środa, 4 czerwca 2014
Czarodziejski Mardin (2)
Po spektaklu, 2 czerwca, około północy, jemy z Mehmetem,
jego przyjaciółką, Gosią i Władkiem lody w najlepszej lokalnej cukierni, w
której nasz gospodarz oczywiście zna wszystkich, także papugę, będącą ozdobą lokalu. Na szybie
lokalu wisi plakat „Łemko” i o to zdjęcie Mehmet się dopytuje, czy jest
prawdziwe, kto na nim jest. Mówi, że jest bije z niego taki dramat, który jest
ponad lokalny, ponadłemkowski, że jak się w niego długo wpatruje, to chce mu się płakać. Na swoim facebooku śledzi
pierwsze komentarze po spektaklu: „fantastyczne, nie zawiodłam się”, „wróciłam
do domu i nadal mam pod powiekami obrazy ze spektaklu”. Rozmawiamy o
legnicko-mardińskim przymierzu, o przyjeździe aktorów teatru Mehmeta na
dwutygodniowe warsztaty w Legnicy.
Patrzę na to kamienne miasto i na otaczające go piaski pustyni i na
pewno wiem, że tu wrócimy.
Czarodziejski Mardin (1)
Pisze ten wpis w autobusie z Mardinu do Ankary, 1200
km po fantastycznych tureckich autostradach w 13 godzin. Kończymy naszą turecką
wyprawę. Po Antalyi przyszła Ankara, stolica, której jeszcze kilkadziesiąt lat
temu nie było. Miasto zbudowane od podstaw przez Ojca Turków, z fragmentem
udawanego starego miasta, plastikowe, na pokaz, stolica instytucji. Gramy
tutaj, bo nasze plany pokazania „Łemko” w Izmirze, „mieście pogan”, upadły – od naszej
grudniowej wizyty zmieniła się dyrekcja w tamtejszym teatrze i jedna dyrekcja
nie przekazała drugiej ustaleń etc. Uratowała nas centralizacja władzy
teatralnej w Turcji. Mustafa Kurt, dyrektor Państwowych Teatrów w Turcji rządzi
wszystkimi teatrami w kraju. Kiedy padł Izmir, przytulono nas w Ankarze i tak
na scenie teatru Akün zagraliśmy 31 maja jeden z
najlepszych spektakli w historii „Łemko” i w dziejach naszego teatru w ogóle.
Zjawiskowy, miejscami zagrany genialnie, w którym wszystko się układało
perfekcyjnie , ze świetnymi rytmami. Na
szczęście cały spektakl nagraliśmy, więc
sami się przekonacie. Na widowni branżowa publiczność, wielu młodych ludzi, w
tym studentów wydziałów aktorskich, obok
mnie dramaturżka lokalnego teatru, roześmiana i wzruszona. Podobnie jak w
Antalyi część widowni wstała, po spektaklu gratulowano nam podjęcia tematu
(„mamy w Turcji takie same problemy narodowościowe”, to nie był pojedynczy
głos), świetnego zespołu, dopytywano o
muzykę, gdybyśmy mieli płyty z nią, przynajmniej kilkanaście poszłoby.
Najważniejsze jednak, że trafiliśmy z opowieścią. Mogliśmy do Turcji pojechać z
„Otello”, którego historię wszyscy znają, wybraliśmy „Łemko” – bo to nasz
legnicki spektakl, opowiadający ważną dla nas historię. A dobrze wiemy, jak coś
jest mocno lokalne, to staje się bardzo uniwersalne. Najpierw trzeba pokochać
swój powiat, żeby pokochać ojczyznę, powtarzam za Lwem Tołstojem.
