wtorek, 3 kwietnia 2012

Nasz nieskazitelny świat

W hurraoptymizmie podpisywania petycji tak skonstruowanych, że trudno ich nie podpisać, w matni walki przeciwko wspólnemu wrogowi, w słodkim poczuciu, że teatr w końcu mówi jednym głosem – w tych wszystkich skrajnych i bojowych emocjach łatwo zatracić ostrość spojrzenia.

Część naszego Towarzystwa podpisała protest „Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem”, wszyscy zgadzamy się przynajmniej z częścią zawartych w nim postulatów. Wedle mody na tłumaczenie się, dlaczego popieramy:

 bo absurdalne jest siedzenie przy jednym stole z tzw. „organizatorem” i pokorne przekonywanie go, że powinien bardziej wspierać kulturę, kiedy ma się pewność, że ten nie rozumie nawet nikłego procentu naszej roboty
 bo przykre jest, że w teatrach pracują wykształceni, zaangażowani i zdolni ludzie, którym dyrektorzy płacą głodowe pensje, nie ze skąpstwa czy braku docenienia, tylko dlatego, że podwyżka o 200 zł. poważnie obciąża budżet wiecznie niedofinansowanej instytucji
 bo poniżające jest, że dyrektor zaradny, pozyskujący środki i odwalający kawał artystycznej roboty musi wciąż przepraszać twórców za spóźnienia w płatnościach, gdyż dotacje wystarczają mu na prąd, czynsz i podstawowe pensje. I że twórcy ci przez takie opóźnienia mają poważne problemy z opłaceniem rachunków
 bo niesprawiedliwe jest, że odpowiedzialnością za zachwianą płynność finansową obciąża się tego dyrektora, a nie tych, którzy go na takie warunki pracy skazali
 bo niedopuszczalne jest, że publicznie lansuje się pogląd, jakoby kultura była zbędnym luksusem, gadżetem z którego czasami można korzystać, kiedy już wydało się wystarczającą kwotę na wszystkie inne sfery życia

W skrócie – bo system finansowania i organizowania kultury jest chory. Ale z głupoty jest chory, a nie z jakiegoś odgórnego tajnego planu wyburzenia wszystkich świątyń sztuki. Z głupoty, braku wrażliwości i uśpienia potrzeb wyższych urzędników. Tak jak decydenci nie są złym smokiem, który tylko czeka, aby nas pożreć, tak i świat teatru nie jest kolorową bajką, a wszyscy dyrektorzy nieskazitelnymi książętami. I jak to z masowymi protestami bywa – to co dla jednych jest walką o pryncypia, dla innych staje się maską kryjącą oblicze nie pierwszej świeżości.

Nie zawsze i nie tylko urzędnicy są winni zapaści finansowej teatrów. W imię krzewienia kultury, wolności artystycznej i innowacyjnej koncepcji spektaklu wyrzuca się w błoto tysiące złotych. Czy zrezygnowanie ze skomponowanej, nagranej i opłaconej muzyki podczas drugiej generalnej jest przejawem wolności twórczej czy niegospodarności? A wycofanie kosztownych elementów scenografii tuż przed premierą? A jak racjonalnie wytłumaczyć, że honoraria twórców potrafią być dziesięć razy większe w jednym teatrze w stosunku do teatru drugiego – i to nie zawsze na linii Warszawa – reszta świata? Dlaczego jednym twórcom płaci się 5 razy więcej za próbę wznowieniową niż innym? Jaki jest sens robienia festiwali za miliony, kiedy można je zrobić kilka razy taniej i zaprosić tyle samo widzów przy podobnym, jeśli nie lepszym poziomie artystycznym? Czy aby na pewno wszystkie opowieści o rozrzutności snujące się po garderobach i bufetach, pracowniach i na bankietach powinniśmy między bajki włożyć? To, że kultury nie da się przeliczyć na pieniądze nie oznacza, że pieniędzy przeznaczonych na kulturę nie trzeba racjonalnie i odpowiedzialnie wydawać. Jeśli ktoś ma nam ochotę zarzucić, że tymi słowami dajemy argument urzędniczemu ciemnogrodowi, możemy tylko apelować o trzeźwe spojrzenie na własny ogródek. Zwalczanie hipokryzji także jest powinnością ludzi kultury.

