Już za parę dnia wracam do prób „Orkiestry”, kolejnej lokalnej opowieści teatralnej. Pora więc na kilka zdań o tym najbardziej lokalnym z ostatnich teatralnych projektów. Punkt wyjścia tej historii jest taki: Umiera jeden z członków orkiestry ZG „Lubin” mocno skonfliktowany z zespołem. Tradycja nakazuje, by pochować go z górniczym ceremoniałem, a zatem z udziałem miedziowej orkiestry. W zespole rozpoczyna się spór – grać na pogrzebie, czy nie grać? Padają argumenty za i przeciw, w których odbija się stosunek członków orkiestry do ważnych i drobnych wydarzeń z historii miasta, regionu i Polski - do historii, której byli uczestnikami i świadkami. Pojawia się także zagrożenie dla samej orkiestry. Nowe czasy, to także nowa ekonomia, w której to, co nieopłacalne i nie przynosi zysku, staje się zbędne. Na ważnym forum pada zatem wniosek, by w ramach oszczędności orkiestrę zlikwidować.
W epickiej, balladowej perspektywie, sięgającej od końca lat 50. ubiegłego stulecia do współczesności, pojawia się galeria barwnych postaci i problem dopasowania się do siebie ludzi o różnych doświadczeniach i życiorysach. Ludzi przybyłych z różnych motywów i z wielu stron świata, by od podstaw współtworzyć historię miedziowego kombinatu, a zarazem swoje nowe życie. W tle pobrzmiewać będzie echo wielu wydarzeń, które zapisały się w dziejach Lubina i okolic, tych ważnych, czasami przełomowych, ale i drobnych wziętych wprost z życia i ubarwiających go mitów. W retrospekcjach widz cofnie się do lat pionierskich, gdy ludzi dzieliły poglądy i życiorysy, ale też sporo łączyło, by we współczesności przełknąć gorzką pigułkę wolności i czasów, w których ludzi podzieliły pieniądze.
„Orkiestrę” pisaliśmy tak jak poprzednie nasze lokalne opowieści („Balladę o Zakaczawiu”, „Wschody i Zachody Miasta”, „Łemko”). Rozmawialiśmy z bohaterami tamtych czasów, tworzywem scenariusza są więc zebrane wśród mieszkańców Lubina i okolic wydarzenia, opowieści i anegdoty. Szczególnie te ostatnie są cenne, bo – jako mało ważne lub nieistotne – pominięte zostały przez oficjalnych kronikarzy.
W rezultacie powstała oparta na faktach, ale już fikcyjna i artystyczna wizja współczesnej historii regionu naznaczonego miedzią. Nie zabraknie w niej zatem także postaci z innego, właściwego wyłącznie górnikom, podziemnego świata przesądów, zabobonów i lęków. Pojawią się zatem i Święta Barbara, i Skarbek. Także główny bohater spektaklu, Franek Bieda, jest wykreowany - na jego scenariuszowe losy złożyło się kilka prawdziwych życiorysów. W epizodach zobaczymy jednak (lub usłyszymy) także postaci tyleż realne, co znane – Krzysztofa Kieślowskiego, Edwarda Gierka, Stanisławę Gierkową, a w echach zdarzeń usłyszymy nazwiska Gomułki, bpa Kominka, Kuronia, Suchockiej czy Leppera. Jak to w balladzie, prawda mieszać się będzie z fikcją, wesoła anegdota z nutą nostalgii, czasami także goryczy. Spektakl pokazywany będzie najpierw w sercu Zagłębia Miedzowego – w kopalnianych cechowniach ZG „Lubin” i ZG „Rudna” zgodnie z zasadą, by prawdziwe opowieści snuć w prawdziwych miejscach.
środa, 17 sierpnia 2011
niedziela, 14 sierpnia 2011
Koniec świata
W czwartkowym „Dużym Formacie”, dodatku do „Gazety Wyborczej” (z 11 sierpnia br.) czytam „Tango i Cash w Legnicy – czyli jak się wrabia policjantów”. Tekst absolutnie porażający.
Tango i Cash - wyborcza.pl
Przeczytajcie wszyscy!
Wiedziałem - przynajmniej od kilku lat - że w legnickiej policji źle się dzieje. Zaczepiano i mnie i teatr, choćby przy okazji Zjazdu Legniczan w 2004 r., ale wszystko co nas dotknęło jest dziecinną igraszką wobec opowieści zawartych w tekście Małgorzaty Kolińskiej – Dąbrowskiej. O powiązaniach wysokich funkcjonariuszy komendy miejskiej policji w Legnicy z gangsterami, o wspólnym imprezowaniu, o ukrywaniu przestępstw. Czasem trudno w to uwierzyć, gdyby nie konkret i rzeczowość tekstu. Jak w tej opowieści o naczelniku wydziału kryminalnego, który skutecznie przeszkodził w obławie na przestępców rozbijając nagle na miejscu zdarzenia policyjną corsę. Mimo, że w akcji nie miał brać udziału… Słyszę, że to co się dzieje
w legnickiej policji było tak naprawdę tajemnicą poliszynela od lat. Że wiedziały o tym lokalne media, że Paweł Jantura z lca.pl zajmował się tym, ale nikt go nie wsparł.
