środa, 4 czerwca 2014

Czarodziejski Mardin (2)


Po spektaklu,  2 czerwca, około północy, jemy z Mehmetem, jego przyjaciółką, Gosią i Władkiem lody w najlepszej lokalnej cukierni, w której nasz gospodarz oczywiście zna wszystkich,  także papugę, będącą ozdobą lokalu. Na szybie lokalu wisi plakat „Łemko” i o to zdjęcie Mehmet się dopytuje, czy jest prawdziwe, kto na nim jest. Mówi, że jest bije z niego taki dramat, który jest ponad lokalny, ponadłemkowski, że jak się w niego długo wpatruje,  to chce mu się płakać. Na swoim facebooku śledzi pierwsze komentarze po spektaklu:  „fantastyczne, nie zawiodłam się”, „wróciłam do domu i nadal mam pod powiekami obrazy ze spektaklu”. Rozmawiamy o legnicko-mardińskim przymierzu, o przyjeździe aktorów teatru Mehmeta na dwutygodniowe warsztaty w Legnicy.  Patrzę na to kamienne miasto i na otaczające go piaski pustyni i na pewno wiem, że tu wrócimy. 

Czarodziejski Mardin (1)


Pisze ten wpis w autobusie z Mardinu do Ankary, 1200 km po fantastycznych tureckich autostradach w 13 godzin. Kończymy naszą turecką wyprawę. Po Antalyi przyszła Ankara, stolica, której jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było. Miasto zbudowane od podstaw przez Ojca Turków, z fragmentem udawanego starego miasta, plastikowe, na pokaz, stolica instytucji. Gramy tutaj,  bo nasze plany pokazania „Łemko”  w Izmirze, „mieście pogan”, upadły – od naszej grudniowej wizyty zmieniła się dyrekcja w tamtejszym teatrze i jedna dyrekcja nie przekazała drugiej ustaleń etc. Uratowała nas centralizacja władzy teatralnej w Turcji. Mustafa Kurt, dyrektor Państwowych Teatrów w Turcji rządzi wszystkimi teatrami w kraju. Kiedy padł Izmir, przytulono nas w Ankarze i tak na scenie  teatru Akün zagraliśmy 31 maja jeden z najlepszych spektakli w historii „Łemko” i w dziejach naszego teatru w ogóle. Zjawiskowy, miejscami zagrany genialnie, w którym wszystko się układało perfekcyjnie , ze świetnymi rytmami.  Na szczęście cały spektakl nagraliśmy,  więc sami się przekonacie. Na widowni branżowa publiczność, wielu młodych ludzi, w tym  studentów wydziałów aktorskich, obok mnie dramaturżka lokalnego teatru, roześmiana i wzruszona. Podobnie jak w Antalyi część widowni wstała, po spektaklu gratulowano nam podjęcia tematu („mamy w Turcji takie same problemy narodowościowe”, to nie był pojedynczy głos),  świetnego zespołu, dopytywano o muzykę, gdybyśmy mieli płyty z nią,  przynajmniej kilkanaście poszłoby. Najważniejsze jednak, że trafiliśmy z opowieścią. Mogliśmy do Turcji pojechać z „Otello”, którego historię wszyscy znają, wybraliśmy „Łemko” – bo to nasz legnicki spektakl, opowiadający ważną dla nas historię. A dobrze wiemy, jak coś jest mocno lokalne, to staje się bardzo uniwersalne. Najpierw trzeba pokochać swój powiat, żeby pokochać ojczyznę, powtarzam za Lwem Tołstojem.

