterdziestolatkowi zdarza się to coraz częściej, myślę sobie o roli przypadku w życiu.
Co by się stało, gdybym zimą 1994 roku przypadkowo na ulicy Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu nie spotkał Zbyszka Kraski?
Co by się stało, gdyby Zbyszek Kraska nie uległ namowom Romy Cybulskiej i innych przyjaciół z legnickiej kultury i nie wystartował w konkursie (tak, drodzy Państwo, to był demokratyczny konkurs) na dyrektora wydziału kultury?
Co by się stało gdyby wojewoda Maraszek przestraszył się mojego nazwiska przed brzmieniem którego doradcy go ostrzegali?
Co by się wreszcie stało, gdyby spełniła się tzw. zemsta Sagana (to jest już termin naukowy!) i minister Wnuk-Nazarowa zgodziła się w 1998 roku na moje odwołanie ze funkcji dyrektorskiej.
Niezorientowanym wyjaśniam, że ten ostatni wojewoda legnicki sugerował w wniosku i jego powtórce, że łamie ustawę o zachowaniu w trzeźwości – podając w przerwie „Koriolana” zmarzniętym widzom – wino grzane? Co by się stało...
Gdyby spełnił się ten ostatni scenariusz nie powstałaby na przykład „Ballada o Zakaczawiu”.
Kiedy tak nie mogę spać wracają do mnie często fragment opowieści Jana Bielatowicza.
Bielatowicz to emigracyjny pisarz rodem z Tarnowa, o którym jeszcze przed moją emigracją napisałem książkę. Ta opowieść nosi tytuł „Książeczka” i jest fantastycznym wspomnieniem przedwojennego Tarnowa – razem z Małgosią wykroiliśmy z niej spektakl teatralny, nazywał się tak jak będzie się nazywał nasz teatralny festiwal we wrześniu 2005 roku – „Miasto”.
Jest w niej wstrząsający ostatni rozdział „Perłowa granica”, który kończy się mniej więcej tak:
„Jednej złej nocy, po wielu latach, kiedy już ziemia rodzinna usunęła mi się spod stóp, a trąba powietrzna rzuciła daleko od domu, szukałem ucieczki przed bezsennością i powrotu na bezpieczną łódkę na morzu strachu.
Powrotu do domu rodzinnego, portu nieomylnego, miejsca nie usuwającego się spod stóp, gdy ziemia się obróci. Schronienia przed trąbami powietrznym, trzęsawiskami, błędnymi ogniami, smokami i południcami, chociaż z domowymi duchami i strachami.
Kiedym pogrążony w te rozważania pomyślał, że nijak nie ma powrotu za perłową granicę ujrzałem – po tylu latach – czarną zmorę z dukatowymi oczyma jak się wyrajała niezgrabnie z sufitu. Przeszył mnie zimny strach, ale zamiast krzyknąć uśmiechnęłem się do niej przyjaźnie bo tylko ona ocalała z dzieciństwa. Ona jedna powróciła.
Coś przecież nie opuszcza człowieka nigdy. Strach.”
Wszyscy oswajamy nasze zmory. Od skuteczności tej operacji zależy los naszych światów. Nie każda jest czarna, nie każda ma dukatowe oczy....
9 lutego 1997 roku na tej scenie po raz pierwszy legnicki Don Kichot wypowiedział nasze legnickie zawołanie – „Ten świat jest taki jakim go czynimy”. „Don Kichot Uleczony” to jedno z najważniejszych zdarzeń w ciągu tych 10 lat. To spektakl, który stworzył legnicką drużynę – pierwszy za mojej dyrekcji prawdziwie zespołowa i drużynowa opowieść. Gramy go teraz rzadko, ale wciąż gramy.
Ten świat jest taki, drodzy Państwo, jakim go czynimy.
W waszych głowach, rękach i nogach jest przyzwolenie albo niezgoda na świat, Polskę, Legnicę przyjazną albo nieprzyjazną, partyjną albo obywatelską, korupcyjną albo przejrzystą. Nie mówmy, że się nie da. Że to ONI rządzą. Że my nie mamy wpływu. Bądźmy, żyjmy, wpływajmy.
Kiedy esmesowo dzieliłem się z zespołem „Made in Poland” opiniami po niewątpliwym premierowym sukcesie, jeden z aktorów odpisał „Moc jest z nami”. Jak przywołuję te 10 lat wierzę, że Moc była, jest i będzie z nami".
No i zaraz ta moc była potrzeba bo niedługo po owym spotkaniu rozpoczął się w historii teatru (i w mojej osobistej) rozdział „Przygody z Tadeuszem Krzakowskim”. Festiwalu „Miasto” we wrześniu 2005 r. nie było, odbył się dwa lata później.
"Na te 10 lat!!!
Bardzo chciałbym, aby ten wieczór nie miał scenariusza. Kiedy ostatnio przeczytałem w krajowej gazecie, że aktorzy legniccy grają pewien spektakl „uskrzydleni świetnym scenariuszem” zrozumiałem - po raz kolejny - że światem rządzi jeden Wielki Scenariusz.
Że nic nie dzieje się przez przypadek, że wszystko jest zapisane. Bardzo trudno mi się z tym zgodzić – z taką pozbawioną emocji i przypadku rzeczywistością. Niech więc ten wieczór nie ma scenariusza.