W dzisiejszej „Wyborczej” czytam, że po ukazaniu się artykułu grożono śmiercią jego głównemu bohaterowi, byłemu już funkcjonariuszowi policji Tomaszowi Kleinowi. Na ulicy i na klatce schodowej. Usłyszał: „odje*** ciebie i twoją rodzinę”. Jeśli ktoś nie wierzył w czwartkowy tekst teraz myślę uwierzy…
Napisano setki książek i nakręcono tysiące filmów o korupcji w policji, o jej powiązaniach
ze światem przestępczym i ze światem polityki. Czytamy je i oglądamy, a potem myślimy: jaką ci pisarze i scenarzyści maja wyobraźnię. A później rzeczywistość nas dopada i już nie wiemy gdzie jest prawda, a gdzie fikcja. Kiedy na listach radnych komitetu wyborczego prezydenta Legnicy pojawiali się kandydaci - policjanci mocno krytykowano ten fakt, choćby dlatego, że policjanci mogą mieć taka wiedzę o ludziach jakiej nie maja inni kandydaci. Uspokajano, że przecież nic się nie może zdarzyć, że wszyscy maja czyste ręce… Jednak zdarzyło się – a dwoje funkcjonariuszy komendy miejskiej zasiada w Radzie Miejskiej Legnicy. Nie snuję żadnych przypuszczeń. Myślę tylko, że ze światem polityki, światem władzy nie powinny wiązać się żadne służby mundurowe – choćby nawet prawo na to pozwalało. Policjanci, żołnierze , strażacy. Ci co chronią nas i bronią. Bo inaczej zawsze coś się może zdarzyć, choćby tak jak zdarzyło się w „Legnicy - mieście grzechu”.
W „Wyborczej” czytamy „Wiceszef MSWiA Adam Rapacki (nadzoruje policję) obiecał, że odpowie (na pytania autorki tekstu – JG) po powrocie z urlopu”. Oby wrócił z niego jak najszybciej.
Tango i Cash - wyborcza.pl
Przeczytajcie wszyscy!
Wiedziałem - przynajmniej od kilku lat - że w legnickiej policji źle się dzieje. Zaczepiano i mnie i teatr, choćby przy okazji Zjazdu Legniczan w 2004 r., ale wszystko co nas dotknęło jest dziecinną igraszką wobec opowieści zawartych w tekście Małgorzaty Kolińskiej – Dąbrowskiej. O powiązaniach wysokich funkcjonariuszy komendy miejskiej policji w Legnicy z gangsterami, o wspólnym imprezowaniu, o ukrywaniu przestępstw. Czasem trudno w to uwierzyć, gdyby nie konkret i rzeczowość tekstu. Jak w tej opowieści o naczelniku wydziału kryminalnego, który skutecznie przeszkodził w obławie na przestępców rozbijając nagle na miejscu zdarzenia policyjną corsę. Mimo, że w akcji nie miał brać udziału… Słyszę, że to co się dzieje
w legnickiej policji było tak naprawdę tajemnicą poliszynela od lat. Że wiedziały o tym lokalne media, że Paweł Jantura z lca.pl zajmował się tym, ale nikt go nie wsparł.
W dzisiejszej „Wyborczej” czytam, że po ukazaniu się artykułu grożono śmiercią jego głównemu bohaterowi, byłemu już funkcjonariuszowi policji Tomaszowi Kleinowi. Na ulicy i na klatce schodowej. Usłyszał: „odje*** ciebie i twoją rodzinę”. Jeśli ktoś nie wierzył w czwartkowy tekst teraz myślę uwierzy…
Napisano setki książek i nakręcono tysiące filmów o korupcji w policji, o jej powiązaniach
ze światem przestępczym i ze światem polityki. Czytamy je i oglądamy, a potem myślimy: jaką ci pisarze i scenarzyści maja wyobraźnię. A później rzeczywistość nas dopada i już nie wiemy gdzie jest prawda, a gdzie fikcja. Kiedy na listach radnych komitetu wyborczego prezydenta Legnicy pojawiali się kandydaci - policjanci mocno krytykowano ten fakt, choćby dlatego, że policjanci mogą mieć taka wiedzę o ludziach jakiej nie maja inni kandydaci. Uspokajano, że przecież nic się nie może zdarzyć, że wszyscy maja czyste ręce… Jednak zdarzyło się – a dwoje funkcjonariuszy komendy miejskiej zasiada w Radzie Miejskiej Legnicy. Nie snuję żadnych przypuszczeń. Myślę tylko, że ze światem polityki, światem władzy nie powinny wiązać się żadne służby mundurowe – choćby nawet prawo na to pozwalało. Policjanci, żołnierze , strażacy. Ci co chronią nas i bronią. Bo inaczej zawsze coś się może zdarzyć, choćby tak jak zdarzyło się w „Legnicy - mieście grzechu”.