Po Ankarze lot do Mardinu. Byliśmy tu już w grudniu z Gosią, podczas wizyty dokumentacyjnej i zakochaliśmy się w tym mieście miłością spontaniczną. Mardin to pomysł  koordynatora naszej wyprawy, turkologa z Warszawy, Władka Chilmona. Szło nam wspólnie o to, żeby dotrzeć do różnorodnej Turcji, także tej w Polsce nie znanej. A Mardin to fantastyczne,  kamienne miasto w południowo- wschodniej Turcji, 10- 15 kilometrów od granicy syryjskiej, otoczone zewsząd pustynią. W samym mieście żyje 140 tys. ludzi, w tym 80% Kurdów, w aglomeracji (okręgu)  jest 750 tys. mieszkańców.  Po 25 latach dobijania się o tożsamość ostatnie wybory na burmistrza wygrał reprezentant partii kurdyjskiej. Nasz spektakl organizuje także Kurd, Mehmet Vejsi Bora, trzydziestoparoletni szef Teatru Artystycznego w Mardin, miłośniczej grupy, która dopiero zaczyna swoją przygodę z teatrem. Na Mehmeta mówią tutaj „Hodża” – nauczyciel, mistrz, znają go wszyscy i on zna wszystkich. Niesamowita jest jego energia, witalność i najzwyczajniejsza na świecie, choć tak rzadko spotykana,  dobroć.  Mehmet jest to człowiekiem – orkiestrą, administruje hotelem, którego działalność inaugurujemy (położonym w  kamiennym,  kilkupiętrowym domu, kiedyś siedzibie jednego z rodów, w czasach współczesnych był to budynek poczty), ma tu udziały w kilku przynajmniej biznesach. Jest także managerem najwyższego człowieka na świecie. Sultan Kosen mierzy 251 cm, mieszka we wiosce pod Mardinem.  Był także  widzem naszego spektaklu, po nim gratuluje nam ze sceny, robimy pamiątkowe zdjęcie, jedno z nich wklejam. Przed spektaklem krótko opowiadam jaką pokazuje  on historię. Kiedy kończę,  z widowni podrywa się jedna z kobiet i prostuje, że w Mardinie nie ma żadnych mniejszości narodowych, jest natomiast jeden naród i wiele kultur. Tak myśli poważna część mieszkańców Turcji – że nie ma Kurdów, Ormian, jest jeden naród turecki. Nie zgadzam się z takim sądem.

Po spektaklu,  2 czerwca, około północy, jemy z Mehmetem, jego przyjaciółką, Gosią i Władkiem lody w najlepszej lokalnej cukierni, w której nasz gospodarz oczywiście zna wszystkich,  także papugę, będącą ozdobą lokalu. Na szybie lokalu wisi plakat „Łemko” i o to zdjęcie Mehmet się dopytuje, czy jest prawdziwe, kto na nim jest. Mówi, że jest bije z niego taki dramat, który jest ponad lokalny, ponadłemkowski, że jak się w niego długo wpatruje,  to chce mu się płakać. Na swoim facebooku śledzi pierwsze komentarze po spektaklu:  „fantastyczne, nie zawiodłam się”, „wróciłam do domu i nadal mam pod powiekami obrazy ze spektaklu”. Rozmawiamy o legnicko-mardińskim przymierzu, o przyjeździe aktorów teatru Mehmeta na dwutygodniowe warsztaty w Legnicy.  Patrzę na to kamienne miasto i na otaczające go piaski pustyni i na pewno wiem, że tu wrócimy. 

niedziela, 1 czerwca 2014

Krzakowski ściga się z Gomułką

Kiedy w końcu lat 60-tych w systematyczny sposób burzono zabytkowe śródmieście Legnicy czyniono to, można tak powiedzieć, z pobudek głęboko ideowych. Otóż I sekretarz KC PZPR, Władysław Gomułka, „Wiesław”, nakazał niszczenie śladów niemieckich na Ziemiach Odzyskanych. Robiono to pod pretekstem złego stanu technicznego, co było poniekąd  prawdą. Przez 20 lat po wojnie nie dbano o starą Legnicę, nie było to modne…Ale tak naprawdę to zdecydowała idea: niemieckiej Legnicy powiedziano precz i w ten sposób zamordowane serce miasta. Zamiast zabytkowych kamienic postawiono ponure bloki, symbol gomułkowskiej „małej stabilizacji”. Kiedy ogląda się zdjęcia z tamtej zagłady, wrażenie jest porażające. Tak jak wyobraźnia burzących, jeden ze spychaczy zaangażowanych w akcję nazwano „Rudy”… – było to już po premierze serialu o Janku Kosie.