Po Ankarze lot do Mardinu. Byliśmy tu już w grudniu
z Gosią, podczas wizyty dokumentacyjnej i zakochaliśmy się w tym mieście
miłością spontaniczną. Mardin to pomysł
koordynatora naszej wyprawy, turkologa z Warszawy, Władka Chilmona. Szło
nam wspólnie o to, żeby dotrzeć do różnorodnej Turcji, także tej w Polsce nie
znanej. A Mardin to fantastyczne, kamienne miasto w południowo- wschodniej
Turcji, 10- 15 kilometrów od granicy syryjskiej, otoczone zewsząd pustynią. W
samym mieście żyje 140 tys. ludzi, w tym 80% Kurdów, w aglomeracji (okręgu) jest 750 tys. mieszkańców. Po 25 latach dobijania się o tożsamość
ostatnie wybory na burmistrza wygrał reprezentant partii kurdyjskiej. Nasz
spektakl organizuje także Kurd, Mehmet Vejsi Bora, trzydziestoparoletni szef
Teatru Artystycznego w Mardin, miłośniczej grupy, która dopiero zaczyna swoją
przygodę z teatrem. Na Mehmeta mówią tutaj „Hodża” – nauczyciel, mistrz, znają
go wszyscy i on zna wszystkich. Niesamowita jest jego energia, witalność i
najzwyczajniejsza na świecie, choć tak rzadko spotykana, dobroć. Mehmet jest to człowiekiem – orkiestrą,
administruje hotelem, którego działalność inaugurujemy (położonym w kamiennym,
kilkupiętrowym domu, kiedyś siedzibie jednego z rodów, w czasach
współczesnych był to budynek poczty), ma tu udziały w kilku przynajmniej
biznesach. Jest także managerem najwyższego człowieka na świecie. Sultan Kosen
mierzy 251 cm, mieszka we wiosce pod Mardinem.
Był także widzem naszego
spektaklu, po nim gratuluje nam ze sceny, robimy pamiątkowe zdjęcie, jedno z
nich wklejam. Przed spektaklem krótko opowiadam jaką pokazuje on historię. Kiedy kończę, z widowni podrywa się jedna z kobiet i
prostuje, że w Mardinie nie ma żadnych mniejszości narodowych, jest natomiast jeden
naród i wiele kultur. Tak myśli poważna część mieszkańców Turcji – że nie ma
Kurdów, Ormian, jest jeden naród turecki. Nie zgadzam się z takim sądem.
Po spektaklu, 2 czerwca, około północy, jemy z Mehmetem,
jego przyjaciółką, Gosią i Władkiem lody w najlepszej lokalnej cukierni, w
której nasz gospodarz oczywiście zna wszystkich, także papugę, będącą ozdobą lokalu. Na szybie
lokalu wisi plakat „Łemko” i o to zdjęcie Mehmet się dopytuje, czy jest
prawdziwe, kto na nim jest. Mówi, że jest bije z niego taki dramat, który jest
ponad lokalny, ponadłemkowski, że jak się w niego długo wpatruje, to chce mu się płakać. Na swoim facebooku śledzi
pierwsze komentarze po spektaklu: „fantastyczne, nie zawiodłam się”, „wróciłam
do domu i nadal mam pod powiekami obrazy ze spektaklu”. Rozmawiamy o
legnicko-mardińskim przymierzu, o przyjeździe aktorów teatru Mehmeta na
dwutygodniowe warsztaty w Legnicy.
Patrzę na to kamienne miasto i na otaczające go piaski pustyni i na
pewno wiem, że tu wrócimy.
niedziela, 1 czerwca 2014
Krzakowski ściga się z Gomułką
Kiedy w końcu lat 60-tych w systematyczny sposób burzono zabytkowe śródmieście
Legnicy czyniono to, można tak powiedzieć, z pobudek głęboko ideowych. Otóż I
sekretarz KC PZPR, Władysław Gomułka, „Wiesław”, nakazał niszczenie śladów
niemieckich na Ziemiach Odzyskanych. Robiono to pod pretekstem złego stanu
technicznego, co było poniekąd prawdą. Przez 20 lat po wojnie nie dbano o starą
Legnicę, nie było to modne…Ale tak naprawdę to zdecydowała idea: niemieckiej
Legnicy powiedziano precz i w ten sposób zamordowane serce miasta. Zamiast
zabytkowych kamienic postawiono ponure bloki, symbol gomułkowskiej „małej
stabilizacji”. Kiedy ogląda się zdjęcia z tamtej zagłady, wrażenie jest
porażające. Tak jak wyobraźnia burzących, jeden ze spychaczy zaangażowanych w
akcję nazwano „Rudy”… – było to już po premierze serialu o Janku Kosie.