W „Wyborczej” czytamy „Wiceszef MSWiA Adam Rapacki (nadzoruje policję) obiecał, że odpowie (na pytania autorki tekstu – JG) po powrocie z urlopu”. Oby wrócił z niego jak najszybciej.
czwartek, 11 sierpnia 2011
Kiedy Zjazd Legniczan?
Co chwilę na portalach internetowych powraca pytanie, kierowane także do mnie jako dyrektora teatru, kiedy zorganizujemy następny Zjazd Legniczan? Przypomnę, w 2004 r. ta impreza wymyślona przez Towarzystwo Miłośników Legnicy a wyprodukowana przez Teatr Modrzejewskiej (byłem dyrektorem artystycznym Zjazdu) odniosła spektakularny sukces. Do Legnicy zjechali się legniczanie z urodzenia i serca, ci, którzy mieszkali albo pracowali. To były piękne dni i do dziś mocno wspominane przez mieszkańców Legnicy i nie tylko.
W sposób naturalny ludzie pytają więc, kiedy następny Zjazd.
Powiem tak: jestem zdeklarowanym przeciwnikiem cyklicznych imprez: 35. festiwalu i 47. konkursu. To, co odbywa się zbyt często, kostnieje, popada w rutynę, uczestnicy i odbiorcy przyzwyczają się do tego samego ceremoniału. Dlatego byłem zdecydowanym przeciwnikiem organizowania 2. Zjazdu rok, dwa po pierwszym. Ale teraz minęło 7 lat, to już sporo czasu. Jakiś czas temu rozmawiając z Frankiem Grzywaczem, pomysłodawcą i dyrektorem 1. Zjazdu, zaproponowałem, żeby to on był inicjatorem spotkania wszelkich organizacji pozarządowych z Legnicy na temat idei przyszłego Zjazdu Legnicy. Żeby to organizacje pozarządowe wymyśliły pomysł, a Teatr i inne instytucje kultury na pewno pomogą. To powinien być Zjazd organizowany przez następne pokolenie, ludzi, którzy w 2004 roku mieli po dwadzieścia kilka lat. To naturalne, że ludzie doświadczeni w działaniu publicznym winni dzielić się przestrzenią owego działania z nowym pokoleniem. Dlatego Ośrodek Nowy Świat w Legnicy kreują w imieniu Teatru studenci, na czele z Magdą Pietrewicz, dlatego Festiwal Teatru Nie-Złego organizują młodzi teatrolodzy z Fundacji Teatr Nie-Taki.
Kiedy na początku czerwca 2004 r. słyszałem na legnickim Rynku wszystkie języki świata, byłem dumny, że choć na chwilę udało nam się przywrócić legnicką „Wieżę Babel” z lat 50-tych, 60-tych. Kiedy urocza Magda Mołek – przełamując lek wysokości – otwierała Zjazd razem z prezydentem Tadeuszem Krzakowskim z okna legnickiego teatru, a „Tatarzy” dowodzeni przez prof. Tomka Dziurzyńskiego z I LO „zdobywali” rynek legnicki, byłem po prostu szczęśliwy, ze spełnia się nasz sen o Legnicy.
W sposób naturalny ludzie pytają więc, kiedy następny Zjazd.
Powiem tak: jestem zdeklarowanym przeciwnikiem cyklicznych imprez: 35. festiwalu i 47. konkursu. To, co odbywa się zbyt często, kostnieje, popada w rutynę, uczestnicy i odbiorcy przyzwyczają się do tego samego ceremoniału. Dlatego byłem zdecydowanym przeciwnikiem organizowania 2. Zjazdu rok, dwa po pierwszym. Ale teraz minęło 7 lat, to już sporo czasu. Jakiś czas temu rozmawiając z Frankiem Grzywaczem, pomysłodawcą i dyrektorem 1. Zjazdu, zaproponowałem, żeby to on był inicjatorem spotkania wszelkich organizacji pozarządowych z Legnicy na temat idei przyszłego Zjazdu Legnicy. Żeby to organizacje pozarządowe wymyśliły pomysł, a Teatr i inne instytucje kultury na pewno pomogą. To powinien być Zjazd organizowany przez następne pokolenie, ludzi, którzy w 2004 roku mieli po dwadzieścia kilka lat. To naturalne, że ludzie doświadczeni w działaniu publicznym winni dzielić się przestrzenią owego działania z nowym pokoleniem. Dlatego Ośrodek Nowy Świat w Legnicy kreują w imieniu Teatru studenci, na czele z Magdą Pietrewicz, dlatego Festiwal Teatru Nie-Złego organizują młodzi teatrolodzy z Fundacji Teatr Nie-Taki.