Towarzystwo Kontrrewolucyjne

środa, 28 marca 2012

Czekając na menadżera

Nasze Towarzystwo (w sporej części) przeszło swoje z urzędnikami wszelkiej maści. Były historie zabawne, jak ta o pewnym sympatycznym skądinąd wojewodzie, który sugerował, żeby Szekspira zagrać szybciej – żeby goszczący w prowincjonalnym grodzie premier zdążył zobaczyć. Często bywało poważniej, jak w tej opowieści o prezydencie miasta, który z dyrektorem teatru postanowił „rozmawiać” poprzez prokuratora i rzecznika dyscypliny finansów publicznych. Generalnie jednakże wszystko mieściło się w jakiejś szeroko pojętej normie i urzędnik - jeśli nawet miewał pomysły - to czuł respekt przed artystą, to znaczy nie zakładał z góry, że on jeden wie, gdzie jest ukryta Bursztynowa Komnata, a pogłoski, że jest ona gdzie indziej, są nieprawdziwe, niesłuszne i w ogóle.

Tak było. Ale czasy się zmieniły. Nieśmiało suponujemy, że przyczyniła się do tego demokratyzacja życia publicznego i bezpośrednie wybory prezydentów w miastach z teatrami. Owi prezydenci, wybierani często kadencja za kadencją (właściwie dożywotni) nie są już urzędnikami służącymi lokalnym społecznościom, ale bogami, królami, carami, otoczonymi świtą, dworem, który składa władcy hołdy i realizuje każdy, nawet kompletnie abstrakcyjny i absurdalny projekt. Ostatnio moda jest na menadżera, który uzdrowi nasz kryzysowy teatr. O tym menadżerze, co ma uzdrowić polski teatr, słyszymy od lat ponad dziesięciu lat. I wypatrujemy go, a on jakoś nie przychodzi. Jak Godot.

Niejasno podejrzewamy, że nie chodzi tu o żadnego menadżera, ale o komisarza, który będzie czuwał nad nieprawomyślnymi artystami i poskramiał ich rzekomą ekonomiczną nieodpowiedzialność. Oczywiście, nie wszyscy dyrektorzy umieją wydawać pieniądze, tak jak nie wszyscy urzędnicy biegle mówią czterema językami. Ale większość szefów teatrów pcha jednak ten teatralny wózek z pełną determinacją i przecież nie dla pieniędzy czy kariery (nasi koledzy filmowcy nie mogą się nadziwić naszej teatralnej biedzie i najczęściej pukają się w czoło…), ale z miłości. To jednak taka kategoria, której urzędnik raczej nie pojmie, bo urzędnik i miłość raczej w parze nie chodzą.

Powie ktoś, że powyższej tezie o wpływie bezpośrednich wyborów prezydenckich na sytuację polskich teatrów zaprzecza tzw. plan Mołonia, który przecież narodził się w kolegialnym zarządzie województwa dolnośląskiego. Ale po pierwsze, z naszej wiedzy wynika, że był to autorski pomysł najsławniejszego obecnie wicemarszałka w Polsce. A po drugie, wyjątek przecież potwierdza regułę.

Fantastyczne jest, że ta „menadżerska plaga” połączyła mocno podzielone środowisko teatralne, że słynny już list podpisali i rewolucjoniści, i kontrrewolucjoniści, że każdy dzień przynosi konkretne gesty solidarności. Z niepokojem jednak patrzymy w przyszłość polskiego teatru. Urzędnicy się nie zmienią, będzie więc jeszcze „ciekawiej”, co niczym czterogłowa Kasandra wieszczymy, wspierając się znajomością historii teatru i polityki.

Towarzystwo Kontrrewolucyjne

środa, 21 marca 2012

Dzieje pewnego teatru

Jako kontrrewolucjoniści od czasu do czasu zerkamy w przeszłość. Nie wydaje nam się wprawdzie, że kiedyś było wyłącznie lepiej, ludzie czytali książki, słuchali jak jeden mąż muzyki poważnej i kochali greckie tragedie, że dzieci były grzeczne i karne, a dorośli dobrze wychowani. Patrzymy jednak z poczuciem, że czegoś możemy się od tej przeszłości, od tamtych ludzi nauczyć.