Wiele osób pytało mnie – co to właściwie będzie ten raut, jeden z pracowników wymyślił nawet swoje określenie „rausz” – tym bardziej na pytanie nie mam odpowiedzi. Po prostu pomyślałem sobie, że 10 lat to już jest coś, nie jakieś tam 5 czy 7, ale 10 – to w polskim współczesnym teatrze, pełnym permanentnych politycznych zmian, bardzo dużo. I dlatego warto po tych dziesięciu latach spotkać się w gronie ludzi, którzy w wielu różnych rolach byli w naszym teatrze obecni. Mam nadzieję, wierzę, że będzie to spotkanie przyjaciół, a przynajmniej znajomych.
Kiedy 10 lat temu, 4 sierpnia 1994 roku ówczesny wojewoda legnicki p. Ryszard Maraszek z ówczesnym dyrektorem wydziału kultury p. Zbigniewem Kraską wprowadzali mnie do legnickiego teatru ryzykowali. Nikt z branży nie wiedział kim jestem, nie wygrałem żadnego konkursu, nie byłem członkiem żadnej z partii. Nie miałem pleców, towarzystwa. Miałem – jeśli mogę sobie pozwolić na samoocenę – dużo, bardzo dużo energii, w większości dobrej. I ta energia – połączona z innymi energiami, które tu zastałem albo, które tu się pojawiły, stworzyły dzisiejszy charakter Teatru Modrzejewskiej.
Wszystko co dobrego w naszym teatrze powstało właśnie w wyniku działania tej energii – talent, determinacja, kontekst społeczny – to rzeczy drugorzędne. Nam się po prostu chce i umiemy to chcenie przerodzić w czyn – wierzę, że mam w tym udział.
10 lat – to wydaje się bardzo dużo, ale te 10 lat minęło jak jeden dzień...
Bo teatr jest jak zazdrosna żona – nie lubi żadnej konkurencji, nie dopuszcza żadnych kompromisów. Teatr jest jak smok – pożera nas, jego giermków, zabija prywatność, spala osobiste życie. Teatr jest jak wulkan – wyzwala nie zawsze dobre emocje.
A jednak wszyscy go kochamy i wszyscy mu ulegamy. Kochamy i nienawidzimy. Miłujemy i chcemy go unicestwić. To nie jest łatwy kawałek chleba i mądrzy ludzie powtarzali to nam w różnych szkołach. Za miłość do Teatru, za związek z nimi płaci się często wysoką cenę. Tak dzieje się na całym świecie i tak dzieje się w naszym teatrze pełnym zmagań z rzeczywistością. Tym naszym zmaganiom rzadko towarzyszy sielanka, często krzyk, napięcie, nie zawsze słuszne słowa.
Wybaczcie. To co trudne zawsze kosztuje, sukces ma wysoką cenę. Czasem na pozór niezrozumiałą.
Mnie na przykład wydawało się, że Galicja to cały świat, że jako syn Taty – dziennikarza i Mamy – polonistki zrobię przykładną karierę w Tarnowie, zostanę na przykład redaktorem naczelnym dodatku do „Gazety Krakowskiej” albo panem od historii w liceum. Taki los uczynił z moimi kolegami z jednej szkolnej czy uniwersyteckiej ławki i czerwcowej rewolucji – największy tarnowski rewolucjonista jest referentem w banku...
Myśmy z Małgosią z Tarnowa uciekli i stali się w tym scenariuszu barbarzyńcami w ogrodzie, bo Legnica, Dolny Śląsk to dla Galicji Dziki Zachód. Pokochałem ten Dziki Zachód miłością neofity, choć nie zawsze jest to prosta miłość bo korzenie to nie jest akademickie pojęcie, każdy kto myśli i czuje jest skądś.
Kiedy nie mogę spać, a czterdziestolatkowi zdarza się to coraz częściej, myślę sobie o roli przypadku w życiu.
Co by się stało, gdybym zimą 1994 roku przypadkowo na ulicy Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu nie spotkał Zbyszka Kraski?
Co by się stało, gdyby Zbyszek Kraska nie uległ namowom Romy Cybulskiej i innych przyjaciół z legnickiej kultury i nie wystartował w konkursie (tak, drodzy Państwo, to był demokratyczny konkurs) na dyrektora wydziału kultury?
Co by się stało gdyby wojewoda Maraszek przestraszył się mojego nazwiska przed brzmieniem którego doradcy go ostrzegali?
Co by się wreszcie stało, gdyby spełniła się tzw. zemsta Sagana (to jest już termin naukowy!) i minister Wnuk-Nazarowa zgodziła się w 1998 roku na moje odwołanie ze funkcji dyrektorskiej.
Niezorientowanym wyjaśniam, że ten ostatni wojewoda legnicki sugerował w wniosku i jego powtórce, że łamie ustawę o zachowaniu w trzeźwości – podając w przerwie „Koriolana” zmarzniętym widzom – wino grzane? Co by się stało...
Gdyby spełnił się ten ostatni scenariusz nie powstałaby na przykład „Ballada o Zakaczawiu”.
Kiedy tak nie mogę spać wracają do mnie często fragment opowieści Jana Bielatowicza.