Kiedy na początku czerwca 2004 r. słyszałem na legnickim Rynku wszystkie języki świata, byłem dumny, że choć na chwilę udało nam się przywrócić legnicką „Wieżę Babel” z lat 50-tych, 60-tych. Kiedy urocza Magda Mołek – przełamując lek wysokości – otwierała Zjazd razem z prezydentem Tadeuszem Krzakowskim z okna legnickiego teatru, a „Tatarzy” dowodzeni przez prof. Tomka Dziurzyńskiego z I LO „zdobywali” rynek legnicki, byłem po prostu szczęśliwy, ze spełnia się nasz sen o Legnicy.
wtorek, 9 sierpnia 2011
Harnaś Tymbark – Kolejarz Stróże
Niestety nie mogłem być na wczorajszym treningu kadry Franza Smudy. Mocno żałuję bowiem do piłki nożnej mam stosunek jak większość Polaków: jestem zdeklarowanym kibicem i oczywiście „mądrzę się” na temat taktyki, decyzji trenerskich etc. Jakimś lekkim wytłumaczeniem tego „mądrzenia” jest mało znany epizod z mego życia. Otóż jakoś w 83, 84 roku współpracowałem z krakowskim dziennikiem sportowym o uroczej nazwie „Tempo” opisując tam mecze piłkarskie III czy IV Ligii. Tak, pisałem, że „w 13 minucie Kociuba spudłował” i „że mecz ciągnął się jak flaki z olejem”… Podróżowałem więc jakimś koszmarnym publicznym transportem w miejsce mocno egzotyczne jak choćby do Tymbarku, i tam oglądałem zmagania tamtejszego Harnasia z faworyzowanym Kolejarzem Stróże…
Słyszałem i czytałem, że na treningu na stadionie Miedzi było sporo ludzi, promocyjnie i marketingowo to był bardzo dobry ruch Ratusza, żeby ściągnąć do Legnicy właśnie ekipę Smudy. O Legnicy mówi się w tej chwili w całej Polsce. Takiej promocyjnej skuteczności ratuszowa ekipa nie wykazała od bardzo dawna (bo hasło "Legnica. Z nią zawsze po drodze" to kosmiczna porażka za grubą kasę...) Warto więc chwalić się tym co dobre. Mamy zatem w Legnicy kompleks sportowy nadający się na bazę treningową, w Lubinie stadion gotowy do meczów reprezentacji. Szkoda jednak, że w Legnicy stadion to inwestycja przerwana, bez oświetlenia to obiekt anachroniczny, bez pomysłu na okołostadionowy biznes, skazany na ciągłe dopłaty, biedę i bylejakość. Przy okazji: polemizuję z opinią, że nasz legnicki stadion był drogi w budowie, nawet jeśli pochłonął 50 milionów zł. Przecież stadion w Lubinie kosztował 3 razy tyle, nie mówiąc o Narodowym (2 miliardy! pewnie najdroższy na świecie!) czy wrocławskim (miliard). Raczej warto jeszcze dołożyć (byle było z czego), aby go dokończyć, niż dzielić włos na czworo. Co nie zmieni już faktu, że lokalizacja jest chybiona, bo gdzie w parku znaleźć miejsce na parking, bez którego nawet o galerii handlowej nie da się dziś myśleć.
Niewiele pamiętam ze zmagań Harnasia z Kolejarzem poza ogólną atmosferą, mocno natomiast tkwią mi w pamięci wizyty na innych stadionach gdzie zapobiegliwi działacze załatwiali „Panu Redaktorowi” krzesełko turystyczne bo innych miejsc do siedzenia nie było, nuż życzliwiej opisze. Co to były za czasy!
Piłka nożna wiele wspólnego ma z teatrem. Kiedy żegnali się z legnicką scenę Jasiu Chabior i Przemek Bluszcz mocno lansowałem takie piłkarskie porównanie, że bramkostrzelny napastnik musi kiedyś odejść, żeby zrobić miejsce dla swojego młodszego następcy. Jest coś na rzeczy, także w stosunku do… polityki. Pytają mnie tu i ówdzie jak to jest, że jestem bezpartyjny, a wystawiła mnie w wyborach Platforma Obywatelska. To dokładnie jak w piłce nożnej. W pojedynkę to można tylko kibicować przed telewizorem. By grać trzeba mieć drużynę, ale by wygrywać musi to być jeszcze mocna drużyna. I dlatego o naszym zespole aktorskim od lat mówi się „drużyna Modrzejewskiej”. To wielki powód do dumy.
W Tymbarku skończyło się na 0-0. Tyle przypominam sobie z tamtego meczu, Naszym orłom życzę, żeby pokonali dzielnych górali z Gruzji.