Postanowiliśmy więc zerknąć na dzieje sceny w najbliższej naszym sercom Legnicy, by przypomnieć sobie, jak wieki temu rozwiązywano pewne problemy, które pojawiają się między ludźmi niezależnie od epoki. Początki teatru w Legnicy giną wprawdzie w mroku dziejów, ale już pierwsze uchwytne ślady legnickiego życia teatralnego, które pojawiają się w początkach XVII stulecia w postaci wystawnego teatru jezuickiego, przynoszą nader interesujący szczegół – owe bogate inscenizacyjnie, nowoczesne spektakle, w których używano efektów świetlnych, latających maszyn, kunsztownie malowanych kulis i zmyślnych, ruchomych dekoracji, były subsydiowane przez miasto, choć z całą pewnością nie sprowadzano do ich przygotowania słynnych artystów stołecznych. Cóż się dziwić tej łaskawości dla teatru – jeden z rektorów tutejszej Akademii Rycerskiej parał się dramatopisarstwem (napisał między innymi sztukę o radości „Polaków i Ślązaków” z nawrócenia na chrześcijaństwo pod panowaniem Mieszka I), burmistrz zaś był poetą, który stworzył przeszło 400 wierszy.

W tej sytuacji jest też jasne, że gdy w początkach XIX wieku rozbudowującemu się miastu przestała wystarczać Sala Komedii – przybytek Melpomeny w postaci ponurej klitki, zastawionej beczkami z zatęchłą wodą na wypadek pożaru – rajcowie nie pożałowali grosza na nowe miejsce dla sztuki. Za 33 tysiące talarów wynajęto wybitnego architekta Carla Ferdinanda Langhansa, autora świeżo wówczas postawionego gmachu wrocławskiego Teatru Miejskiego (dziś Opery Wrocławskiej). Aby wznieść teatr, zburzono nawet resztki walących się miejskich sukiennic – czy ktoś wyobraża sobie, że dziś w tym celu zrównano by z ziemią galerię handlową? Budowa potężnej struktury trwała dwa lata, choć nie brakowało przeszkód. W wykopie pod fundamenty znaleziono pewną ilość czaszek i kawałków ludzkich kości – okazało się, że nie był to bynajmniej przygotowany przez zapobiegliwego teatromana z przeszłości zapas dekoracji do „Hamleta”, ale pozostałość po niegdysiejszym miejscu kaźni. W trakcie prac z rusztowań spadło kolejno dwóch kierowników budowy. Pierwszy przypłacił to życiem, drugi, ciężko poturbowany, przeżył. Nie wiemy, czy przez resztę życia chodził do teatru, wierzymy jednak, że mimo tak ponurych doświadczeń jego miłość do sztuki nie wygasła. W każdym razie jego przykład nie podziałał odstraszająco: spektakle, których tytuły nie powiedziałyby dziś nic najsumienniejszym historykom, chciały początkowo oglądać takie tłumy, że o pilnowanie porządku przy wejściu trzeba było poprosić żołnierzy. Mimo to w długich kolejkach dochodziło do awantur i wybijania szyb. Po tak mocnym początku teatr przez długie dziesięciolecia nie narzekał na brak zainteresowania publiczności.

Wspominając te incydenty, nie postulujemy ani postawienia przed wejściem do teatru czołgu i armaty (choć może by to i kogoś przyciągnęło – zakazany owoc smakuje lepiej), ani powrotu do drugoligowego repertuaru dziewiętnastego stulecia. Chcielibyśmy tylko sobie i wszystkim wokół przypomnieć, że choć świat tak mocno się zmienił, teatr jest dziś równie ważny jak niegdyś. A przynajmniej może być. Czego (nie tylko na Międzynarodowy Dzień Teatru) Państwu i sobie życzymy.