Bielatowicz to emigracyjny pisarz rodem z Tarnowa, o którym jeszcze przed moją emigracją napisałem książkę. Ta opowieść nosi tytuł „Książeczka” i jest fantastycznym wspomnieniem przedwojennego Tarnowa – razem z Małgosią wykroiliśmy z niej spektakl teatralny, nazywał się tak jak będzie się nazywał nasz teatralny festiwal we wrześniu 2005 roku – „Miasto”.
Jest w niej wstrząsający ostatni rozdział „Perłowa granica”, który kończy się mniej więcej tak:
„Jednej złej nocy, po wielu latach, kiedy już ziemia rodzinna usunęła mi się spod stóp, a trąba powietrzna rzuciła daleko od domu, szukałem ucieczki przed bezsennością i powrotu na bezpieczną łódkę na morzu strachu.
Powrotu do domu rodzinnego, portu nieomylnego, miejsca nie usuwającego się spod stóp, gdy ziemia się obróci. Schronienia przed trąbami powietrznym, trzęsawiskami, błędnymi ogniami, smokami i południcami, chociaż z domowymi duchami i strachami.
Kiedym pogrążony w te rozważania pomyślał, że nijak nie ma powrotu za perłową granicę ujrzałem – po tylu latach – czarną zmorę z dukatowymi oczyma jak się wyrajała niezgrabnie z sufitu. Przeszył mnie zimny strach, ale zamiast krzyknąć uśmiechnęłem się do niej przyjaźnie bo tylko ona ocalała z dzieciństwa. Ona jedna powróciła.
Coś przecież nie opuszcza człowieka nigdy. Strach.”
Wszyscy oswajamy nasze zmory. Od skuteczności tej operacji zależy los naszych światów. Nie każda jest czarna, nie każda ma dukatowe oczy....
9 lutego 1997 roku na tej scenie po raz pierwszy legnicki Don Kichot wypowiedział nasze legnickie zawołanie – „Ten świat jest taki jakim go czynimy”. „Don Kichot Uleczony” to jedno z najważniejszych zdarzeń w ciągu tych 10 lat. To spektakl, który stworzył legnicką drużynę – pierwszy za mojej dyrekcji prawdziwie zespołowa i drużynowa opowieść. Gramy go teraz rzadko, ale wciąż gramy.
Ten świat jest taki, drodzy Państwo, jakim go czynimy.
W waszych głowach, rękach i nogach jest przyzwolenie albo niezgoda na świat, Polskę, Legnicę przyjazną albo nieprzyjazną, partyjną albo obywatelską, korupcyjną albo przejrzystą. Nie mówmy, że się nie da. Że to ONI rządzą. Że my nie mamy wpływu. Bądźmy, żyjmy, wpływajmy.
Kiedy esmesowo dzieliłem się z zespołem „Made in Poland” opiniami po niewątpliwym premierowym sukcesie, jeden z aktorów odpisał „Moc jest z nami”. Jak przywołuję te 10 lat wierzę, że Moc była, jest i będzie z nami".
No i zaraz ta moc była potrzeba bo niedługo po owym spotkaniu rozpoczął się w historii teatru (i w mojej osobistej) rozdział „Przygody z Tadeuszem Krzakowskim”. Festiwalu „Miasto” we wrześniu 2005 r. nie było, odbył się dwa lata później.
piątek, 6 stycznia 2012
Mój Tato
Mój tato, Eugeniusz Głomb, skończył dziś 83 lata. „Niektórzy po lekturze tego wywiadu (załączam na facebooku) dziwili się, że jeszcze żyję”, żartował widocznie dumny, że ktoś z branży o nim pamiętał. Tato całe życie był dziennikarzem, to była jego pasja i jego zawód, który uprawiał z powodzeniem w „Tarnowskich Azotach” i „Gazecie Krakowskiej”. „Tarnowskie Azoty” stworzył od podstaw, zbudował oddział „Krakowskiej” w Tarnowie pracując w jej najlepszych czasach – za redakcji Macieja Szumowskiego. 13 grudnia zamordował te najlepsze czasy, Tato nie przeszedł dziennikarskiej weryfikacji i kiedy przestał pracować dostał w lipcu 1982 r. potwornego wylewu, który podzielił Jego życie na pół. Na szczęście przeżył i mimo różnych przypadłości dzielnie sobie z życiem radzi. Jego świat, koledzy, ulica odchodzą, a oni wciąż z moja Mamą trwają na swym „posterunku”, w moim rodzinnym domu przy ul. Żeromskiego 8 w Tarnowie.
