czwartek, 3 listopada 2011

„Bombowa” sprawa

Kolega zapytał mnie wczoraj dlaczego na blogu nie komentuję najgłośniejszej ostatnio sprawy teatralnej czyli protestu chóru górniczego ZG „Lubin” wobec treści zawartych w spektaklu „Orkiestra”. Jak już pewnie cała Polska wie jeden z bohaterów, Zenek, prosty chłopak z podrzeszowskiej wsi dialoguje z kolegą:

HELMUT
Głos to ty, chopie, masz. Ty w chórze mógłbyś nawet...
ZENEK nie wie, jak na ten nieoczekiwany komplement zareagować: ucieszyć się z niego czy może – przywalić.

ZENEK
Początkowo nie wiedziałem, co o tym myśleć: zaśpiewać przy wódeczności i owszem, czemu nie. Ale w chórze? Pedalstwo przecież jawne. Przez ciekawość poszedłem. I zostałem. A potem – orkiestra. Jakoś... wciągnęła mnie ta muzyka... Bo wcześniej to ja co: robiłem, piłem i miasto zwiedzałem...

Z tego jednego zdania panowie chórzyści wysnuli pogląd, że – zdaniem autorów sztuki - chórzyści to homoseksualiści. Większej bzdury w życiu nie słyszałem i dlatego nic o tym nie pisałem dotąd na blogu świadom tego, że rozpisali się moi światli koledzy, a profesor Stanisław Bereś udzielił w tej sprawie wywiadu „Gazecie Wrocławskiej” . List chóru i moją na niego odpowiedź pomieściłem tylko w dziale „do poczytania”, na górze.

Czuję się jednak wezwany do tablicy więc odpowiem po prostu. Poglądy i zachowania bohaterów opowieści artystycznej nie są tożsame z poglądami i zachowaniami autorów. Jeżeli w kryminale zabije strażak, członek Ochotniczej Straży Pożarnej, nie znaczy to, że autor uważa wszystkich strażaków za morderców. Jeżeli pani do polskiego będzie miała romans z nastoletnim maturzystą nie znaczy to, że autor uważa panie od polskiego za kobiety łatwo poddające się miłosnym impulsom. Te prawdy oczywiste nie są jednakże wcale takie oczywiste. Sztuka wciąż zdaje nam, się dokumentacyjna i na facebooku jeden z komentatorów pisze: „Jeżeli bohaterem "dzieła" jest konkretna osoba lub zespół ludzi, realnie istniejąca (istniejący), to jak się dziwić, że czują się urażeni. To ich ludzkie prawo. Ja się dziwię, że ktoś się dziwi, że "oni" są urażeni. To bardzo ludzka reakcja. Czy uzasadniona...? Pewnie nie! Ale muszę przyznać, że pierwszy raz słyszę, by uważać chór za "pedalstwo". Autor przekombinował” Otóż właśnie nie. Nasz spektakl nie opowiada o żadnej konkretnej orkiestrze bo przecież żaden z naszych fikcyjnych bohaterów nigdy nie żył naprawdę, i o żadnym konkretnym chórze, bo to co opowiadamy jest fikcją literacką i tego uczą przecież w szkole podstawowej!

Nie chcę nikogo obrażać, naprawdę, ten spektakl powstał z miłości do sprawy tak jak wszystkie nasze lokalne opowieści, ale przecież nie sposób zgodzić się na takie niesprawiedliwe i manipulacyjne komentowanie naszej opowieści, za którymi stoi (lub kryje się?) Drugi (Pierwszym wiadomo kto jest…) Wielki Budowniczy LGOM poseł-przewodniczący Ryszard Zbrzyzny, który z właściwą sobie wirtuozerią słonia rozgrywa ten „protest”, który miał mi zaszkodzić w wyborach parlamentarnych. Wybory przegrałem, ale protest w tym nie zaszkodził, bo pojawił się po wyborach… List chórzystów datowany na 1 października trafił do sekretariatu teatru 13 października….Czyli 13 dni szedł sobie z Lubina do Legnicy…Poseł nie zdążył?, poczta nie zadziałała? Różne mogą być tego powody, ale najpewniej było tak jak zwykle: wszyscy chcieli dobrze, a wyszło tak jak zawsze.