Towarzystwo Kontrrewolucyjne

środa, 14 marca 2012

Słowa wredne, ałowa złe albo wszyscy jesteście podejrzani!

W niektórych kryminałach złoczyńcy są tak diablo przebiegli i sprawni w usuwaniu śladów swej zbrodni, że najlepsi nawet detektywi nie są w stanie znaleźć tego, co kryminalistyka nazywa „materialnym dowodem przestępstwa”: istniejącej realnie kropli krwi, naskórka czy włosów mordercy pod paznokciami ofiary itd.
Co wówczas pozostaje stróżom prawa? Zagrywka psychologiczna: biorą mianowicie podejrzanego w tzw. krzyżowy ogień pytań i dociskają go, i drążą aż się mu wypsnie nieopatrznie słówko, które go zdradzi.
Podobne strategie śledcze stosuje Nowy Dramat.

Kręci ta Gronkiewiczowa w Tęczowej trybunie, kręci, ściemnia, tropy myli i się zarzeka, a przecież w końcu szydło z worka wychodzi – nikt jej nie będzie uczył, na czym wolność polega, bo ona wie, bo jej pokolenie o tę wolność walczyło – i już wiadomo: żadna z niej demokratka i tyle.
W Wałbrzychu z kolei zdemaskowano rasistę Sienkiewicza i jego niepoprawne politycznie W pustyni i w puszczy. Nasza Liga Morska i Kolonialna specjalnych sukcesów wprawdzie nie odnosiła, ale skoro Europa przeprasza Afrykę, to my też ją przeprosimy. Głupio jakoś tak stać z boku.
Inny przykład: mądra i miła dziewczyna, świetna aktorka wrocławskiego Teatru Polskiego, Anna Ilczuk, próbująca od czasu do czasu swych sił na polu reżyserii, przygotowała polską prapremierę sztuki Wartanowa/Kałużanowa Gay love story.

Tekst tego dokumentalnego dramatu (napisanego w oparciu o wiele golubych, czyli gejowskich czatów z rosyjskiego internetu) reżyserka wzbogaciła o wypowiedzi swych polskich aktorów: aktor – gej mówi o swym największym, dziecięcym jeszcze wstydzie (zwymiotował publicznie, podczas treningu karate, zjedzoną na obiad kaszankę; z jego wnętrza wydobywa się niepowstrzymanie czarna, bezkształtna materia; wszyscy patrzą jak płynie z jego ust na jasny parkiet... Niesamowity, 'lacanowski' obraz!)
Druga inkrustacja: aktorzy – heterycy zostali poproszeni o opowiedzenie o swoim stosunku do gejów. Więc mówią, mówią, mówią... Że nie mają nic do gejów, ale... A kiedy potem, na próbie, słyszą to, co powiedzieli, co zostało nagrane, zmontowane i będzie teraz odtwarzane z offu w trakcie spektaklu – wybucha skandal. Ktoś mówi, że te wypowiedzi są pełne kryptohomofobii!
Opowiadał nam znajomy, jak słuchał tych wypowiedzi na premierze i konstatował z przerażeniem, że on owej homofobii nie dostrzega. Ergo: sam jest homofobem! Jezusie Nazareński, u wszechpolaków skończy czy jak?
Podpytywał potem dyskretnie kogoś, kto zawsze jest au courant, jak homofobia owa u tych podłych heteryków się objawia? I słyszy: A widzisz, ile mówią o swoim stosunku do gejów? Widać wyraźnie, że gej to wciąż dla nich Obcy, Inny...
Mówią, bo poprosiła ich o to pani reżyser – pomyślał sobie po cichu ów znajomy nasz, ale nie taki on znów szalony był, aby myśli te swoje głośno wypowiadać.

Trudno naprawdę znaleźć lepszą ilustrację starego Heglowskiego szlagwortu: „Zło jest w spojrzeniu, które widzi Zło”, niż powyższa historyjka. Oto bowiem żyli, byli aktorzy-heterycy, grali sobie spokojnie, z kim reżyser kazał, gej nie gej, aż im wyciągnięto publicznie kryptohomofobię i się mocno wściekli...
A miało być przecież tak pięknie! Ukryte zło zostaje ujawnione, jego nosiciele pojmują, że na nich pasożytowało i umysły ich truło, odżegnują się tedy od niego pospiesznie i rozpoczynają nowe, szczęśliwe życie tolerancyjnych Europejczyków.