Słyszałem i czytałem, że na treningu na stadionie Miedzi było sporo ludzi, promocyjnie i marketingowo to był bardzo dobry ruch Ratusza, żeby ściągnąć do Legnicy właśnie ekipę Smudy. O Legnicy mówi się w tej chwili w całej Polsce. Takiej promocyjnej skuteczności ratuszowa ekipa nie wykazała od bardzo dawna (bo hasło "Legnica. Z nią zawsze po drodze" to kosmiczna porażka za grubą kasę...) Warto więc chwalić się tym co dobre. Mamy zatem w Legnicy kompleks sportowy nadający się na bazę treningową, w Lubinie stadion gotowy do meczów reprezentacji. Szkoda jednak, że w Legnicy stadion to inwestycja przerwana, bez oświetlenia to obiekt anachroniczny, bez pomysłu na okołostadionowy biznes, skazany na ciągłe dopłaty, biedę i bylejakość. Przy okazji: polemizuję z opinią, że nasz legnicki stadion był drogi w budowie, nawet jeśli pochłonął 50 milionów zł. Przecież stadion w Lubinie kosztował 3 razy tyle, nie mówiąc o Narodowym (2 miliardy! pewnie najdroższy na świecie!) czy wrocławskim (miliard). Raczej warto jeszcze dołożyć (byle było z czego), aby go dokończyć, niż dzielić włos na czworo. Co nie zmieni już faktu, że lokalizacja jest chybiona, bo gdzie w parku znaleźć miejsce na parking, bez którego nawet o galerii handlowej nie da się dziś myśleć.
Niewiele pamiętam ze zmagań Harnasia z Kolejarzem poza ogólną atmosferą, mocno natomiast tkwią mi w pamięci wizyty na innych stadionach gdzie zapobiegliwi działacze załatwiali „Panu Redaktorowi” krzesełko turystyczne bo innych miejsc do siedzenia nie było, nuż życzliwiej opisze. Co to były za czasy!
Piłka nożna wiele wspólnego ma z teatrem. Kiedy żegnali się z legnicką scenę Jasiu Chabior i Przemek Bluszcz mocno lansowałem takie piłkarskie porównanie, że bramkostrzelny napastnik musi kiedyś odejść, żeby zrobić miejsce dla swojego młodszego następcy. Jest coś na rzeczy, także w stosunku do… polityki. Pytają mnie tu i ówdzie jak to jest, że jestem bezpartyjny, a wystawiła mnie w wyborach Platforma Obywatelska. To dokładnie jak w piłce nożnej. W pojedynkę to można tylko kibicować przed telewizorem. By grać trzeba mieć drużynę, ale by wygrywać musi to być jeszcze mocna drużyna. I dlatego o naszym zespole aktorskim od lat mówi się „drużyna Modrzejewskiej”. To wielki powód do dumy.
W Tymbarku skończyło się na 0-0. Tyle przypominam sobie z tamtego meczu, Naszym orłom życzę, żeby pokonali dzielnych górali z Gruzji.
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Glosa do opowieści o Watrze
Na Watrę pojechałem opowiedzieć i zapromować najnowszy projekt działającego przy Teatrze Ośrodka Nowy Świat. Nie wszyscy go może znają, więc przypomnę, że Ośrodek Nowy Świat to miejsce spotkań młodych ludzi narodowości związanych swoją historią z Legnicą. Są to spotkania tak lokalne, jak i międzynarodowe, ludzi z bliska i z daleka. Prowadzimy różnego rodzaju artystyczne działania. Wiosną 2012 roku planujemy spotkanie polsko-łemkowsko-ukraińskie. Będą to warsztaty teatralne i muzyczne, podczas których powstanie spektakl opierający się na osobistych historiach Łemków i Ukraińców przesiedlonych do Legnicy. Wezmą w tym udział młodzi Łemkowie, Polacy i Ukraińcy. Zależy nam też na spotkaniu młodych z muzykami starszego pokolenia, tymi, którzy grają i śpiewają tak, jak nauczyli ich rodzice, dziadkowie. Chcielibyśmy i ten element wykorzystać w spektaklu. W kwietniu tego roku, we współpracy z etnologami z Uniwersytetu Wrocławskiego, młodzi ludzie związani z Ośrodkiem zaczęli już zbierać historie, jeździli po okolicach Legnicy i rozmawiali, słuchali opowieści. Są one zamieszczone na blogu Ośrodka (link na moim blogu). Poczytajcie, niektóre z nich są fantastyczne, szczerze żałuję, że nie znaliśmy ich, kiedy kreowaliśmy naszego „Łemka”.
Duszą tego projektu i koordynatorką działań Nowego Świata jest młoda etnolog z Legnicy Magda Pietrewicz. To jedna z wielu młodych osób, które swoją energią i konsekwencją stanowią o charakterze działań tego miejsca. Mimo że działamy „w ruinie” (ja wolę określenie „zdegradowana przestrzeń” - dawny WDK przy ul. Nowy Świat 19), udaje się skupić przy Ośrodku mieszkańców Nowego Światu i okolic. To naprawdę fantastyczne, że ludzie wracają tu ze swoimi opowieściami z dawnego Dua (teatr żydowski) czy WDK-u (Wojewódzkiego Domu Kultury). Także dla nich odbudujemy ten obiekt, tak żeby służył lokalnej społeczności.