Ten dom zbudował mój dziadek Wincenty, bodajże w 1926 r., biorąc kredyt, na który go było stać bo pracował jako majster na Warsztatach Kolejowych. Zbudował go na ówczesnych obrzeżach miasta, w dzielnicy Strusina, na której jeszcze do niedawne były ubite drogi dopóki cywilizacja III RP (także za sprawą mojego brata, Krzysztofa, który był radnym miejskim) nie przyniosła asfaltu i kostki. Ja wolałem tamte polne drogi, po których ścigałem się w jednoosobowym Wyścigu Pokoju, w którym byłem jednocześnie Szozdą i Moravcem, Hanusikiem i Mytnikiem, ale nigdy radzieckim kolarzem. Może na tym polegał mój ówczesny antykomunizm? Tymi polnymi drogami docierałem po chleb do piekarni Błaszkiewiczów, to była cała wyprawa mimo, że mój dom od piekarni dzieliło raptem kilkaset metrów…Na tych ścieżkach urządzaliśmy wyścigi na kapsle, które załatwialiśmy na rogu, w konsumie, i które strasznie pachniały/śmierdziały piwem i ten zapach został mi do dziś…
O swoich rodzicach często zaczynamy myśleć za późno. W młodości nie ma na to czasu…
Teraz bardzo bardzo często myślę o moim dzielnym Tacie, który bardzo chciał reformować świat, przez co trzy razy wywalali go za partii. O mojej wspaniałej Mamie, która nie zawahała się dać mi dwójki w liceum, bo nie wiedziałem co Zosia z „Pana Tadeusza” zbierała w ogródku…Jestem absolutnie pewien, że zawdzięczam im cały świat, w którym jestem. „Rodzicom, którzy nauczyli mnie czytać”, napisałem w dedykacji przed kilkunastoma laty i jest to absolutna prawda. Tylko tego „czytać” nie trzeba rozumieć wprost. Nie tylko o czytanie książek tu chodzi.
Ten dom zbudował mój dziadek Wincenty, bodajże w 1926 r., biorąc kredyt, na który go było stać bo pracował jako majster na Warsztatach Kolejowych. Zbudował go na ówczesnych obrzeżach miasta, w dzielnicy Strusina, na której jeszcze do niedawne były ubite drogi dopóki cywilizacja III RP (także za sprawą mojego brata, Krzysztofa, który był radnym miejskim) nie przyniosła asfaltu i kostki. Ja wolałem tamte polne drogi, po których ścigałem się w jednoosobowym Wyścigu Pokoju, w którym byłem jednocześnie Szozdą i Moravcem, Hanusikiem i Mytnikiem, ale nigdy radzieckim kolarzem. Może na tym polegał mój ówczesny antykomunizm? Tymi polnymi drogami docierałem po chleb do piekarni Błaszkiewiczów, to była cała wyprawa mimo, że mój dom od piekarni dzieliło raptem kilkaset metrów…Na tych ścieżkach urządzaliśmy wyścigi na kapsle, które załatwialiśmy na rogu, w konsumie, i które strasznie pachniały/śmierdziały piwem i ten zapach został mi do dziś…
O swoich rodzicach często zaczynamy myśleć za późno. W młodości nie ma na to czasu…
Teraz bardzo bardzo często myślę o moim dzielnym Tacie, który bardzo chciał reformować świat, przez co trzy razy wywalali go za partii. O mojej wspaniałej Mamie, która nie zawahała się dać mi dwójki w liceum, bo nie wiedziałem co Zosia z „Pana Tadeusza” zbierała w ogródku…Jestem absolutnie pewien, że zawdzięczam im cały świat, w którym jestem. „Rodzicom, którzy nauczyli mnie czytać”, napisałem w dedykacji przed kilkunastoma laty i jest to absolutna prawda. Tylko tego „czytać” nie trzeba rozumieć wprost. Nie tylko o czytanie książek tu chodzi.
piątek, 30 grudnia 2011
Byle do poniedziałku!
Nie uznaję Sylwestra. Nie czekam też z utęsknieniem na pierwszą gwiazdkę, nie kupuję prezentów miesiąc przed Świętami, nie mogę wręcz znieść „świątecznego nastroju” stacji radiowych i galerii handlowych, który z każdym rokiem rozlewa się coraz wcześniej i niedługo dosięgnie nas w ostatni dzień wakacji. Nie znaczy to wcale, że jestem jak jeden z tych wrednych starszych panów z bajek dla dzieci, którzy organicznie nie znoszą Świąt, a w poincie opowieści zostają cudownie uleczeni i od tej pory co roku pierwsi będą ubierać choinkę. Cenię Święta tradycyjne i Święta rodzinne, Święta spokojne i Święta niewymuszone. Lubię dobrą zabawę na Sylwestra tak samo, jak w każdy inny dzień roku. W głowie mi się tylko nie mieści jak z przyjemnej idei świętowania rozumny gatunek, jakim przecież jest człowiek, mógł zrobić to, co musimy obserwować pod koniec każdego grudnia. Kiedy już przeżyję atak bombek i grających mikołajków, lampek i świątecznych promocji, odetchnę trochę i powiem sobie w duchu „Dzięki ci Boże, już koniec”, szaleństwo w przeciągu dwóch dni zaczyna się od początku! Każdy kiosk zamienia się w składzik fajerwerków, a ludzie na ulicy zamiast o samopoczucie pytają się gdzie ich rozmówca spędza Sylwestra. Jeśli nigdzie, nastaje współczująca cisza...
Wiem, nie jestem ani nowatorski, ani oryginalny w tych utyskiwaniach. Dla mnie Nowy Rok zawsze miał symboliczne znaczenie momentu przejściowego, może też dlatego, że w styczniu mam urodziny? Człowiek potrzebuje takich momentów granicznych, żeby móc się do czegoś odnosić – wygodniej jest objąć wzrokiem życie, jak można je podzielić na równe kawałki. Może i wybór Nowego Roku na punkt odniesienia jest schematyczny, ale zawsze lepsza schematyczna coroczna refleksja niż owczy pęd świąteczno-noworocznego szaleństwa. I właśnie refleksji najbardziej i najserdeczniej sobie i Wam życzę.