I na tym zakończę swoje refleksje w tej „bombowej” sprawie. A „Orkiestrę” będziemy dalej grać z powodzeniem, może poprzez telewizję dowie się o niej cała Polska, a mieszkańcy Zagłębia Miedziowego poczują się dumni z tego, co udało się stworzyć przez te 50 lat. Bo jak pokazali w telewizji to musi być dobre, prawda?

czwartek, 27 października 2011

Niech żyją Bałkany!!!

Wspólna Europa rozpada się, kryzys w Grecji skłócił nawet największych dotąd przyjaciół, Francję i Niemcy (taka przyjaźń to paradoks historii…), a my w Colchester, w Anglii, uparcie pracujemy nad w końcu unijnym projektem o tajemniczej nazwie PLOTS co znaczy…różne rzeczy, ale generalnie chodzi o to, żeby się łączyć. Już nie mogę słuchać tej unijnej nowomowy o łączeniu się – za wszelką cenę? – o byciu razem w jednej wielkiej Europie. Mam wrażenie, że to zaklinanie duchów. Przecież jesteśmy różni i w tej różności jest siła i jak pokazujemy tę różność to jest fantastycznie, jak stajemy się równi jest nudno i stereotypowo jak niestety w większości europejskich projektów. Mówiąc w Colchester o tej różnorodności jestem w mniejszości. Mam takie poczucie, że moi koleżanki i koledzy kochają unifikację.

Dlatego ponad Wspólną Europę przedkładam zakręconego Macedończyka. \
Dejana Projkovskiego ze Skopje poznałem dwa lata temu . Jest reżyserem teatralnym, od niedawna szefem artystycznym Narodowego Teatru w Skopje, a jednocześnie prezydentem (prezesem) Inteactu, sieci teatrów i festiwali, którą założyliśmy w 2009 r. w stolicy Macedonii. Dejan studiował reżyserię w Sofii, mówi kilkoma językami, najsłabiej po angielsku, ale to nie przeszkadza mu się dogadywać ze wszystkimi i we wszystkich sprawach. Jak się zakręci mówi też po polsku (kilka słów) i wczoraj kiedy piliśmy „na zdrowie” uścisnęliśmy sobie dłonie na znak przymierza w sprawie podróży ze spektaklem „Łemko” po Bałkanach.

To moje marzenie od lat i teraz wierzę, że się spełni. Ruszymy w czerwcu do Rumunii, Bułgarii, Macedonii, może do Albanii opowiadając naszą historię o Łemkach, ale przecież nie tylko o Łemkach, ale o obcych, innych. Wszystkie te bałkańskie kraje mają takie swoje historie. A w listopadzie jak da Bóg pojedziemy na festiwal teatralny do Tirany. Jego dyrektor, Adonis Filipi powiedział, że zaprasza nas dlatego, bo mówiąc o naszym legnickim teatrze poruszyłem jego serce. Nieźle. Niech żyją więc Bałkany!