Obecnie nam panujący prezydent Legnicy, Tadeusz Krzakowski,  nie burzy Legnicy z powodów ideowych. Ekipa rządząca miastem nie wyznaje żadnej idei, tylko czystą pragmatykę: administruje miastem od poniedziałku do piątku. Budynki na Zakaczawiu i nie tylko burzy się,  bo nie ma żadnego pomysłu ich wykorzystanie, a zły stan techniczny - tak jak dla ludzi Gomułki - jest świetnym pretekstem. To swoiste przyzwolenie Ratusza na degradację starych, świadczących o dziedzictwie miasta,  budynków jest dojmujące. Nie robi się dokładnie NIC w kierunku, aby je ratować. Milczenie Ratusza w sprawie planów wyburzenia przez PKP byłego kina „Kolejarz” jest skandalem.
15 lat temu legnicki teatr zrobił wszystko, aby miejsce to uratować, przywrócić mieszkańcom. „Ballada o Zakaczawiu”  rozsławiła dzielnicę i byłe kino na cały świat. Proponowaliśmy poprzednikowi Krzakowskiego stworzenie tam filii MDK,  bo zakaczwskie dzieci i młodzież wychowują się na ulicy. W odpowiedzi na debacie, zorganizowanej w stołówce ks. Gacka, usłyszeliśmy wypowiedź wiceprezydenta Legnicy, Janusza Ostrówki:  „Traktujemy Zakaczawie tak  jak każdą inną dzielnicę Legnicy”. Na te słowa wtedy, w 2000 roku, wszyscy zebrani wybuchnęli  śmiechem. Teraz, z perspektywy blisko 15 lat, słowa te brzmią  jeszcze bardziej ponuro. Nie robimy nic z miastem, nie robimy nic z Zakaczawiem.

środa, 28 maja 2014

Turcy się dziwią


Na warsztatach w Antalyi, razem z Pawłem Palcatem, opowiadamy o naszym legnickim doświadczeniu, o „Teatrze, którego Sceną jest Miasto, o graniu w tzw. ruinach, o walce z lokalną władzą o zdegradowane przestrzenie i widzę zdziwienie na twarzach uczestników, a raczej uczestniczek,  bo przyszły same kobiety (skąd my to znamy? Z Polski!).

Po pierwsze: w Antalyi nie ma ruin, to współczesne, na wskroś nowoczesne miasto, nastawione na turystykę i rozrywkę. Są tu ślady przeszłości, brama cesarza Hadriana, stare miasto, jest i jedna „ruina”, którą Gosia Bulanda wypatrzyła już w grudniu, kiedy byliśmy tu z wizytą dokumentacyjną. To stary,  olbrzymi dom ormiańskiego kupca z zachowanym w części umeblowaniem, ze sporym ogrodem. Idealna „ruina” wg legnickiego modelu. Na sprzedaż za milion euro (albo dwa), nie pamiętamy, a ogłoszenie zniknęło z frontu domu.

Po drugie: takie spory  artystyczne i społeczne, jakie toczymy z lokalną władzą w Legnicy,  byłyby w Turcji nie do pomyślenia. Tutaj większość życia społecznego i kulturalnego podporządkowane jest władzy, prezydent Krzakowski czułby się tu  świetnie. Państwowe teatry mają swoją centralną dyrekcję w Ankarze, teatr w Antalyi musi dostać zgodę na wszelkie swoje działania. Na wczorajszym „Łemko” gościł lokalny valik (mniej więcej odpowiednik naszego wojewody). Przybył w otoczeniu ochraniarzy, którzy nerwowo zareagowali na strzały (z broni hukowej) jakie Ukrainka – Kasia Dworak i Ukrainiec – Grześ Wojdon – oddają w spektaklu. Na brawach fotografowie rzucili się robić zdjęcia nie aktorom, ale pierwszemu rzędowi, gdzie siedział valik i goście…To akurat znamy z Polski.

Już pisałem na facebooku, że spektakl został bardzo dobrze przyjęty, mimo, że nie jest najłatwiejszy w odbiorze, widzowie muszą cały czas podążać za akcją i za napisami, których nie jest mało. Mówiono nam o wielkiej sile spektaklu, o mocy, o świetnej muzyce wykonywanej na żywo, zazdrościli nam tańców i dziwili się, że w Polsce tańce ludowe to skansen, nikt właściwie ich nie tańczy. Opowiadali nam o swojej wielonarodowej historii i konfrontowali ją z naszą opowieścią.