W takich jak wspomniane powyżej gestach artystycznych razi ich powierzchowność i „nieznośna lekkość” ich wykonywania. Starczy sezon albo dwa, aby wyegzorcyzmować jakieś społeczne zło. Sekundująca nowej fali teatralnej Aneta Kyzioł tak oto zapowiada wałbrzyskie W pustyni i w puszczy : „Po rekonkwiście genderowej i queerowej polski teatr ruszył na świętą wojnę z naszym narodowym zadomowieniem w roli ofiary.”
A co w następnym sezonie, gdy z 'postkolonializmem' już się rozprawimy?

Uważamy, że można by pomyśleć o obronie wykluczonej ze społecznego dyskursu milczącej większości masturbujących się. Tym bardziej, że znów jesteśmy w stosunku do Europy pod tym względem do tyłu. Przecież już w 2006 roku odbył się w Londynie pierwszy 'masturbate-a-thon' masowy event podnoszący poziom świadomości społecznej i obalający represyjne tabu. Rekordzista uprawiał miłość własnoręczną blisko 10 godzin! Jakie otchłanie zapomnianego, zepchniętego do kazamat człowieczeństwa musiały tu dojść do głosu! „Masturbując się, czcimy własną seksualność, wrodzoną zdolność odczuwania przyjemności, więc podajmy sobie pomocną dłoń. Masturbacja może być radykalnym gestem, kultura zwalczająca masturbację może też pozbawiać wielu innych wolności osobistych.”
I ble, ble, ble; i pla, pla, pla w obowiązującym, modnym stylu...

Twórcy „sztuki krytycznej”, dramaturdzy zaangażowani, reformatorzy polskiej mentalności i propagatorzy politycznej poprawności tak są zajęci swym zbożnym dziełem czynienia naszego świata lepszym, że nie mają po prostu czasu na zastanowienie się, czemu ich wysiłki tak nikłe i często tak opaczne przynoszą efekty.
A szkoda, gdyż odpowiedź w tej kwestii nie jest znów taka skomplikowana: nasz świat, wbrew temu, co zdają się sądzić Rewolucjoniści, nie składa się jedynie ze Słów. Prócz nich są w nim również Rzeczy. „Ślady materialne”, które ze słowami pozostają w nieprostych relacjach.
Egzorcyzmując jedynie Słowa, nie zmieniamy Rzeczy.

Gdy zakażemy posłowi Suskiemu używania słowa „Murzynek”, będzie wyrażał swą szczerą i głęboką, właściwą „genetycznemu polskiemu patriocie” paternalistyczną pogardę dla czarnucha słowem „deputowany” na przykład.
Powodem nędzy dzisiejszej Afryki Północnej nie jest zapisany w naszej europejskiej świadomości rasizm (albo – nie tylko on i nie przede wszystkim on), ale system dopłat do unijnego rolnictwa, który rozłożył rolnictwo Maghrebu, czyniąc je niekonkurencyjnym i pozbawiając rynków zbytu. Łatwo jest dołożyć dziadkowi Sienkiewiczowi. Ale pójść na polską wieś ze spektaklem w stylu 'Chicanos' i powiedzieć, że biorąc te 60 złotych dopłaty do hektara zabijamy dziecko w Nigrze?... Pójść do polskiego miasta ze spektaklem, z którego wyniknie, że przyjmując za sąsiada Czeczena lub Etiopczyka, dopełniamy etycznego obowiązku na miarę XXI wieku?

Koledzy rewolucjoniści, apelujemy: Kiedy już musicie za coś łapać – nie łapcie za słówka, to potrafi nawet dziecko. Zmagajcie się z Rzeczą: i pospolitą, i każdą inną.