piątek, 21 października 2011

Kibice i (moje) głupie pytania

Każdy dobry uczynek zostanie przykładnie ukarany. To właśnie zdanie przyszło mi na myśl, gdy usłyszałem pierwsze powyborcze reakcje polityków PiS. I nie chodzi mi o kwestie zasadnicze, żadną tam wielką politykę, ani rację stanu. Myślę wyłącznie o tym, jak szczerze i do bólu pisowcy przyznali się do manipulacji kibicami piłki nożnej, na koniec zostawiając ich z ręką w nocniku, albo z kacem gigantem. Do wyboru. Najwięcej radości z akcji „9 października wrzuć Platformę do śmietnika” (albo „Tusku matole, twój rząd obalą kibole”) powinni mieć kibice Zagłębia Lubin. Jasne, że nie wszyscy. Z pewnością jednak ci, którzy blokowali naszego „tuskobusa” w swoim mieście antyrządowymi (to dozwolone, żeby nie było wątpliwości) wyzwiskami, agresją i jajami. Osiągnęli wyjątkowy sukces. Już dzień po wyborach nowo wybrany poseł PiS Jan Tomaszewski podziękował im za tę „spontaniczną” akcję. Pan Janek, jak to on, zrobił to w wielce oryginalny sposób. Ni mniej, ni więcej, w publicznej telewizji obwieścił, że… Zagłębie Lubin nigdy nie powinno grać w polskie lidze, przywołując zaprzeszłe (choć niestety prawdziwe) grzechy tej drużyny. 1: 0 dla PiS.

Nie trzeba było długo czekać, a wynik tej konfrontacji (na 2:0 dla PiS) podwyższył główny napastnik i kapitan pisowskiej kamandy. Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” z bólem w sercu, ale jednak przyznał, że jedną z głównych przyczyn wyborczej porażki jego ugrupowania było poparcie, jakie jego formacja udzieliła stadionowym zadymiarzom i bandytom. Nie wierzyłem w to, co czytałem. Tak nie traktuje się przecież najbardziej zaangażowanej drużyny, która wyszła nie tylko na plac tej gry, ale nawet na ulice. Tak się nie robi, panie prezesie! Przecież po takiej ocenie twoi najwierniejsi zawodnicy w tej politycznej grze wyszli na na zmanipulowanych naiwniaków.

To wszystko co powyżej nie jest przeciwko kibicom. Jeśli już, to przeciw zaślepieniu ich przywódców, a jeszcze bardziej przeciw politycznym macherom, którzy z cienia sterowali ich antyplatformerskiej akcji. Tak czy owak, kibice powinni pamiętać o starym polskim przysłowiu – „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. Albo inaczej i prościej. „Chcącemu nie dzieje się krzywda”. To rzymska zasada prawna, która w języku sportowym także da się wytłumaczyć. Jeśli dobrowolnie wychodzisz na ring, nie protestuj, gdy cię znokautują. Nawet jeśli stanie się to wbrew przepisom, gdy sam pozwoliłeś sobie na walkę bez zasad.

Dość jednak tego mądrzenia się. Chciałbym wziąć w obronę tę lepszą część kibicowskiej społeczności. Nawet jeśli składa się z takich samych naiwniaków, co to jeszcze kilkanaście dni temu spuszczali mnie i platformianą drużynę do politycznego kanału. Chcę bowiem głośno zaprotestować przeciwko głupkowatemu terroryzowaniu tej społeczności. Jestem świeżo po lekturze gazetowego doniesienia o policyjnej akcji na legnickim stadionie, której ofiarą padli kibice zbierający datki na pokrycie kosztów oprawy meczów. Argument, że kibice prowadzili publiczną zbiórkę bez urzędniczej zgody, a zatem dopuścili się karalnego wykroczenia, jest kosmiczny. I to nie dla takiej, czy innej zebranej kwoty, ani z powodu tej czy innej interpretacji przepisów. Powody są zasadnicze i dotyczą kwestii fundamentalnej - kto dla kogo? My dla państwa, czy ono dla nas?