Obecnie nam panujący prezydent Legnicy, Tadeusz Krzakowski, nie burzy Legnicy z powodów ideowych. Ekipa rządząca miastem nie wyznaje żadnej idei, tylko czystą pragmatykę: administruje miastem od poniedziałku do piątku. Budynki na Zakaczawiu i nie tylko burzy się, bo nie ma żadnego pomysłu ich wykorzystanie, a zły stan techniczny - tak jak dla ludzi Gomułki - jest świetnym pretekstem. To swoiste przyzwolenie Ratusza na degradację starych, świadczących o dziedzictwie miasta, budynków jest dojmujące. Nie robi się dokładnie NIC w kierunku, aby je ratować. Milczenie Ratusza w sprawie planów wyburzenia przez PKP byłego kina „Kolejarz” jest skandalem.
15 lat temu legnicki teatr zrobił wszystko, aby miejsce to uratować, przywrócić mieszkańcom. „Ballada o Zakaczawiu” rozsławiła dzielnicę i byłe kino na cały świat. Proponowaliśmy poprzednikowi Krzakowskiego stworzenie tam filii MDK, bo zakaczwskie dzieci i młodzież wychowują się na ulicy. W odpowiedzi na debacie, zorganizowanej w stołówce ks. Gacka, usłyszeliśmy wypowiedź wiceprezydenta Legnicy, Janusza Ostrówki: „Traktujemy Zakaczawie tak jak każdą inną dzielnicę Legnicy”. Na te słowa wtedy, w 2000 roku, wszyscy zebrani wybuchnęli śmiechem. Teraz, z perspektywy blisko 15 lat, słowa te brzmią jeszcze bardziej ponuro. Nie robimy nic z miastem, nie robimy nic z Zakaczawiem.
Obecnie nam panujący prezydent Legnicy, Tadeusz Krzakowski, nie burzy Legnicy z powodów ideowych. Ekipa rządząca miastem nie wyznaje żadnej idei, tylko czystą pragmatykę: administruje miastem od poniedziałku do piątku. Budynki na Zakaczawiu i nie tylko burzy się, bo nie ma żadnego pomysłu ich wykorzystanie, a zły stan techniczny - tak jak dla ludzi Gomułki - jest świetnym pretekstem. To swoiste przyzwolenie Ratusza na degradację starych, świadczących o dziedzictwie miasta, budynków jest dojmujące. Nie robi się dokładnie NIC w kierunku, aby je ratować. Milczenie Ratusza w sprawie planów wyburzenia przez PKP byłego kina „Kolejarz” jest skandalem.
15 lat temu legnicki teatr zrobił wszystko, aby miejsce to uratować, przywrócić mieszkańcom. „Ballada o Zakaczawiu” rozsławiła dzielnicę i byłe kino na cały świat. Proponowaliśmy poprzednikowi Krzakowskiego stworzenie tam filii MDK, bo zakaczwskie dzieci i młodzież wychowują się na ulicy. W odpowiedzi na debacie, zorganizowanej w stołówce ks. Gacka, usłyszeliśmy wypowiedź wiceprezydenta Legnicy, Janusza Ostrówki: „Traktujemy Zakaczawie tak jak każdą inną dzielnicę Legnicy”. Na te słowa wtedy, w 2000 roku, wszyscy zebrani wybuchnęli śmiechem. Teraz, z perspektywy blisko 15 lat, słowa te brzmią jeszcze bardziej ponuro. Nie robimy nic z miastem, nie robimy nic z Zakaczawiem.