Wiem, nie jestem ani nowatorski, ani oryginalny w tych utyskiwaniach. Dla mnie Nowy Rok zawsze miał symboliczne znaczenie momentu przejściowego, może też dlatego, że w styczniu mam urodziny? Człowiek potrzebuje takich momentów granicznych, żeby móc się do czegoś odnosić – wygodniej jest objąć wzrokiem życie, jak można je podzielić na równe kawałki. Może i wybór Nowego Roku na punkt odniesienia jest schematyczny, ale zawsze lepsza schematyczna coroczna refleksja niż owczy pęd świąteczno-noworocznego szaleństwa. I właśnie refleksji najbardziej i najserdeczniej sobie i Wam życzę.
niedziela, 18 grudnia 2011
"Marsz Polonia" zagramy w Łodzi
Pracuję w Łodzi w Teatrze Powszechnym nad spektaklem wg powieści Jerzego Pilcha „Marsz Polonia” (premiera 21 stycznia 2012 r.). Jerzego uważam prywatnie za najlepszego polskiego żyjącego pisarza, jestem trochę impregnowany na pilchowe „alkoholowe” powieści, natomiast kocham miłością szczerą jego zanurzone w lokalności prowincjonalno- ewangelickie opowieści z Wisły. To kawał fantastycznego świata z którego wykroiłem kiedyś w Zielonej Górze spektakl „Zabijanie Gomułki” wg powieści „Tysiąc spokojnych miast”. Książka ta, „Inne rozkosze”, opowiadania ze zbioru „Moje pierwsze samobójstwo”, felietony – to kawał świetnej literatury.
„Marsz Polonia” jest inny w tonie i narracji, to arcypolska, fantasmagoryczna opowieść o „z wolna przeradzającym się w orgię raucie” w posiadłości Beniamina Bezetznego (którego pierwowzorem jest Jerzy Urban) na który trafia nasz bohater, pisarz, któremu niedaleko do samego autora. Dzieją się tam różne rzeczy, nie będę streszczał, powiem tylko, że w powieści często pojawiają się akcenty piłkarskie* bo i miłość Jerzego do piłki nożnej i Cracovii jest szeroko znana. Pierwszy raz w życiu będę miał okazję zainscenizować na scenie fragment meczu co w roku Euro 2012 jest szczególnie podniecające.
Inscenizuję „Marsz Polonia” w Łodzi, mieście – legendzie, które przestało już być dla mieszkańców Ziemią Obiecaną. Mieście o ogromnej ilości zdegradowanych budynków (to naprawdę wygląda porażająco, gorzej niż w Legnicy, te dziesiątki kamienic, którym grozi natychmiastowa katastrofa budowlana) na które patrzy wyremontowana do błysku przez Francuzów Manufaktura. „Łódź to smutne miasto bo ludzie na jego ulicach się nie uśmiechają”, słyszałem od znajomych i jakoś w to nie wierzyłem dopóki tego nie dotknąłem. Naprzeciwko teatru nie ma kawiarni „Teatralna” ani „Maska”, jest bar kawowy „Ignorantka” z piwem i winem lanym po 5 zł, z karaoke i tańcami. To kultowe miejsce na ulicy Legionów.
5 min pieszo od Piotrkowskiej.
*
KOWALEWICZ
Zrozpaczony byłem, że mecz muszę sam oglądać.
JERZY
Górnik Zabrze – Manchester United. Rewanż na pokrytej zamarzniętym śniegiem murawie Stadionu Śląskiego. Lubański strzelił zwycięską bramkę, ale wobec przegranej 2:0 w pierwszym meczu odpadliśmy. Jednego gola zabrakło.
KOWALEWICZ
Od razu wiedziałem: wspólnota generacyjna nie do ominięcia. Niemniej, niech pan się nie gniewa, mecz, o którym pan mówi, myśmy z Bronkiem Badylkiem jeszcze razem oglądali.
JERZY
Pomyliłem Manchester United z Manchesterem City?
KOWALEWICZ
Exactly. Ja też swego czasu myliłem, a nie należy i nie wolno. Widzi pan, w tym rzecz: nie mylić Manchesteru United z Manchesterem City! Pierwsza zasada: nie mylić Manchesteru City z Manchesterem United!
JERZY
Nie mylić Polonii z Legią.
KOWALEWICZ
Tak jest. Jak się takie rzeczy myli, świat wypada z normy.
JERZY
Teraz dopiero rozjaśniło mi się we łbie! Sławna droga Górnika do finału! Do wiedeńskiego finału z Manchesterem – tak jest – City! Przedtem dramatyczny trójmecz z Romą, Helenio Herrera powoduje awarię światła na Stadionie Śląskim! Rzut monetą w Strasburgu!
„Marsz Polonia” jest inny w tonie i narracji, to arcypolska, fantasmagoryczna opowieść o „z wolna przeradzającym się w orgię raucie” w posiadłości Beniamina Bezetznego (którego pierwowzorem jest Jerzy Urban) na który trafia nasz bohater, pisarz, któremu niedaleko do samego autora. Dzieją się tam różne rzeczy, nie będę streszczał, powiem tylko, że w powieści często pojawiają się akcenty piłkarskie* bo i miłość Jerzego do piłki nożnej i Cracovii jest szeroko znana. Pierwszy raz w życiu będę miał okazję zainscenizować na scenie fragment meczu co w roku Euro 2012 jest szczególnie podniecające.