To państwo już wlazło nam do łóżek, decyduje co jest moralne, a co nie, takim samym przepisem, nakazanym wiarą, decyduje jakie wartości upowszechniać ma publiczna telewizja, a nawet uznało, że posiadacz prawa jazdy na autobus nie ma prawa… prowadzić własnego samochodu! Od wczoraj wiem nawet, że nie wolno mi zagrać z kumplami w pokera, oczko, monopoly, chińczyka… ani w żadną inna grę, której wynik jest pochodną losu (karty, która podejdzie, albo nie, liczby oczek wyrzuconych kością itp.). Oczywiście, wolno mi to robić, ale tylko w strefie urzędowej władzy czyli w licencjonowanym kasynie. W każdym innym przypadku - zdaniem urzędasów - naruszę ustawę hazardową! Nawet jeśli stawką gry będzie symboliczne piwo, albo funt kłaków. Mogę bez końca mnożyć przykłady, gdy moje słabe państwo, które nie radzi sobie z tak wieloma sprawami, demonstruje swoją siłę i pryncypialność w odbieraniu mi elementarnej wolności, która nie zagraża ani jemu, ani nikomu.

Pytam zatem, czy kibice zbierający drobne datki, by mecz oglądało się w lepszej atmosferze, to społecznicy, czy przestępcy? Czy imprezowa i spontaniczna zrzutka na biedne dzieci to zbrodnia przeciw mojemu państwu i jego fiskusowi? Czy sąsiad, który pomaluje mi mieszkanie to już szara strefa, czy jeszcze przyjaciel? Czy parę stówek pożyczonych koledze, bo nie ma do pierwszego, bez umowy i zgłoszenia do urzędu skarbowego, to powód do interwencji służb skarbowych? Pytam, bo chciałby wiedzieć czy to moje państwo ma mnie represjonować, czy – z moich podatków – zapewnić mi maksimum możliwych praw i wolności. Głupio pytam?

Pewnie głupio pytam w kraju, w którym objętych dyscypliną służbową i hierarchiczną podległością policjantom zezwala się być radnymi, czyli uczestniczyć w politycznej grze o władzę. Nie teoretyzuję. Znam skład rady miejskiej w Legnicy. Wybory są jednak wolne. Do pomyślenia jest zatem sytuacja, że wszyscy radni będą policjantami. Tylko… Czym wówczas tak bardzo demokratyczne stanowione państwo będzie się różniło od policyjnego?

sobota, 15 października 2011

Zwycięstwa usypiają, teraz loty!!!

Przegrałem wybory do Senatu. To nie jest koniec świata acz strasznie żal. Tak często mówiłem, że wybory w jednomandatowych okręgach to wyścig, że można wygrać albo przegrać o jeden glos, że aż…wykrakałem. Przegrałem o 301 głosów zdobywając ich prawie 45 tysięcy! Wygrałem zdecydowanie w Legnicy i powiecie legnickiem, zwyciężyłem w Głogowie, przegrałem w powiatach lubińskim i polkowickim. A raczej przegrała tam Platforma Obywatelska. Kłamstwo o groźbie prywatyzacji KGHM powtarzane wielokrotnie stało się prawdą. Mieszkańcy Polkowic i Lubina zagłosowali na PIS w proteście przeciwko PO. Nie sądzę, żeby tam ktokolwiek rozważał indywidualne zasługi moje czy Doroty Czudowskiej z PIS. Nie, nasz okręg, Legnicko-Głogowski Okręg Miedziowy, podzielił się na dwie części – platformerską i pisowską. Tak jak Polska podzieliła się wzdłuż Wisły na dwie Polski. Bardzo trudno będzie je skleić.


Mamy Polskę dworską, zbudowaną wokół lokalnych samorządów rządzonych przez książęta - prezydentów, których władzy nikt nie kontroluje. Mamy Polskę równych i równiejszych wobec sądów i wymiaru sprawiedliwości. Mamy Polską gdzie o tym o czym mają napisać lokalne media decyduje ratusz. Mamy Polskę, w której ciągle budżet na kulturę jest grubo niżej 1 procenta. Demokracja i sprawiedliwość. Wolność i kultura. To wyzwania naszej polskiej współczesności. Będę o nie walczył.