Kiedy na warsztatach opowiadałem o teatrze, który zmienia świat dostałem brawa. Myślę, ze w każdym świecie, nawet tak scentralizowanym jak Turcja, jest tęsknota za wolnością, za swoboda. 31 maja i 1 czerwca w większych miastach w Turcji planowane są przez opozycję demonstracje w rocznicę pacyfikacji okupujących  park Gazi. Byli wtedy zabici i ranni. W sobotę lecimy do Mardinu, w niedzielę mamy tam montaż. Mardin to wschodnia, azjatycka Turcja. Nie sądzę, żeby nas dogoniły tam demonstracje. Poza wszystkim widać, że teatr to rzecz w Turcji mocno niszowa, w milionowej Antalyi są raptem dwa teatry, w milionowym Mardinie ani jednego.


W poniedziałek doszła nas tu wieść o śmierci kina i domu kultury Kolejarz, który czeka planowane wyburzenie. W następnym wpisie napiszę wiec o tym jak prezydent Krzakowski stara się w wyburzaniu Legnicy doścignąć - a nawet prześcignąć - sekretarza Gomułkę.  

wtorek, 13 maja 2014

Przystanek Wschód - Zachód


Taką perspektywę widziałbym dla przyszłości Legnicy – budowanie wizerunku miasta miasta wielonarodowgo, wielokulturowego, jednocześnie będącego łącznikiem między Wschodem i Zachodem. Nie ma lepszego miasta, które mogłoby pełnić taka rolę. Dzieje Legnicy są esencją dziejów całego Śląska, modelem losów naszej części Europy. Założona przed niemal tysiącem lat, wchodziła najpierw w obręb państwa Piastów – pierwszych królów Polski. W XIV wieku dostała się pod panowanie czeskie, w XVI – pod austriackich Habsburgów. W wyniku wojen śląskich zajął ją wraz z całą dzielnicą Fryderyk Wielki (1744). Aż do 1945 roku była miastem początkowo pruskim, a następnie od 1871 r. niemieckim. Po II wojnie światowej znalazła się w granicach państwa polskiego.

            Mieszkańcami Legnicy byli ludzie najrozmaitszych narodowości, głównie Niemcy, ale także Polacy, Żydzi, Walonowie, Francuzi i Włosi. Do 1675 r. miastem rządzili książęta z polskiej dynastii Piastów. Powojenne miasto, z którego wysiedlono dotychczasowych mieszkańców, zapełniło się międzynarodową mieszanką: obok resztek Niemców zamieszkali Polacy, Francuzi, Włosi, Grecy, Żydzi, Cyganie, Ukraińcy, Łemkowie. Najliczniejszą mniejszością byli jednak Rosjanie i inni obywatele ZSRR, żołnierze i cywile. Wszyscy ci ludzie tworzyli nową Legnicę.

 W 1993 roku wyjechał stąd ostatni radziecki żołnierz. Od 2000 roku, czyli od premiery Ballady o Zakaczawiu, wielonarodową przeszłością miasta zajął się legnicki teatr. W kolejnych latach powstały takie spektakle, jak Wschody i Zachody Miasta (2003) – sceniczny fresk o dziejach miasta w XX wieku z perspektywy teatru, oraz Łemko (2007) – opowieść o uciemiężonym narodzie górali beskidzkich, którzy, wypędzeni z ojczyzny, swój nowy dom znaleźli m.in. w Legnicy i jej okolicach. Są to opowieści, które, wskrzeszając dawny świat, przywracają miastu pamięć i budują jego nową tożsamość. Ale dokonania legnickiej sceny nie ograniczają się do przedstawień „lokalnych”. Powstają tu również takie spektakle, jak Palę Rosję – opowieść syberyjska (2009), gdzie sondując równocześnie przeszłość i teraźniejszość, próbuje się ukazać całe skomplikowanie stosunków polsko-rosyjskich (w 2009 roku spektakl odbył tournee po Rosji, pokazywano go m.in. w Moskwie, Włodzimierzu i miastach Syberii). Teatr jest również organizatorem takich społecznych przedsięwzięć, jak Wielki Zjazd Legniczan, który na kilka dni 2004 roku zgromadził legniczan różnych narodowości, zamieszkujących dziś praktycznie cały świat, oraz „20 lat po” – artystyczno-społeczny projekt, obejmujący spektakl, pokaz filmu, konferencję i rozmaite spotkania, do których pretekstem stała się dwudziesta rocznica wyjścia byłej Armii Radzieckiej z Legnicy i Polski.