środa, 28 maja 2014
Turcy się dziwią
Na warsztatach w Antalyi, razem z Pawłem Palcatem,
opowiadamy o naszym legnickim doświadczeniu, o „Teatrze, którego Sceną jest
Miasto, o graniu w tzw. ruinach, o walce z lokalną władzą o zdegradowane
przestrzenie i widzę zdziwienie na twarzach uczestników, a raczej uczestniczek,
bo przyszły same kobiety (skąd my to
znamy? Z Polski!).
Po pierwsze: w Antalyi nie ma ruin, to współczesne,
na wskroś nowoczesne miasto, nastawione na turystykę i rozrywkę. Są tu ślady
przeszłości, brama cesarza Hadriana, stare miasto, jest i jedna „ruina”, którą
Gosia Bulanda wypatrzyła już w grudniu, kiedy byliśmy tu z wizytą
dokumentacyjną. To stary, olbrzymi dom
ormiańskiego kupca z zachowanym w części umeblowaniem, ze sporym ogrodem.
Idealna „ruina” wg legnickiego modelu. Na sprzedaż za milion euro (albo dwa),
nie pamiętamy, a ogłoszenie zniknęło z frontu domu.
Po drugie: takie spory artystyczne i społeczne, jakie toczymy z
lokalną władzą w Legnicy, byłyby w
Turcji nie do pomyślenia. Tutaj większość życia społecznego i kulturalnego podporządkowane
jest władzy, prezydent Krzakowski czułby się tu
świetnie. Państwowe teatry mają swoją centralną dyrekcję w Ankarze,
teatr w Antalyi musi dostać zgodę na wszelkie swoje działania. Na wczorajszym
„Łemko” gościł lokalny valik (mniej więcej odpowiednik naszego wojewody).
Przybył w otoczeniu ochraniarzy, którzy nerwowo zareagowali na strzały (z broni
hukowej) jakie Ukrainka – Kasia Dworak i Ukrainiec – Grześ Wojdon – oddają w
spektaklu. Na brawach fotografowie rzucili się robić zdjęcia nie aktorom, ale
pierwszemu rzędowi, gdzie siedział valik i goście…To akurat znamy z Polski.
Już pisałem na facebooku, że spektakl został bardzo
dobrze przyjęty, mimo, że nie jest najłatwiejszy w odbiorze, widzowie muszą
cały czas podążać za akcją i za napisami, których nie jest mało. Mówiono nam o
wielkiej sile spektaklu, o mocy, o świetnej muzyce wykonywanej na żywo,
zazdrościli nam tańców i dziwili się, że w Polsce tańce ludowe to skansen, nikt
właściwie ich nie tańczy. Opowiadali nam o swojej wielonarodowej historii i
konfrontowali ją z naszą opowieścią.
Kiedy na warsztatach opowiadałem o teatrze, który
zmienia świat dostałem brawa. Myślę, ze w każdym świecie, nawet tak
scentralizowanym jak Turcja, jest tęsknota za wolnością, za swoboda. 31 maja i
1 czerwca w większych miastach w Turcji planowane są przez opozycję
demonstracje w rocznicę pacyfikacji okupujących
park Gazi. Byli wtedy zabici i ranni. W sobotę lecimy do Mardinu, w
niedzielę mamy tam montaż. Mardin to wschodnia, azjatycka Turcja. Nie sądzę,
żeby nas dogoniły tam demonstracje. Poza wszystkim widać, że teatr to rzecz w
Turcji mocno niszowa, w milionowej Antalyi są raptem dwa teatry, w milionowym
Mardinie ani jednego.
W poniedziałek doszła nas tu wieść o śmierci kina i
domu kultury Kolejarz, który czeka planowane wyburzenie. W następnym wpisie
napiszę wiec o tym jak prezydent Krzakowski stara się w wyburzaniu Legnicy
doścignąć - a nawet prześcignąć - sekretarza Gomułkę.