Inscenizuję „Marsz Polonia” w Łodzi, mieście – legendzie, które przestało już być dla mieszkańców Ziemią Obiecaną. Mieście o ogromnej ilości zdegradowanych budynków (to naprawdę wygląda porażająco, gorzej niż w Legnicy, te dziesiątki kamienic, którym grozi natychmiastowa katastrofa budowlana) na które patrzy wyremontowana do błysku przez Francuzów Manufaktura. „Łódź to smutne miasto bo ludzie na jego ulicach się nie uśmiechają”, słyszałem od znajomych i jakoś w to nie wierzyłem dopóki tego nie dotknąłem. Naprzeciwko teatru nie ma kawiarni „Teatralna” ani „Maska”, jest bar kawowy „Ignorantka” z piwem i winem lanym po 5 zł, z karaoke i tańcami. To kultowe miejsce na ulicy Legionów.
5 min pieszo od Piotrkowskiej.
*
KOWALEWICZ
Zrozpaczony byłem, że mecz muszę sam oglądać.
JERZY
Górnik Zabrze – Manchester United. Rewanż na pokrytej zamarzniętym śniegiem murawie Stadionu Śląskiego. Lubański strzelił zwycięską bramkę, ale wobec przegranej 2:0 w pierwszym meczu odpadliśmy. Jednego gola zabrakło.
KOWALEWICZ
Od razu wiedziałem: wspólnota generacyjna nie do ominięcia. Niemniej, niech pan się nie gniewa, mecz, o którym pan mówi, myśmy z Bronkiem Badylkiem jeszcze razem oglądali.
JERZY
Pomyliłem Manchester United z Manchesterem City?
KOWALEWICZ
Exactly. Ja też swego czasu myliłem, a nie należy i nie wolno. Widzi pan, w tym rzecz: nie mylić Manchesteru United z Manchesterem City! Pierwsza zasada: nie mylić Manchesteru City z Manchesterem United!
JERZY
Nie mylić Polonii z Legią.
KOWALEWICZ
Tak jest. Jak się takie rzeczy myli, świat wypada z normy.
JERZY
Teraz dopiero rozjaśniło mi się we łbie! Sławna droga Górnika do finału! Do wiedeńskiego finału z Manchesterem – tak jest – City! Przedtem dramatyczny trójmecz z Romą, Helenio Herrera powoduje awarię światła na Stadionie Śląskim! Rzut monetą w Strasburgu!
wtorek, 6 grudnia 2011
Śmierć Apacza
Przy okazji szperania w starych numerach „Wersji”, pisma społeczno-kulturalnego, które na przełomie XX i XI wieku (jak to brzmi!) wydawaliśmy w Teatrze (szukałem dawnych tekstów Ludwika Gadzickiego przygotowując się do piątkowego wieczoru) odnalazłem moją osobiste „dzieło”, felieton z cyklu „Prosto z Mostu”, który to cykl prowadziłem wtedy w „Wersji”, a za chwilę wygłaszałem w Radio Wrocław. O tych przygodach napisze innym razem, a teraz pozwólcie, że przypomnę to dziełko z maja 1999 roku, a więc napisane jeszcze przed „Balladą o Zakaczwiu”, gdzie Indianom poświęciliśmy spory fragment…
„Śmierć Apacza" to w slangu, który pewnie przywiozłem z Galicji (to taka prowincja Austro-Węgier, która obecnie nazywa się województwo małopolskie), rzecz ostateczna, koniec świata, określenie ponad które... nie ma już określe¬nia. Polski język, który za księdza Kitowicza bywał bogaty, a teraz jest niezmiernie ubogi, sam (niezależnie od polonistów) kreuje nowe. Statystyczna pani, do której przychodzi pan z „Visirem" otwiera drzwi i - widząc kamerę - zaniepokojona mówi „O Jezus Maria", potem dodaje „ O Matko Boska" (mogę się mylić, ale intencję oddaję). Inni, już niestatystyczni pokrzykują „O matko z córką", co na pewno nie jest teologicz¬ne. W naszym, teatralnym, slangu powodzenie ma „reakcyjność", co nie ma nic wspólnego z zachowawczym syste-mem politycznym, a po prostu oznacza reakcję w zachowa¬niu (mowie) jednego aktora na drugiego. Twórcy z innych miast mówią o odbijaniu i znów nie dziewczyny, tylko akto¬ra wobec aktora itp. Swoją mowę mają artyści, księgowe, barmani, kierowcy (tu wiele się zdarza...), policjanci, nie mówiąc już o kibicach czy komentatorach sportowych („pił¬ka dryfuje mówiąc kolokwialnie").
„Śmierć Apacza" jest może jednym z lepszych językowych pomysłów, dlatego że odwołuje się do milionowej widowni filmów „Winnetou I, II, III" tudzież czytelników słynnego cyklu powieści Karola Maya.