Towarzystwo Kontrrewolucyjne

wtorek, 6 marca 2012

Moda jak panna młoda

Mike Urbaniak w artykule „Modny znaczy przegrany” (we „Wprost”) zamaszystym ruchem swojego pióra zmiata wszystkich „przeciwników” teatru modnego do jednego wora. Kiszą się w nim wspólnie stęsknieni opowieści z wyznawcami narodowych wartości, zwolennicy medialnej równowagi z purytanami, obrońcami krzyża i dewotkami. Duszno nam w tym towarzystwie, więc wychylamy nieśmiało łebki, by pooddychać świeżym powietrzem modnego teatru.

Zadziwiające, że podczas gdy w powszechnym rozumieniu (pomijając pojedyncze, całkiem racjonalne próby obrony) kategoria mody ma konotacje zdecydowanie pejoratywne, środowisko teatralne tak jednoznacznie czyni z niej komplement. Pożyczymy sobie metodę wora. Wedle opinii, które skrupulatnie zestawił Autor artykułu modne to: nowoczesne, aktualne, świeże i docierające do widza, odważne, dobre artystycznie, potrzebne aktorom i jeszcze kilka określeń w podobnym duchu. Nawet jeśli ktoś – jak sugeruje Autor - wstydzi się bycia modnym, wstydzi się cokolwiek nieśmiało. Bo i czego tu się wstydzić? Przecież nie tego, że inni chcą oglądać i nagradzać nasz teatr, przecież nie aprobaty i rozgłosu. Otóż problem jest gdzie indziej, problem w tym, że ten wstyd-niewstyd bardziej skomplikowane ma podłoże. Trochę się nie wstydząc, pytani nie wstydzą się tej strony mody, która kojarzy się z sukcesem, zaradnością i dopasowaniem do rynku (co w rzeczywistości teatru - gdyby do bólu uprościć - oznaczać przecież może dialog z widownią). Wstydząc się trochę, wstydzą się natomiast wszystkiego, co w codziennym użyciu ze słowa „modny” czyni zarzut. Cyniczny, sztucznie nakręcany, odtwórczy, nastawiony na zysk, podcięty, tak by dopasować się do rozległej grupy odbiorców. Bo moda – jak ten medal – niejedną ma stronę. Tyle, że o tej drugiej w odpowiedziach na pytania Urbaniaka jakoś cicho. Pojawia się co prawda takie malutkie „ale” - że moda bywa zwodnicza, bo krótkotrwała – jednak na tyle malutkie, by nie popsuć dobrego nastroju.

Nie chodzi o to, żeby nagle artyści modni kopali stołek, na którym siedzą. Pewnie nas o pogląd taki nikt nie podejrzewa: modzie w przeważającej większości nie są winni artyści! To poza nimi (albo i z nimi, ale bez ich inicjatywy) opisuje się, ustawia, hierarchizuje, kierunkuje i przycina świat teatru na obowiązującą modłę. To im bez cienia sprzeciwu pozwala się powielać i - świadomie lub mniej – włączać siebie w wartki nurt mainstreamu, tak często udającego hardą awangardę. Czy większą winą jest to, że początkujący reżyser Michał Kmiecik dla wyrazistego rozpoczęcia kariery – cynicznie lub nie, nie nam osądzać – kopiuje starszych kolegów (inna sprawa, że niepokojące jest, jak łatwo - bez doświadczenia – tych kolegów kopiować), czy to, że po jednym przedstawieniu zostaje ogłoszony nadzieją polskiego teatru? Czy bardziej winny jest świeżo upieczony absolwent reżyserii, którego głód sceny popycha w stronę pomysłów najatrakcyjniejszych dla dyrekcji teatrów pragnących być modnymi? Czy może jednak dyrekcja, wybierająca z rozmysłem reżysera, który pozwala jej czuć, „że za chwilę będzie bardzo modny”? A może wreszcie krytyka teatralna, która miota się od miasta do miasta, próbując wyczuć, kogo warto wywindować, a kto nie ma szansy, by zostać „rozchwytywanym reżyserem”? A może wreszcie wszyscy po trochu – bo przecież żyjemy w chwiejnym świecie nadmiaru i tylko bezsprzeczna bo irracjonalna kategoria mody jest w stanie uporządkować migotliwe rojowisko współczesnego teatru?