wtorek, 13 maja 2014
Przystanek Wschód - Zachód
Taką perspektywę widziałbym dla przyszłości Legnicy
– budowanie wizerunku miasta miasta wielonarodowgo, wielokulturowego,
jednocześnie będącego łącznikiem między Wschodem i Zachodem. Nie ma lepszego
miasta, które mogłoby pełnić taka rolę. Dzieje Legnicy są esencją dziejów
całego Śląska, modelem losów naszej części Europy. Założona przed niemal
tysiącem lat, wchodziła najpierw w obręb państwa Piastów – pierwszych królów
Polski. W XIV wieku dostała się pod panowanie czeskie, w XVI – pod austriackich
Habsburgów. W wyniku wojen śląskich zajął ją wraz z całą dzielnicą Fryderyk
Wielki (1744). Aż do 1945 roku była miastem początkowo pruskim, a następnie od
1871 r. niemieckim. Po II wojnie światowej znalazła się w granicach państwa
polskiego.
Mieszkańcami Legnicy byli ludzie
najrozmaitszych narodowości, głównie Niemcy, ale także Polacy, Żydzi,
Walonowie, Francuzi i Włosi. Do 1675 r. miastem rządzili książęta z polskiej
dynastii Piastów. Powojenne miasto, z którego wysiedlono dotychczasowych
mieszkańców, zapełniło się międzynarodową mieszanką: obok resztek Niemców zamieszkali
Polacy, Francuzi, Włosi, Grecy, Żydzi, Cyganie, Ukraińcy, Łemkowie. Najliczniejszą
mniejszością byli jednak Rosjanie i inni obywatele ZSRR, żołnierze i cywile.
Wszyscy ci ludzie tworzyli nową Legnicę.
W 1993 roku
wyjechał stąd ostatni radziecki żołnierz. Od 2000 roku, czyli od premiery Ballady o Zakaczawiu, wielonarodową
przeszłością miasta zajął się legnicki teatr. W kolejnych latach powstały takie
spektakle, jak Wschody i Zachody Miasta (2003)
– sceniczny fresk o dziejach miasta w XX wieku z perspektywy teatru, oraz Łemko (2007) – opowieść o uciemiężonym
narodzie górali beskidzkich, którzy, wypędzeni z ojczyzny, swój nowy dom
znaleźli m.in. w Legnicy i jej okolicach. Są to opowieści, które, wskrzeszając
dawny świat, przywracają miastu pamięć i budują jego nową tożsamość. Ale
dokonania legnickiej sceny nie ograniczają się do przedstawień „lokalnych”. Powstają
tu również takie spektakle, jak Palę
Rosję – opowieść syberyjska (2009), gdzie sondując równocześnie przeszłość
i teraźniejszość, próbuje się ukazać całe skomplikowanie stosunków polsko-rosyjskich
(w 2009 roku spektakl odbył tournee po Rosji, pokazywano go m.in. w Moskwie,
Włodzimierzu i miastach Syberii). Teatr jest również organizatorem takich
społecznych przedsięwzięć, jak Wielki Zjazd Legniczan, który na kilka dni 2004
roku zgromadził legniczan różnych narodowości, zamieszkujących dziś praktycznie
cały świat, oraz „20 lat po” – artystyczno-społeczny projekt, obejmujący
spektakl, pokaz filmu, konferencję i rozmaite spotkania, do których pretekstem
stała się dwudziesta rocznica wyjścia byłej Armii Radzieckiej z Legnicy i
Polski.
Kreowany przez nasz teatr Ośrodek Nowy Świat (w tym
celu chcemy zrewitalizować salę teatralną i kamienicę przy ul. Nowy Świat 19),
miejsce spotkań młodzieży z krajów związanych swą historią z Legnicą, ma być
właśnie takim przystankiem między Wschodem i Zachodem. Wynikające z tego
korzyści promocyjne dla naszego miasta byłyby nie do przecenienia. Ale do tego
potrzeba odważnych decyzji Ratusza, a nie zaściankowego administrowania
miastem.
niedziela, 4 maja 2014
Fragment pewnej rozmowy
Pewnie
nie wszyscy czytelnicy mojego blogu studiują branżowe portale teatralne, w tym
najlepszy z nich, teatralny.pl, gdzie niedawno (23 kwietnia) ukazał się wywiad
ze mną (pt. „Tęsknię za walką”), który przeprowadziła Jolanta Kowalska.