Śmierć Apacza, jak - wierzę - wiedzą entuzjaści tej twórczości bywa:
po pierwsze: rzadka. Apacz rzadko kiedy ginie, bo Apa¬cze (Apaczowie) są w mniejszości (wobec białych) i nie mogą ginąć, bo kto będzie napędzał twórczość (książkę, film), po drugie: jeśli Apacz ginie, to umiera długo, jak „Otello" w operze (po śmierci musi wyśpiewać piętnastominutową arię). Apacz umiera długo, bo musi białemu (który jest jed¬nym z licznych Oldów...) wypowiedzieć ważną myśl, przejść na chrześcijaństwo (komunistyczna cenzura konsekwentnie wycinała te trzy strony z kilkustronicowej śmierci Winne¬tou), zdradzić miejsce ukrycia skarbu etc. po trzecie wreszcie: odchodzi długo, bo chce pozostawić po sobie to, co jest poza ekranem, książką: wzruszenie po swojej śmierci.
Dlatego też określenie „śmierć Apacza" ma w sobie coś emocjonalnego, coś, do czego określający jest przekonany, ale rzeczywistość - niestety nie układa się po jego myśli. „Śmiercią Apacza" jest więc coś niewyobrażalnego, coś co w głowie się nie mieści.
Dlatego sądzę, że w Legnicy warto - obok kultury łem-kowskiej, serbo-łużyckiej - popularyzować kulturę indiań¬ską. Nie bójmy się Indian. Indianie, przynajmniej ci u Maya, są dobrymi ludźmi. Jest ich niewielu, prawda, ale są. W na¬szych bardzo współczesnych i bardzo nieindiańskich cza¬sach dobrych ludzi nie ma zbyt wielu. Nie ma czasu na do¬brych ludzi, Dlatego pamiętajmy o tych, którzy wciąż żyją: o Winnetou, Inczu-czunie, Apanaczi. Pamiętajmy o Apaczach.
„Śmierć Apacza" to w slangu, który pewnie przywiozłem z Galicji (to taka prowincja Austro-Węgier, która obecnie nazywa się województwo małopolskie), rzecz ostateczna, koniec świata, określenie ponad które... nie ma już określe¬nia. Polski język, który za księdza Kitowicza bywał bogaty, a teraz jest niezmiernie ubogi, sam (niezależnie od polonistów) kreuje nowe. Statystyczna pani, do której przychodzi pan z „Visirem" otwiera drzwi i - widząc kamerę - zaniepokojona mówi „O Jezus Maria", potem dodaje „ O Matko Boska" (mogę się mylić, ale intencję oddaję). Inni, już niestatystyczni pokrzykują „O matko z córką", co na pewno nie jest teologicz¬ne. W naszym, teatralnym, slangu powodzenie ma „reakcyjność", co nie ma nic wspólnego z zachowawczym syste-mem politycznym, a po prostu oznacza reakcję w zachowa¬niu (mowie) jednego aktora na drugiego. Twórcy z innych miast mówią o odbijaniu i znów nie dziewczyny, tylko akto¬ra wobec aktora itp. Swoją mowę mają artyści, księgowe, barmani, kierowcy (tu wiele się zdarza...), policjanci, nie mówiąc już o kibicach czy komentatorach sportowych („pił¬ka dryfuje mówiąc kolokwialnie").
„Śmierć Apacza" jest może jednym z lepszych językowych pomysłów, dlatego że odwołuje się do milionowej widowni filmów „Winnetou I, II, III" tudzież czytelników słynnego cyklu powieści Karola Maya.
Śmierć Apacza, jak - wierzę - wiedzą entuzjaści tej twórczości bywa:
po pierwsze: rzadka. Apacz rzadko kiedy ginie, bo Apa¬cze (Apaczowie) są w mniejszości (wobec białych) i nie mogą ginąć, bo kto będzie napędzał twórczość (książkę, film), po drugie: jeśli Apacz ginie, to umiera długo, jak „Otello" w operze (po śmierci musi wyśpiewać piętnastominutową arię). Apacz umiera długo, bo musi białemu (który jest jed¬nym z licznych Oldów...) wypowiedzieć ważną myśl, przejść na chrześcijaństwo (komunistyczna cenzura konsekwentnie wycinała te trzy strony z kilkustronicowej śmierci Winne¬tou), zdradzić miejsce ukrycia skarbu etc. po trzecie wreszcie: odchodzi długo, bo chce pozostawić po sobie to, co jest poza ekranem, książką: wzruszenie po swojej śmierci.
Dlatego też określenie „śmierć Apacza" ma w sobie coś emocjonalnego, coś, do czego określający jest przekonany, ale rzeczywistość - niestety nie układa się po jego myśli. „Śmiercią Apacza" jest więc coś niewyobrażalnego, coś co w głowie się nie mieści.
Dlatego sądzę, że w Legnicy warto - obok kultury łem-kowskiej, serbo-łużyckiej - popularyzować kulturę indiań¬ską. Nie bójmy się Indian. Indianie, przynajmniej ci u Maya, są dobrymi ludźmi. Jest ich niewielu, prawda, ale są. W na¬szych bardzo współczesnych i bardzo nieindiańskich cza¬sach dobrych ludzi nie ma zbyt wielu. Nie ma czasu na do¬brych ludzi, Dlatego pamiętajmy o tych, którzy wciąż żyją: o Winnetou, Inczu-czunie, Apanaczi. Pamiętajmy o Apaczach.
niedziela, 4 grudnia 2011
Gdzie ma stanąć chata?