Duszą tego projektu i koordynatorką działań Nowego Świata jest młoda etnolog z Legnicy Magda Pietrewicz. To jedna z wielu młodych osób, które swoją energią i konsekwencją stanowią o charakterze działań tego miejsca. Mimo że działamy „w ruinie” (ja wolę określenie „zdegradowana przestrzeń” - dawny WDK przy ul. Nowy Świat 19), udaje się skupić przy Ośrodku mieszkańców Nowego Światu i okolic. To naprawdę fantastyczne, że ludzie wracają tu ze swoimi opowieściami z dawnego Dua (teatr żydowski) czy WDK-u (Wojewódzkiego Domu Kultury). Także dla nich odbudujemy ten obiekt, tak żeby służył lokalnej społeczności.
niedziela, 7 sierpnia 2011
Watra i wspomnienia
Sobotę i niedziele spędziłem na Watrze w Michałowie– corocznym święcie Łemków z Polski Zachodniej (albo z Ziem Odzyskanych, co dziś brzmi już nieco ironicznie). Z Watrą mam mocno osobiste, emocjonalne wspomnienia. 17 lat temu, 4 sierpnia 1994 r., zostałem dyrektorem teatru i zaraz potem, chyba następnego dnia gościł w Legnicy wiceminister kultury Michał Jagiełło i razem z nim pojechałem na Watrę. Nikt mnie wtedy nie znał i prowadzący imprezę witając gości ze sceny przywitał mnie słowami; „dyrektor teatru z Legnicy Głomb”…Wszyscy mieli ubaw po pachy, o czym przypomniał mi wczoraj szef Stowarzyszenia ł;emków Andrzej Kopcza, człowiek-orkiestra, który od 20 lat prawie jak Ludwik XIV Francją rządzi Watrą i zwycięża!
Łemkowie długo wybijali się na niepodległość i wybili się. To niewielki, prosty, ale dumny i hardy naród, który mimo wszelkich przeciwności nie poddał się i ocalił swoja tożsamość. Pomysł, że folklorem, śpiewem, tańcem, namawiać młodych ludzi na ich ojczysty język okazał się super. Nie do przecenienie jest ile w tej sprawie zrobiła „Kyczera” – sztandarowy już łemkowski zespół pieśni i tańca, który przez te 20 lat objechał pewnie już cały świat. Ile w tej sprawie zrobił szef „Kyczery” Jurek Starzyński. Przez parę lat pracowaliśmy razem, to w teatrze (wtedy Centrum Sztuki-Teatr Dramatyczny) zrodził pomysł na festiwal mniejszości etnicznych o narodowych, stare czasy….Powspominaliśmy je trochę z Bazylim Dziadykiem, jednym z organizatorów, naszym opiekunem (serdeczne dzięki, Łemkowie to nie tylko naród dumny, ale i gościnny).
Watra przez te lata zmieniła się. Scena już nie w tym miejscu co kiedyś (trochę szkoda…), emocji już trochę mniej. Ale to normalne: Łemkowie maja już swoja niepodległość, swoje małe państwo, które nie ma granic bo mieści się ono w sercu, w języku mówionym, w muzyce, śpiewie, tańcu. I we swoich wspomnieniach, które ciągle trwają Jak u naszego Oresta Gabury w sztuce „Łemko” Roberta Urbańskiego, którą od 2007 roku gramy przy kompletach publiczności w starym teatrze varietes na Zakaczwiu:
"Tatuś i mamusia mieszkali w górach. Dziaduś i babusia mieszkali w górach. Wujostwo i stryjostwo tak samo – w górach. W górach całe życie, od kołyski po mogiłę. A co to były za góry… Nikto by nie opisał. Tylko oko wie, co widziało. I ja tam właśnie żył, tam my mieszkali. Najpiękniejsze góry. Nasze.
Dziadkowie tam wasi żyli, Paraska i Roman, co miał do wszystkiego smykałkę. O, jego kapelusz mi się ostał. I stryjko Wasyl żył… Jak trzeba żyli.
Ale kiedy ja się rodził, to wszyscy u nas jeszcze byli weseli, wszystko było jak zawsze. Żył wasz dziaduś Roman, bardzo pracowity człowiek. Zrobił skrzydła, żeby latać. Z gałęzi i skóry je zrobił, większe niż człowiek były. Przymocował je na sznurku i se stanął na pagórku. Machał, leci, powiał wiatr, ale szybko na dół spadł. Skrzydła mu się połamały, ale on się ostał cały.
Nasza Łemkowyna była taka, że drugiej takiej nie masz na świecie. Ja tam znał każdego. Każdą ścieżkę znał, trawkę każdą pozdrawiał. Tatuś z dziaduniem drzewa w lesie sadzili, to takie powyrastali, że pięciu chłopa by nie objęło.