Ponieważ mówią tam o Legnicy nie tylko teatralnej, o tym, co było i co będzie,
przytaczam dla zachęty fragment tej rozmowy.
Jolanta Kowalska - Ile
razy zwalniałeś z pracy prezydenta miasta?
Jacek
Głomb - To raczej on mnie zwalniał.
Nie pozostawałeś dłużny
zwierzchnikom.
Jak dotąd cztery
razy próbowano mnie zwolnić, czyli wszczęto służącą do tego procedurę
formalno-prawną.
Ale oddawałeś te
policzki władzy.
Oddawałem, bo
jeśli się robi teatr ostro komentujący świat, to nie można się uchylać od
tematów niewygodnych dla władzy.
W jakich
okolicznościach zdarzały ci się konflikty z miejscową władzą?
My nigdy nie
chcieliśmy być dworscy. Władza zawsze, a ta wybrana w bezpośrednich wyborach w
szczególności, chce sobie podporządkować wszystkie podległe jej instytucje. My
chcemy służyć obywatelom, nie władzy, więc mówimy o rzeczach ważnych dla
Legnicy. To nie zawsze wzbudzało entuzjazm urzędników. W Balladzie o Zakaczawiu pokazaliśmy zrujnowane miasto. Władza
przyszła i powiedziała, że to nie w jest porządku, bo należy promować piękną,
nowoczesną i rozwojową Legnicę, a wy nam tu pokazujecie jakieś rudery. Władza
też lubi wykorzystywać teatr do własnych celów. Pamiętam taką sytuację, gdy prezydent
Tadeusz Krzakowski objął władzę w mieście i jacyś biznesmeni wymyślili, że
zrobią koncert charytatywny w teatrze. Prezydent ze swoją zastępczynią też
mieli wystąpić z popisem muzycznym. Dałem im salę, usiadłem na balkonie i
zobaczyłem zwyczajną hucpę. Uznałem, że takie rzeczy nie powinny mieć miejsca w
teatrze. Po tygodniu zadzwoniła do mnie pani wiceprezydent i powiedziała, że
chcieliby to powtórzyć. Odmówiłem i oświadczyłem wprost, że nie akceptuję
takiej chałtury. To się oczywiście nie spodobało, oni nie mogli zrozumieć, jak
mogę zabronić panu prezydentowi „zagrać” na kontrabasie, a pani prezydent robić
głupie miny. Od tego momentu zaczęły się napięcia. Pojawiły się zarzuty o
mnożeniu kosztów, graniu poza budynkiem, ograniczaniu miejsc na widowni.
Oczywiście wszystkie te brednie obaliliśmy, przedstawiając odpowiednie
statystyki.
Idea teatru lokalnego
nie trafiała do lokalnych władz?
Nie, gdyby ta
idea trafiała tu na podatny grunt, to nie zawieszałbym festiwalu „Miasto”.
Naszą intencją było odzyskanie dla Legnicy ciekawych, zrujnowanych obiektów
poprzez teatr. Temu miał służyć festiwal, który wyprowadziliśmy w przestrzeń
miasta. Niestety, władze nie zrobiły nic (i dalej nie robią), by uratować te
niszczejące budynki. Teraz kieruję walkę na inne tory i będziemy próbowali
„odbić” miasto. Chodzi o to, by listopadowe wybory samorządowe doprowadziły do
zmiany obecnej ekipy, bo w Legnicy panuje zastój i marazm. Zaangażowałem się w
budowę listy obywatelskiej, która być może sprawi, że „pan od kontrabasu”
zakończy pracę w Urzędzie Miasta. Mogę powiedzieć również, że sam nie będę startował
w wyborach na prezydenta Legnicy, jak niektórzy sądzą. Uznałem, że to, co robię
w teatrze, jest zbyt ważne, by z tego zrezygnować. Będę wspierał jednak
konkretnego kandydata i skupioną wokół niego grupę osób.
Czy Jacek Głomb nie za
długo siedzi w Legnicy?
Rozważałem różne
propozycje z innych miast, jednak uznałem, że coś tutaj udało mi się zbudować.