Nie będę lokalnym senatorem. Ale pozostanę dalej chory na lokalność. Zakładam Fundację Jacka Głomba „Naprawiacze Świata”. Będę lobował na rzecz projektów lokalnych społeczności, będę pomagał w ich organizacji, kreował je. „Drogi, zwycięstwa usypiają, teraz loty!”, napisał mi po ogłoszeniu wyników wyborów w esemesie mój przyjaciel, wybitny aktor i kreator sztuki, Jan Peszek. Janek był moim mistrzem w PWST w Krakowie, muszę go posłuchać…Będę więc latał na ile mi starczy sił i energii. I wparcia moich wyborców, 45 tysięcy ludzi, którzy mi zawierzyli i zaufali. To ogromny kapitał społeczny. Nie mogę go zmarnować.

Na zdjęciach z imprezy dziękczynnej (można je zobaczyć na www.lca.pl ) , którą zorganizowała w czwartek Dorota Czudowska zobaczyłem moją konkurentką w otoczeniu swojego sztabu, z którego poważną część stanowili księża katoliccy. Zdumiewające. Mimo tego wszystkiego co się dzieje, mimo upadku autorytetu instytucji Kościoła, ciągle są księża, którzy politykują. Pouczają wiernych z ambony na kogo maja głosować. Pomagają w kampaniach wyborczych. Tak jak to robili od średniowiecza…To taka jeszcze jedna Polska. Polska kościelna. Mamy wiec Polskę obywatelską i Polskę kościelną. Ja jestem mieszkańcem tej pierwszej.

wtorek, 11 października 2011

Powstanie Fundacja Jacka Głomba „Naprawiacze Świata”

- Polityka jest brutalna. Mimo zdobycia blisko 45 tysięcy głosów przegrałem o… 301 głosów wyścig o mandat do Senatu. Zdecydowałem, że nie mogę jednak zmarnować tego kapitału społecznego zaufania. Zamierzam powołać fundację, która będzie przestrzenią dla mojej aktywności społecznikowskiej – poinformował we wtorek 11 października Jacek Głomb.

- W samej tylko Legnicy głosowało na mnie ponad 15 tysięcy osób, czyli prawie 40 procent wszystkich głosujących. Sprawiło mi to wielką satysfakcję, mimo oczywistej goryczy z wyborczej porażki. Nie zamierzam jednak się poddawać. Tym bardziej, że podczas dwóch miesięcy kampanii wyborczej spotkałem wielu wspaniałych ludzi i poznałem świat, w którym tak wiele spraw jest nie załatwionych. Swoją aktywnością społeczną nie chcę jednak instytucjonalnie obciążać teatru, bo jego głównym zadaniem jest sztuka, a nie polityka. Dlatego zdecydowałem się stworzyć fundację, którą wyposażę w niezbędne narzędzia prawne, organizacyjne i finansowe, by dzięki niej kontynuować działalność społeczną – wyjaśniał szef legnickiej sceny.

Pierwsze pomysły programowe już są. We współpracy z Towarzystwem Miłośników Ziemi Lubińskiej Jacek Głomb zamierza stworzyć w Lubinie ośrodek dla miejscowych organizacji pozarządowych, dla lokalnych twórców i animatorów kultury, dla artystów. Wybrany obiekt jest niebanalny. To historycznie pierwszy w Lubinie, nieczynny już, kopalniany szyb Bolesław, który dziś spełnia funkcje muzealne.

- W tym fantastycznym miejscu pojawimy się już w grudniu tego roku. Już w Barbórkę i w kolejnych dniach wrócimy do Lubina z naszą miedziową balladą teatralną czyli z „Orkiestrą” – zapowiada Głomb, reżyser tego spektaklu.

Drugim projektem dla Fundacji Jacka Głomba „Naprawiacze Świata” jest zorganizowanie ogólnopolskiego Forum Wolnych Mediów Lokalnych.