Wszytko było wielkie. Wszytko czyste. Zdrowe. W rzece się kąpalim i nic się nikomu nie działo. Z ziemi jedlim i tak samo. Dziadek wasz Roman dużo czosku jadł, to jak inne na cholerę umierały, ta on im trumny zbijał i nic mu nie było. A tak w ogólności to chłopy były silne, że jak szły, to skakały, aż się drogi uginały. Baby takie silne były, wody dwa wiadra nosiły, drzewa same urąbały. Jak śpiewały, to aż drugiej wiosce ludzie słyszały. Wuj Wasyl kiedyś do dom z daleka wracał, to my go na sześć godzin naprzód słyszeli."
Nie bójmy się wspomnień, choćby nie wszystko w nich było prawdziwe. Są nasza ojczyzną.
Łemkowie długo wybijali się na niepodległość i wybili się. To niewielki, prosty, ale dumny i hardy naród, który mimo wszelkich przeciwności nie poddał się i ocalił swoja tożsamość. Pomysł, że folklorem, śpiewem, tańcem, namawiać młodych ludzi na ich ojczysty język okazał się super. Nie do przecenienie jest ile w tej sprawie zrobiła „Kyczera” – sztandarowy już łemkowski zespół pieśni i tańca, który przez te 20 lat objechał pewnie już cały świat. Ile w tej sprawie zrobił szef „Kyczery” Jurek Starzyński. Przez parę lat pracowaliśmy razem, to w teatrze (wtedy Centrum Sztuki-Teatr Dramatyczny) zrodził pomysł na festiwal mniejszości etnicznych o narodowych, stare czasy….Powspominaliśmy je trochę z Bazylim Dziadykiem, jednym z organizatorów, naszym opiekunem (serdeczne dzięki, Łemkowie to nie tylko naród dumny, ale i gościnny).
Watra przez te lata zmieniła się. Scena już nie w tym miejscu co kiedyś (trochę szkoda…), emocji już trochę mniej. Ale to normalne: Łemkowie maja już swoja niepodległość, swoje małe państwo, które nie ma granic bo mieści się ono w sercu, w języku mówionym, w muzyce, śpiewie, tańcu. I we swoich wspomnieniach, które ciągle trwają Jak u naszego Oresta Gabury w sztuce „Łemko” Roberta Urbańskiego, którą od 2007 roku gramy przy kompletach publiczności w starym teatrze varietes na Zakaczwiu:
"Tatuś i mamusia mieszkali w górach. Dziaduś i babusia mieszkali w górach. Wujostwo i stryjostwo tak samo – w górach. W górach całe życie, od kołyski po mogiłę. A co to były za góry… Nikto by nie opisał. Tylko oko wie, co widziało. I ja tam właśnie żył, tam my mieszkali. Najpiękniejsze góry. Nasze.
Dziadkowie tam wasi żyli, Paraska i Roman, co miał do wszystkiego smykałkę. O, jego kapelusz mi się ostał. I stryjko Wasyl żył… Jak trzeba żyli.
Ale kiedy ja się rodził, to wszyscy u nas jeszcze byli weseli, wszystko było jak zawsze. Żył wasz dziaduś Roman, bardzo pracowity człowiek. Zrobił skrzydła, żeby latać. Z gałęzi i skóry je zrobił, większe niż człowiek były. Przymocował je na sznurku i se stanął na pagórku. Machał, leci, powiał wiatr, ale szybko na dół spadł. Skrzydła mu się połamały, ale on się ostał cały.
Nasza Łemkowyna była taka, że drugiej takiej nie masz na świecie. Ja tam znał każdego. Każdą ścieżkę znał, trawkę każdą pozdrawiał. Tatuś z dziaduniem drzewa w lesie sadzili, to takie powyrastali, że pięciu chłopa by nie objęło.
Wszytko było wielkie. Wszytko czyste. Zdrowe. W rzece się kąpalim i nic się nikomu nie działo. Z ziemi jedlim i tak samo. Dziadek wasz Roman dużo czosku jadł, to jak inne na cholerę umierały, ta on im trumny zbijał i nic mu nie było. A tak w ogólności to chłopy były silne, że jak szły, to skakały, aż się drogi uginały. Baby takie silne były, wody dwa wiadra nosiły, drzewa same urąbały. Jak śpiewały, to aż drugiej wiosce ludzie słyszały. Wuj Wasyl kiedyś do dom z daleka wracał, to my go na sześć godzin naprzód słyszeli."