Kreowany przez nasz teatr Ośrodek Nowy Świat (w tym celu chcemy zrewitalizować salę teatralną i kamienicę przy ul. Nowy Świat 19), miejsce spotkań młodzieży z krajów związanych swą historią z Legnicą, ma być właśnie takim przystankiem między Wschodem i Zachodem. Wynikające z tego korzyści promocyjne dla naszego miasta byłyby nie do przecenienia. Ale do tego potrzeba odważnych decyzji Ratusza, a nie zaściankowego administrowania miastem.

                                                             


niedziela, 4 maja 2014

Fragment pewnej rozmowy


Pewnie nie wszyscy czytelnicy mojego blogu studiują branżowe portale teatralne, w tym najlepszy z nich, teatralny.pl, gdzie niedawno (23 kwietnia) ukazał się wywiad ze mną (pt. „Tęsknię za walką”), który przeprowadziła Jolanta Kowalska. Ponieważ mówią tam o Legnicy nie tylko teatralnej, o tym, co było i co będzie, przytaczam dla zachęty fragment tej rozmowy.  

Jolanta Kowalska - Ile razy zwalniałeś z pracy prezydenta miasta?

Jacek Głomb - To raczej on mnie zwalniał.

Nie pozostawałeś dłużny zwierzchnikom.

Jak dotąd cztery razy próbowano mnie zwolnić, czyli wszczęto służącą do tego procedurę formalno-prawną.

Ale oddawałeś te policzki władzy.

Oddawałem, bo jeśli się robi teatr ostro komentujący świat, to nie można się uchylać od tematów niewygodnych dla władzy.

W jakich okolicznościach zdarzały ci się konflikty z miejscową władzą?

My nigdy nie chcieliśmy być dworscy. Władza zawsze, a ta wybrana w bezpośrednich wyborach w szczególności, chce sobie podporządkować wszystkie podległe jej instytucje. My chcemy służyć obywatelom, nie władzy, więc mówimy o rzeczach ważnych dla Legnicy. To nie zawsze wzbudzało entuzjazm urzędników. W Balladzie o Zakaczawiu pokazaliśmy zrujnowane miasto. Władza przyszła i powiedziała, że to nie w jest porządku, bo należy promować piękną, nowoczesną i rozwojową Legnicę, a wy nam tu pokazujecie jakieś rudery. Władza też lubi wykorzystywać teatr do własnych celów. Pamiętam taką sytuację, gdy prezydent Tadeusz Krzakowski objął władzę w mieście i jacyś biznesmeni wymyślili, że zrobią koncert charytatywny w teatrze. Prezydent ze swoją zastępczynią też mieli wystąpić z popisem muzycznym. Dałem im salę, usiadłem na balkonie i zobaczyłem zwyczajną hucpę. Uznałem, że takie rzeczy nie powinny mieć miejsca w teatrze. Po tygodniu zadzwoniła do mnie pani wiceprezydent i powiedziała, że chcieliby to powtórzyć. Odmówiłem i oświadczyłem wprost, że nie akceptuję takiej chałtury. To się oczywiście nie spodobało, oni nie mogli zrozumieć, jak mogę zabronić panu prezydentowi „zagrać” na kontrabasie, a pani prezydent robić głupie miny. Od tego momentu zaczęły się napięcia. Pojawiły się zarzuty o mnożeniu kosztów, graniu poza budynkiem, ograniczaniu miejsc na widowni. Oczywiście wszystkie te brednie obaliliśmy, przedstawiając odpowiednie statystyki.

Idea teatru lokalnego nie trafiała do lokalnych władz?

Nie, gdyby ta idea trafiała tu na podatny grunt, to nie zawieszałbym festiwalu „Miasto”. Naszą intencją było odzyskanie dla Legnicy ciekawych, zrujnowanych obiektów poprzez teatr. Temu miał służyć festiwal, który wyprowadziliśmy w przestrzeń miasta. Niestety, władze nie zrobiły nic (i dalej nie robią), by uratować te niszczejące budynki. Teraz kieruję walkę na inne tory i będziemy próbowali „odbić” miasto. Chodzi o to, by listopadowe wybory samorządowe doprowadziły do zmiany obecnej ekipy, bo w Legnicy panuje zastój i marazm. Zaangażowałem się w budowę listy obywatelskiej, która być może sprawi, że „pan od kontrabasu” zakończy pracę w Urzędzie Miasta. Mogę powiedzieć również, że sam nie będę startował w wyborach na prezydenta Legnicy, jak niektórzy sądzą. Uznałem, że to, co robię w teatrze, jest zbyt ważne, by z tego zrezygnować. Będę wspierał jednak konkretnego kandydata i skupioną wokół niego grupę osób.