- Sytuacja lokalnych mediów jest zła, albo co najmniej bardzo trudna. Styk z lokalnymi samorządami powoduje, że ich uzależnienie od lokalnej władzy uniemożliwia im rzetelne wypełnianie społecznej misji, a dziennikarzom właściwe wykonywanie zawodu. Sytuacja jakiej osobiście doświadczyłem podczas wyborów wskazuje, że szczególnie zła jest w Lubinie. Ale problem jest dużo szerszy i poważniejszy. Chodzi o zdiagnozowanie skali problemu i wyznaczenie ścieżek naprawy sytuacji – objaśnia Jacek Głomb.

Swoje plany dyrektor legnickiego teatru wyjawił na wtorkowej (11 października) konferencji prasowej w Legnicy, podczas której podsumował swój udział i doświadczenia wyniesione z wyborczej batalii o senatorski mandat.

(żuraw) legnicki akt teatralny, 11 października 2011 r.

niedziela, 9 października 2011

Inny świat

Wczoraj na koncercie Renaty Przemyk w naszym teatrze poczułem się jak w innym świecie. Tak zwana twórczość artystyczna staje się coraz częściej „wykonem”. Artysta (ści) krąży po naszym kraju i wykonuje dzieło nie wiedząc często czy jest w Lubinie czy Lublinie (znana anegdota jak to Agata Młynarska otwierała przed laty Festiwal Piosenki Francuskiej w Lubinie witając wszystkich w pięknym mieście Lublinie….). Przemyk jest inna, ona jest z publicznością, ona gada z widzami i cały ten program („Akustic Trio”) mam w sobie taki potężny ładunek inności, odmienności, że człek się pyta skąd tacy ludzie biorą się jeszcze na świecie?


Absolutna naturalność i absolutny profesjonalizm. Kiedy artystka zdejmuje kozaki (ten program to opowieść o byciu w drodze, gdzie poważną rolę odgrywają wciąż zmieniane… buty) słychać dźwięk rozpinanego suwaka. Gdzie jeszcze ktoś dba o takie „drobiazgi”?
Siedziałem zauroczony bo sam „robię w sztuce” i wiem jak cała ta nasza artystyczna rzeczywistość spsiała. Patrzyłem na panią Renatę i jej muzyków jak na kosmitów. A jednocześnie byłem szczęśliwy, że jeszcze jest taki świat, w którym słowo znaczy to co znaczy, a wrażliwość jest odmieniana na wszystkie przypadki.

Takie chwile przywracają nam wiarę w świat, odganiają złe myśli. I mam taka absolutna pewność, że wszyscy na sali, na tę chwilę, tak myśleli. Że zapach bzu ważniejszy był od stanu szwajcarskiego franka, że promień słońca rozświetlał nasz wspólny świat mocniej niż ekran komputera. Że to marzenia? A czym byłby świat bez marzeń? Właściwie tylko dla marzeń warto żyć. I dla zapachu bzu i promienia słońca. I piszę to z pełną świadomością dziś, 9 października 2011 roku. Kochajmy wszyscy marzenia.

piątek, 7 października 2011

Fałszywe nuty i tony

Pomroczność jasna. Mam wrażenie, że ta oryginalna jednostka chorobowa dopadła miedziowego posła lewicy. Pan poseł biega bowiem po Lubinie i straszy zjawami, duchami i innymi przewidzeniami. Zamiast jednak do lekarza parlamentarzysta pobiegł do zaprzyjaźnionej redakcji z lubińskiego Ministerstwa Prawdy (o tym, cóż to za potwór, już pisałem). Pomoc była natychmiastowa, mimo że zamiast lekarki była dziennikarka, a zamiast recepty wypisano posłowi artykulik. Na zamówienie, bo przecież postać to nietuzinkowa.