Towarzystwo Kontrrewolucyjne

wtorek, 28 lutego 2012

Drużyna

Specyfika felietonowego okładania się kazałaby nam dziś szczegółowo odpowiedzieć na replikę Artura Pałygi pt. „Ano nie szata!”. Nie mamy już jednak sił tłumaczyć rzeczy elementarnych: czym jest manifest, do czego zobowiązuje jego forma i po co się go pisze. Klarować, że to MY chcemy robić teatr opowiadający, a nie że CAŁY teatr ma taki być itd. Nie ma sensu parafrazować Manifestu – każdy może go sobie przeczytać, porównać z analizą Pałygi i samodzielnie wyciągnąć wnioski. A poza wszystkim nie jesteśmy w stanie wygrać zmagań dowcipem, skoro z drugiej strony padają wyrafinowane żarty w stylu tego o ZOMO (A może to jakaś grupa teatralna? Coś nam umknęło w historii teatru?). Zrobiliśmy więc sobie przerwę w zbawianiu świata i obejrzeliśmy mecz.

Barça wygrała kolejny mecz. W sumie to Messi wygrał sposobem, ale za to jakim! Żałujcie, jeśli nie widzieliście. Jest coś takiego w Barcelonie, że nawet gdy Messi strzela 4 gole w jednym meczu, nie da się o niej mówić inaczej niż „drużyna”, „zespół”. A Real? (Tak, doskonale wiemy, że po wielbicielach sztuki dekompozycji narażamy się teraz wszystkim kibicom Realu, a to dużo poważniejsza sprawa niż jakieś tam przepychanki teatralne). Real, proszę Państwa, ten z Madrytu rzecz jasna, nawet grając ciekawą piłkę stawia na gwiazdy i to gwiazdy wygrywają albo przegrywają mecze (ostatnio częściej wygrywają, co trzeba uczciwie przyznać). Kto jest Barçą, a kto Realem w polskim życiu teatralnym? Quiz dla widza i reżysera - do rozwiązania w domu. My mamy różne typy i choć w naszym Towarzystwie kłócimy się o wiele kwestii – ostatnio np. o Don Kichota (La Mancha leży pomiędzy Madrytem a Barceloną) - nikt z nas Realowi nie kibicował, nie kibicuje i kibicować nie będzie!

Drużyna w teatrze to nie tylko dyrektor bratający się z aktorami – klasyczny przypadek, mający głęboką tradycję, często mocno podlaną spirytualiami… I nie tylko felietonowe Towarzystwa wspólnie oglądające mecze (prawdę mówiąc, część Towarzystwa przy tym zasypia…). To chociażby szef teatru szanujący technikę – takiej tradycji to już ze świecą szukać. To aktorzy przynoszący do teatru własne projekty i uzyskujący przestrzeń do ich realizacji, to spierający się z reżyserami, a nie tylko wykonujący polecenia kompozytorzy i scenografowie, graficy i oświetlacze. To ludzie dyskutujący o swojej pracy również po godzinach, mający poczucie, że robią coś ważnego razem, i uzyskujący w codziennych rozmowach z widzami spotykanymi na ulicach, w autobusach i sklepach potwierdzenie sensu swej roboty. Bo drużyna teatralna nie istnieje bez swojej publiczności – tak jak nie istnieje klub piłkarski bez kibiców.

Drużynowość kojarzy się dziś z sekciarskim charakterem grup, w których aktorzy na boso w koszulach lnianych po łąkach biegają i białym głosem śpiewają hymny do Absolutu. Zna i takie przypadki historia teatru. Ale tu nie taką drużynę postulujemy. „Pracujemy razem, ale żony i lodówki mamy osobne” – mawiają panowie z Teatru Cinema. Naprawdę nie wszyscy muszą się kochać. Może wystarczy, jak przywróci się do życia takie często dziś zapominane słowa, jak: porozumienie, dialog, szacunek, współpraca. A że drużyna nie zawsze wygrywa – cóż, nawet Barcelonie zdarzają się porażki.