Coś więcej niż teatr. Zbudowałem to krwią, potem i łzami. I pewnego dnia mam to
oddać komuś przypadkowemu, który to zniszczy? Albo jakiejś władzy, która wreszcie
będzie mogła sprawić sobie teatr z Wesołą
wdówką? Nie, jestem uparty. Jeśli ktoś mnie wreszcie zechce wywalić, to
mnie wywali. Mam kontrakt do roku 2017 i nie zamierzam odchodzić.
A jak z polityką? Nie
masz już żadnych planów?
Ja nie odróżniam
polityki od działalności społecznej. Polityka jest formą służby publicznej.
Jeśli chce się naprawiać świat, to trzeba mieć odpowiednie narzędzia. Teatrem
oczywiście też da się wiele zmienić, ale by robić to w szerszej skali, potrzeba
innych środków. Stąd mój pomysł, by zmienić władzę w mieście. Oczywiście, nie
mogę przewidzieć, jaki będzie tego rezultat. Nie zamierzam jednak porzucać
Legnicy. Udało nam się stworzyć tutaj wyjątkowy świat i nie mogę pozwolić, by
ktoś to zniszczył.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Infantylny skrzat, czyli o tym, że w parku nie rosną truskawki
Mało jest w Legnicy osób tak dynamicznych jak Marta
Chmielewska. Teraz jest już na emeryturze, przez wiele lat była dyrektorką podstawówki nr 10, której patronkę, pisarkę
Zofię Kossak, uczyniła tematem swojej działalności społecznej. Założyła
stosowne towarzystwo i od paru lat Jej
idee fixe jest, aby jeden z legnickich zaułków (przesmyków) wziął imię od
Skrzata Kacperka, bohatera jednej z książek Kossak. O ile wiem, już kilka razy o
to wnioskowała, w tym roku po raz kolejny i wydawało się, że wszystko skończy
się dobrze, bo komisja od nazw pozytywnie zaopiniowała projekt. Ale to nie
wystarczyło. Radni po ponoć burzliwej dyskusji odrzucili ten pomysł, ale jeden z przeważających argumentów brzmiał: to infantylna nazwa…Powiedzieć, że ręce
opadają to nic nie powiedzieć. Autorem tegoż argumentu był radny Jan Kurowski, wybrany z list PIS-u, teraz niezależny. Jak widać niezależny także od
zdrowego rozsądku.
W grudniu 2012 roku, po niezmiernie udanym projekcie
artystyczno-społecznym „Dziękujemy Bitlesom!”, zebraliśmy ponad 300 podpisów pod
apelem, aby jeden z fragmentów legnickiego parku nazwać „Truskawkowe pole”, od
słynnej piosenki Bitelsów „Strawberry fields”. Nasz apel zginał w przepastnych
szufladach Magistratu, który nie odpisał nawet „pocałujcie mnie gdzieś”, co
mnie specjalnie nie dziwi. Natomiast zadziwiła mnie reakcja jednego z radnych
(tym razem z litości przemilczę nazwisko). Kiedy opowiadałem mu o tym problemie
przerwał mi i zafrasowany rzekł: „No tak, wszystko ok. ale przecież w parku nie
rosną truskawki”. Tak, w parku nie rosną truskawki, a od radnych nie wymaga się
znajomości historii muzyki. Ale zdrowy rozsądek by się przydał, prawda?
Ci sami radni, którzy brzydzą się Skrzatem
Kacperkiem, podumali, podumali, pomajstrowali przy nazwie pewnego placu i
wymyślili, uwaga, Plac Ofiar Niemieckich Hitlerowskich Obozów Koncentracyjnych.
Pytanie z nagrodą: czy ktoś z Was chciałby mieszkać przy placu o takiej nazwie,
jak taką nazwę wpisać np. meldując się w hotelu? Ale legniccy radni widać nie
podróżują. A Polska ma znowu ubaw z Legnicy.
W Teleexpressie już było. Przykre.
Subskrybuj:
Posty (Atom)