Czy Jacek Głomb nie za długo siedzi w Legnicy?

Rozważałem różne propozycje z innych miast, jednak uznałem, że coś tutaj udało mi się zbudować. Coś więcej niż teatr. Zbudowałem to krwią, potem i łzami. I pewnego dnia mam to oddać komuś przypadkowemu, który to zniszczy? Albo jakiejś władzy, która wreszcie będzie mogła sprawić sobie teatr z Wesołą wdówką? Nie, jestem uparty. Jeśli ktoś mnie wreszcie zechce wywalić, to mnie wywali. Mam kontrakt do roku 2017 i nie zamierzam odchodzić.

A jak z polityką? Nie masz już żadnych planów?

Ja nie odróżniam polityki od działalności społecznej. Polityka jest formą służby publicznej. Jeśli chce się naprawiać świat, to trzeba mieć odpowiednie narzędzia. Teatrem oczywiście też da się wiele zmienić, ale by robić to w szerszej skali, potrzeba innych środków. Stąd mój pomysł, by zmienić władzę w mieście. Oczywiście, nie mogę przewidzieć, jaki będzie tego rezultat. Nie zamierzam jednak porzucać Legnicy. Udało nam się stworzyć tutaj wyjątkowy świat i nie mogę pozwolić, by ktoś to zniszczył.


niedziela, 13 kwietnia 2014

Infantylny skrzat, czyli o tym, że w parku nie rosną truskawki


Mało jest w Legnicy osób tak dynamicznych jak Marta Chmielewska. Teraz jest już na emeryturze, przez wiele lat była dyrektorką  podstawówki nr 10, której patronkę, pisarkę Zofię Kossak, uczyniła tematem swojej działalności społecznej. Założyła stosowne towarzystwo i od paru lat  Jej idee fixe jest, aby jeden z legnickich zaułków (przesmyków) wziął imię od Skrzata Kacperka, bohatera jednej z książek Kossak. O ile wiem, już kilka razy o to wnioskowała, w tym roku po raz kolejny i wydawało się, że wszystko skończy się dobrze, bo komisja od nazw pozytywnie zaopiniowała projekt. Ale to nie wystarczyło. Radni po ponoć burzliwej dyskusji odrzucili ten pomysł, ale jeden z przeważających argumentów brzmiał: to infantylna nazwa…Powiedzieć, że ręce opadają to nic nie powiedzieć. Autorem tegoż argumentu był radny Jan Kurowski, wybrany z list PIS-u, teraz niezależny. Jak widać niezależny także od zdrowego rozsądku.

W grudniu 2012 roku, po niezmiernie udanym projekcie artystyczno-społecznym „Dziękujemy Bitlesom!”,  zebraliśmy ponad 300 podpisów pod apelem, aby jeden z fragmentów legnickiego parku nazwać „Truskawkowe pole”, od słynnej piosenki Bitelsów „Strawberry fields”. Nasz apel zginał w przepastnych szufladach Magistratu, który nie odpisał nawet „pocałujcie mnie gdzieś”, co mnie specjalnie nie dziwi. Natomiast zadziwiła mnie reakcja jednego z radnych (tym razem z litości przemilczę nazwisko). Kiedy opowiadałem mu o tym problemie przerwał mi i zafrasowany rzekł: „No tak, wszystko ok. ale przecież w parku nie rosną truskawki”. Tak, w parku nie rosną truskawki, a od radnych nie wymaga się znajomości historii muzyki. Ale zdrowy rozsądek by się przydał, prawda?


Ci sami radni, którzy brzydzą się Skrzatem Kacperkiem,  podumali, podumali, pomajstrowali przy nazwie pewnego placu i wymyślili, uwaga, Plac Ofiar Niemieckich Hitlerowskich Obozów Koncentracyjnych. Pytanie z nagrodą: czy ktoś z Was chciałby mieszkać przy placu o takiej nazwie, jak taką nazwę wpisać np. meldując się w hotelu? Ale legniccy radni widać nie podróżują. A Polska ma znowu ubaw z Legnicy. 
W Teleexpressie już było. Przykre.