Nie bójmy się wspomnień, choćby nie wszystko w nich było prawdziwe. Są nasza ojczyzną.
sobota, 6 sierpnia 2011
DEKLARACJA
Kandyduję do Senatu RP, bo jestem gotowy, by podjąć się tej służby. Nie brakuje mi odwagi, determinacji, konsekwencji i uporu, by jasno formułować i wyrażać poglądy. Ci, którzy mnie znają, dobrze o tym wiedzą, nawet gdy krytykują mój nadmiar temperamentu i niewyparzony język. O ważnych sprawach trzeba jednak mówić głośno. Kto milczy, nigdy nie będzie wysłuchany. Aby być skutecznym, kruszyć mury i osiągać założone cele, warto podjąć walkę, a czasami nabić sobie guza. W ostatecznym rachunku to się opłaca.
Wiem to z doświadczenia. Od 17 lat kieruję bowiem legnickim teatrem, który stał się znany, ceniony i nagradzany w całej Polsce, jako artystyczna wizytówka regionu, ale także – a może przede wszystkim - jako miejsce, w którym upominamy się o prawa dla biednych i wykluczonych, o prawdę, że Polska to nadal kraj zapóźnień materialnych, cywilizacyjnych i kulturowych. Niestety, także wielkich różnic między wykształconymi i bogatymi, a biednymi i pozbawionymi szans życiowych. Głośne i uparte przypominanie o tym nie wszystkim się podoba. Trzykrotnie próbowano odwołać mnie z dyrektorskiej funkcji.
Deklaruję jednak zdecydowanie: nie zamierzam być zawodowym senatorem, nie zostawię Teatru Modrzejewskiej. Teatr to moje życie, mój świat i nie wyobrażam sobie innego. Do Senatu startuję nie jako artysta, ale społecznik, który teatru używa jako jedynego dostępnego mu dotychczas sposobu naprawiania świata. Grając w legnickich ruinach na Zakaczawiu, Fabrycznej, Nowym Świecie czy w miejscach społecznie trudnych, jak na betonowych Piekarach, robiliśmy to nie dla kaprysu i kolorytu. Graliśmy i będziemy grać w takich przestrzeniach, by głośno i wyraźnie upominać się te zapomniane i zdegradowane miejsca, by dać szansę na lepsze życie mieszkańcom tych zaklętych rewirów wstydu każdej kolejnej władzy. Senatorski mandat może być skutecznym narzędziem w tej społecznej misji.
Kandyduję do Senatu korzystając z szansy, by stać się pierwszym senatorem w nowej formule jednomandatowych okręgów wyborczych. Chciałbym być pierwszym, o którym mieszkańcy całego Legnicko-Głogowskiego Okręgu Miedziowego, Legnicy i Lubina, Głogowa i Polkowic, Chojnowa, Chocianowa, Przemkowa, Ścinawy i Prochowic, a także innych miejscowości powiatów naszego okręgu, powiedzą wkrótce: „nasz senator Jacek Głomb”. Pamiętając, kto jest ich reprezentantem, kogo mogą i powinni rozliczyć ze składanych obietnic. Dotychczas było inaczej. Nie znam efektów działalności, nie zauważam aktywności naszych lokalnych reprezentantów w Senacie. Czas to zmienić. Chciałbym być lokalnym senatorem, silnie związanym z wyborcami, a w efekcie skutecznym lobbystą spraw ważnych dla mieszkańców regionu. Dlatego zdecydowałem ubiegać się o ten wyjątkowy, bo jedyny w okręgu mandat.
Przecież wiele działań społecznych i kulturalnych z Legnicy i Lubina, Głogowa i Polkowic i innych miejsc naszego okręgu zasługuje na wspieranie i pomoc krajowych instytucji – a nie zawsze tak jest. Nie zawsze organizacje pozarządowe odnajdują się w naszej upolitycznionej do przesady rzeczywistości. Nie zawsze słyszymy głos mniejszości narodowych, a przecież nasz Region to właśnie świat wielonarodowy i wielokulturowy. Od lat jako dyrektor teatru i społecznik wspieram działania Łemków i Ukraińców, mam wśród nich wielu dobrych znajomych. I właśnie Senat jest miejscem w którym poważnie rozmawia się o sprawach mniejszości narodowych.
Jestem bezpartyjnym kandydatem Platformy Obywatelskiej, który z satysfakcją przyjął zaufanie tego politycznego gremium. Wśród działaczy tej partii mam wiele bliskich mi osób. Z europosłem Piotrem Borysem i z posłem Robertem Kropiwnickim łączy mnie od wielu lat przyjaźń. Swoją wieloletnią już działalnością społeczną udowodniłem jednak, że w sprawach ważnych dla kultury i lokalnej społeczności nie kierowałem się uprzedzeniami wynikającymi z politycznych barw i podziałów. Dlatego mogłem liczyć na wsparcie polityków tak różnych, jak: Adam Lipiński z PiS, nieodżałowany Jerzy Szmajdziński z SLD czy Tadeusz Samborski z PSL. W każdym przypadku liczyły się bowiem bardzo konkretne sprawy, a nie poglądy. Dlatego startuję: dla spraw, a nie dla polityki.
Jacek Głomb
Subskrybuj:
Posty (Atom)