Parę dni temu byłem na spotkaniu organizacji pozarządowych w Lubinie. To co robi pani Barbara Skórzewska ze Stowarzyszenia Civis Europae jest nie do przecenienia. Zbiera i mobilizuje swoich kolegów ze stowarzyszeń organizując spotkania na których mogą podzielić się swoimi doświadczeniami, ale przede wszystkim stara się, aby w Lubinie, gminie wiejskiej Lubin oraz powiecie lubińskim powstały rady pożytku publicznego, które miałyby wpływ na decyzje lokalnych władz. Jak to jest ważne mówi przykład Legnicy, gdzie ta rada może nie podbija świata, ale jest ważnym miejscem opinii.
Na tym spotkaniu pogadałem z Adamem Wiewiórką, szefem Koła Zjednoczenia Łemków w Legnicy. Adam ma zupełnie odjechany pomysł na uczczenie 65. rocznicy Akcji „Wisła” w przyszłym roku. Otóż mówi on,. żeby nie fundować kolejnej tablicy lub postumentu, ale żeby...przenieść do Legnicy prawdziwą chatę łemkowską z ziem z których wysiedlano Łemków. Że takie chaty są jeszcze, że znajdą się tacy, którzy ją podarują, że górale przewiozą ją i postawią w dowolnym miejscu w Legnicy, że....Pomysł to absolutnie fantastyczny. Adam chciałby, żeby taka chata żyła różnego rodzaju wydarzeniami, była żywym muzeum. Żeby teatr, galeria lub ktoś kto ma pomysł ożywiał to miejsce swoimi działaniami.
To absolutnie szalony, ale fantastyczny, nowoczesny,. ideowy, mądry i zabawny pomysł. Wesprę go na tysiąc procent i będę działał na jego rzecz. Na razie pozostaje podstawowe pytanie: gdzie ma stanąć chata? To pytanie kieruje także do czytelników mojego blogu/facebooka. Gdzie, rozumiem blisko centrum Legnicy,. mogłaby na cztery miesiące - - czerwiec – wrzesień - stanąć taka chata, żeby nie przeszkadzała nikomu w życiu. Wiem, że najfektowniejszym miejscem zdaje się Park Miejski, ale może to być miejsce bardzo trudne logistycznie, trudno byłoby ją tam chronić. Jeśli nie park to gdzie? Chętnie posłucham Waszych sugestii, ale najciekawsze propozycje upublicznię.
Swoją drogą, pomysł Adama ma jeszcze jeden super walor. Jest kompletnie przeciw archaicznemu wystawiennictwu, które niestety przeważa w naszych lokalnych muzeach. Gdzie wciąż hasło „nie dotykać eksponatów” jest na pierwszym miejscu.. W którym smutne panie/smutni panowie biegają za nielicznymi zwiedzającymi z podejrzeniem, że coś ukradną i wyniosą. W którym nie ma życia, nie ma duszy.
Na tym spotkaniu pogadałem z Adamem Wiewiórką, szefem Koła Zjednoczenia Łemków w Legnicy. Adam ma zupełnie odjechany pomysł na uczczenie 65. rocznicy Akcji „Wisła” w przyszłym roku. Otóż mówi on,. żeby nie fundować kolejnej tablicy lub postumentu, ale żeby...przenieść do Legnicy prawdziwą chatę łemkowską z ziem z których wysiedlano Łemków. Że takie chaty są jeszcze, że znajdą się tacy, którzy ją podarują, że górale przewiozą ją i postawią w dowolnym miejscu w Legnicy, że....Pomysł to absolutnie fantastyczny. Adam chciałby, żeby taka chata żyła różnego rodzaju wydarzeniami, była żywym muzeum. Żeby teatr, galeria lub ktoś kto ma pomysł ożywiał to miejsce swoimi działaniami.
To absolutnie szalony, ale fantastyczny, nowoczesny,. ideowy, mądry i zabawny pomysł. Wesprę go na tysiąc procent i będę działał na jego rzecz. Na razie pozostaje podstawowe pytanie: gdzie ma stanąć chata? To pytanie kieruje także do czytelników mojego blogu/facebooka. Gdzie, rozumiem blisko centrum Legnicy,. mogłaby na cztery miesiące - - czerwiec – wrzesień - stanąć taka chata, żeby nie przeszkadzała nikomu w życiu. Wiem, że najfektowniejszym miejscem zdaje się Park Miejski, ale może to być miejsce bardzo trudne logistycznie, trudno byłoby ją tam chronić. Jeśli nie park to gdzie? Chętnie posłucham Waszych sugestii, ale najciekawsze propozycje upublicznię.
Swoją drogą, pomysł Adama ma jeszcze jeden super walor. Jest kompletnie przeciw archaicznemu wystawiennictwu, które niestety przeważa w naszych lokalnych muzeach. Gdzie wciąż hasło „nie dotykać eksponatów” jest na pierwszym miejscu.. W którym smutne panie/smutni panowie biegają za nielicznymi zwiedzającymi z podejrzeniem, że coś ukradną i wyniosą. W którym nie ma życia, nie ma duszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)