Towarzystwo Kontrrewolucyjne


PS. Koledze kontrrewolucyjnemu Krzyśkowi Kopce życzymy szybkiemu powrotu do zdrowia. Po pierwsze dlatego, że go lubimy. Po drugie zaś dlatego, że bez niego musimy pisać kawałek felietonu więcej.

środa, 22 lutego 2012

Nie szata czyni człowieka?

Artur Pałyga w felietonie „A nasze dziewczyny będą nosić sukienki” wyczytuje z naszego Manifestu Kontrrewolucyjnego całą skrzętnie ukrytą obronę strasznych mieszczan, ich zgrzebnych wdzianek i małych rozumków. Wina autorów Manifestu jest oczywista – podobnie godny potępienia jest niejaki Norwid, który przygotował niegdyś szereg chwytliwych wersetów, by komuniści w PRL mogli umieścić je na swych sztandarach.

„Spór, jaki teatr, jest sporem jałowym tak samo, jak spór, jakie powinno się nosić ubrania” – puentuje Autor. Nie sposób nie zadumać się nad samobójczą wręcz szczerością tego zdania. Jeśli każdy ubiór – wyciśnijmy z tej alegorii wszystkie soki – ma takie samo prawo do istnienia, wszelka krytyka jest bezzasadna, ale i jakakolwiek pochwała niemożliwa. Wydaje nam się raczej, że jeśli nie ma granic, nie ma nic. Jeśli forma nie ma w teatrze racji bytu i nie jest nośnikiem treści, ta ostatnia wcale przez to nie zyskuje, nie staje się istotniejsza i lepiej wyeksponowana.

Jeśli treścią spektaklu będzie dokonywanie przez owiniętego w karton aktora półgodzinnego aktu defekacji w rytm muzyki Monteverdiego, z wersetami Księgi Hioba na ustach, w mediach zaś twórcy tego zjawiska, powołując się na uczone traktaty, dokonają egzegezy, jakoby przedstawili w ten sposób ludzki wysiłek istnienia, którego owoc jest niestety zawsze niesatysfakcjonujący, wcale nie będzie to oznaczać, że szlachetne intencje i głębokie przesłanie zostaną przez widownię zrozumiane. A naszym zdaniem kontakt między widownią a twórcami jest koniecznym warunkiem istnienia teatru. Teatr to komunikacja, nie głos wołającego na puszczy. Ignorowanie nierozerwalności sfery treści i formy w teatrze czy w sztuce w ogóle jest swego rodzaju kalectwem. Bo przecież jeśli „jak” nie jest pytaniem równie ważnym jak „co”, sztuka aktorska, reżyserska, scenograficzna i wszystkie inne sfery działania składające się na spektakl nie mają sensu – wystarczy, jeśli pan Zenek z portierni siądzie na krzesełku przed widownią i wyduka kilka zdań z „Odysei”, przeplatając je „Krytyką czystego rozumu”.

Przerzucanie dyskusji z „jak” na „co” – tak jakby kwestia treści w ogóle w Manifeście nie zaistniała – jest daleko idącym uproszczeniem. Inna sprawa, że rozmowa i o „jak”, i o „co” – może odrobinę nieświeża, ale zawsze inspirująca – zdaje nam się tu ściągnięta z sufitu. Podejmujemy ją, bo wywołano nas do tablicy. Ale nie znajdujemy w Manifeście podstaw do jej prowadzenia. Idąc za płodną metaforą Autora – daleko nam do stawiania brudasów pod pręgierzem. My tylko ubolewamy, że zamknięto wszystkie składy z dobrze uszytą odzieżą i – chcąc nie chcąc – wszyscy musimy się ubierać w szmateksach.

„I donośne, i nagłaśniane są głosy, że właśnie taki teatr, tylko taki teatr jest dla ludzi – nic o niczym. I niewykluczone wcale, że nic o niczym wygra” – wieszczy dramatycznie Autor. Sprowadzając dyskusja o teatrze do stylizowanych igraszek, przegramy wszyscy, niezależnie od tego, czy będziemy w płaszczu Prospera czy Konrada, czy w falbankach, czy nago.

Towarzystwo Kontrrewolucyjne