Pan poseł poskarżył się na moją „Orkiestrę”. Że spać mu nie daje, bo gra za głośno i fałszuje. Co prawda, parlamentarzysta nie widział, ani osobiście nie słyszał, ale przecież wie lepiej. Właśnie wtedy powołał się na zjawy, które ponoć nawiedzają jego parlamentarne biuro i zbulwersowane protestują przeciwko naszej miedziowej balladzie, która – rzekomo – opisała górników jako alkoholików, ludzi z marginesu społecznego, a co gorsze za bohaterów spektaklu wzięła sobie grających pe…, przepraszam, gejów. Poseł obiecał nawet, że pójdzie i obejrzy to plugastwo, ale szybko wyjdzie, bo nie zdzierży.

Rezolutna dziennikarka widząc przed sobą człowieka potrzebującego pomocy nie zadała ani jednego zbędnego pytania. Po co posła denerwować? No i jak tu pytać o twarz, albo personalia duchów? Poseł widział, a nawet z nimi rozmawiał, to znaczy, że jest medium i wie z czym przychodzi po pomoc. Zresztą, głupio pytać, skoro wywiadowczyni także przedstawienia nie widziała, recenzji nie czytała, a przecież przyznać się do tego nie mogła. Cóż pomyślałby o niej jej szanowny rozmówca? Ba. Cóż pomyśleliby czytelnicy? Że niby nie wie o czym pisze? To niedopuszczalne.

Zaciekawiła mnie ta sytuacja, bo w opisie pana posła widzę wszystko, tylko nie spektakl, który zrobiliśmy zszywając całość z ludzkich wspomnień i anegdot, które z Krzyśkiem Kopką (scenarzysta) zbieraliśmy przez kilka miesięcy rozmawiając z górnikami, mieszkańcami Lubina, wertując kroniki i inne dokumentalne zapiski. No i jeszcze ten zarzut, że z członków (przepraszam) górniczej orkiestry zrobiliśmy pe…, przepraszam raz jeszcze, gejów. Chyba jednak to nie ja reżyserowałem sztukę opisaną przez miedziowego posła. Na pewno nie ja. Bo spektakl, który zrobiliśmy spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. Pierwsze recenzje też są dobre.

Poprosiłem jednak Grześka Żurawińskiego, by zamiast rozmów ze zjawami z opowieści parlamentarzysty, pogadał z postacią z krwi i kości. Najlepiej z górnikiem. Ten nie namyślał się długo i zrobił to, co dawno powinna uczynić lubińska dziennikarka. Zadzwonił do emerytowanego górnika, ale przede wszystkim prezesa górniczej orkiestry z lubińskiej kopalni. Jan Marian Bączek był zaskoczony zarzutami wobec spektaklu: „Mnie osobiście ten spektakl bardzo się podobał. Chwilami był śmieszny, innym razem smutny. Jak w życiu. Uważam, że w tych trudnych warunkach, bo przecież aktorzy grali nie na prawdziwej scenie, ale u nas w cechowni, to pan Jacek Głomb zrobił kawał naprawdę dobrej roboty. Jasne, że wśród kolegów z orkiestry opinie były różne. Jednym przedstawienie podobało się bardziej, innym mniej. To chyba normalne, tym bardziej, że niektórzy pierwszy raz byli w teatrze, do tego tak nietypowym. Byli tacy, którym przeszkadzały przekleństwa na scenie, ale... Tam na dole naprawdę mówi się mocnym językiem. Kopalnia to nie salon. Każdy ma prawo do ocen, ale zachęcam wszystkich, by najpierw obejrzeli to przedstawienie…”.

Lubińska germanistka i mieszkanka Ścinawy, gdzie także grała nasza „Orkiestra”, pani Małgorzata Łomnicka-Rogal sprawę skomentowała sms-em, który wysłała po przedstawieniu: „Bardzo gorąco dziękujemy! W imieniu własnym i całej zaproszonej reszty. Ścinawa w zachwycie”.
Sytuacja jest zatem kuriozalna, jak w dowcipie, który powstał za komuny. W czasach, w których pan poseł nie był jeszcze panem posłem, ale które zapewne doskonale pamięta. Warszawski taksówkarz skarży się pasażerowi: „Panie! Wyglądasz pan na inteligenta, to wyjaśnij mnie pan, jak to jest? W gazetach ciągle piszą, że cały naród popiera partię. A ja bujam się po tej naszej stolicy od 30 lat i jeszcze ani razu nie wiozłem takiego, co popiera. O co tutaj chodzi?”.

No właśnie, o co chodzi? Jedyne wytłumaczenie jest proste i czytelne. Wszedłeś Głombie na polityczny ring bokserski to się chłopie nie dziw, że walą cię po głowie. A jak nie dają rady, to i uderzą poniżej pasa. W tej walce fair play to przeżytek i naiwność. Wszystkie chwyty, choćby najbrudniejsze, są dozwolone, a sędziowie bywają stronniczy. Doświadczony pan poseł sztukę tę posiadł w stopniu doskonałym, a ty jesteś nowicjuszem. No to obrywasz.
Jacek Głomb

Poniższe fragmenty recenzji dedykuję bohaterom tej opowieści: panu posłowi i dziennikarce portalu lubin.pl:

„Legnickiego skarbu trzeba strzec” – zaczyna recenzentka najważniejszego teatralnego portalu w Polsce Ewa Uniejewska. I dodaje: „Prywatne losy ludzi, którzy zakochują się, kłócą, pobierają, zdradzają, kradną, będą warunkowane historią i narzucanymi ideologiami. Poprzez pryzmat małej, specyficznej zbiorowości, Jacek Głomb opowiada o historii kraju. Czyni to z dużym wyczuciem, bez popadania w encyklopedyczność, lecz z troską o ludzką prawdę. Aktorzy legnickiego teatru tworzą wyśmienitą orkiestrę. Nie ma osoby, która zagrałaby źle; każda z nich zachwyca umiejętnościami warsztatowymi. Ich grze towarzyszy dystans i dobre wyczucie ironii, inteligentne myślenie o tekście i sytuacji scenicznej. Pokaz Teatru Modrzejewskiej mógłby stać się nauką dla artystów stołecznych, którym legniccy twórcy w niczym nie ustępują”.

„"Orkiestra" to spektakl na zamówienie. Powstał z okazji 50-lecia miedziowego kombinatu. Ten prezent jest jednak wart więcej niż kolejna nagroda z zysku dla pracowników KGHM. Zagłębie doczekało się własnej sagi”. O koncertowo zagranej balladzie o miedziowych górnikach pisze Magda Piekarska z Gazety Wyborczej i dodaje: „Przestrzeń Zagłębia Miedziowego, która każdemu przybyszowi wyda się zaprzeczeniem magii, została przez autorów zaczarowana i obdarowana własną mitologią. To, co dotąd było rozproszone w tysiącach ulotnych, bo zależnych od ludzkiej pamięci anegdot i wspomnień, na scenie nabiera kształtu. Temu czarowi ulega też widz - i choć pęka ze śmiechu, kiedy bohaterowie, spacerując po Lubinie, wzdychają: "Jak tu pięknie", to po zakończeniu spektaklu będzie skłonny dostrzec w mieście ślady tej niełatwej urody”.

„Dla mnie ten spektakl zdominowała wspaniała Ewa Galusińska (Francuzka)” - napisał Krzysztof Kucharski z dziennika Polska Gazeta Wrocławska. „Aktorka zbudowała postać z wielką precyzją od najmniejszego ruchu, po wyrazistą mimikę, tembr głosu i najdrobniejszy gesty. Jest rewelacyjna i nieodparcie komiczna. Dla samej Ewy warto ten spektakl oglądać, cała drużyna na najwyższych obrotach, bo to świetny zespół, jeden z najlepszych w Polsce”.