Od dziś współtworzę cotygodniowy felieton na e-teatrze. Nasz manifest kontrrewolucyjny będzie więc miał swoją kontynuację. Koleżance i kolegom z Towarzystwa Kontrewolucyjnego gratuluję determinacji!
Maciej Nowak zaproponował nam trybunę: cotygodniowy felieton w e-teatrze. Fantastycznie! Felieton będzie miał, tak jak nasz Manifest, zbiorowego autora w czterech osobach. Jednak poza ogólnym i szczerze dzielonym przez naszą czwórkę przeświadczeniem, że ostatnio "coś jest nie tak" z polskim teatrem, a zwłaszcza z rozmową o nim, wcale nie jesteśmy jednomyślni.
Jak wiadomo tytułowy paragraf zezwala na zwolnienie z US Army żołnierza, który przyzna, że jest wariatem. Ponieważ jednak prawdziwy wariat nigdy nie przyzna, że jest wariatem, więc ten który twierdzi, że jest wariatem, na pewno nim nie jest i - jako zdrowemu na umyśle - zwolnienie z wojska mu nie przysługuje.
Czy w polskim dyskursie teatralnym można być w opozycji do mainstreamowych poglądów nie narażając się na zarzut, że się jest frustratem? Doświadczenie ostatnich dwóch tygodni pokazuje że raczej nie.
Oczywiście my sami, autorzy Manifestu, jesteśmy sobie winni. Z taką pasją waliliśmy w nasz konstrukt o nazwie "teatr modny", że musiało pojawić się podejrzenie: O! Tak się zacietrzewiają, bo ich już nikt na rękach nie nosi. Ach! Szanowne Panie, Szanowni Panowie, gdybyż to tylko o frustrację chodziło! O tę zawiść i żółć, która nas zalewa tak, że nie możemy wyjść rano z domu bez grubej warstwy maskującego podkładu. Gdyby jedyną przyczyną naszego ekscesu było niedopieszczenie i niedobór laurów! Tymczasem prawda jest daleko bardziej bolesna, a nawet - nie bójmy się tego słowa - wstydliwa. Szkoda by ją było przeoczyć, rozdając sobie osobiste przytyczki i zanudzając ludzi branżowym żargonem.
Mamy bowiem wrażenie, że strasznie dużo w dzisiejszych "dyskusjach" teatralnych liczmanów, nieprecyzyjnie czy wręcz bezsensownie używanych pojęć - "dekonstrukcja", "płynna rzeczywistość", "szlachetne niegranie" - które pełnią funkcję magicznych zaklęć, mających w dowolnym bzdecie powołać do życia Inny Wymiar. Tu faktycznie czujemy się frustratami, zwłaszcza jeśli sięgnąć do łacińskiego źródłosłowu - czasownika "frustrare", który znaczy "oszukiwać, zawodzić". Czujemy się i oszukiwani, i zawodzeni. Zgodnie z tradycją przodków zamierzamy więc dać odpór. Jednak poza ogólnym i szczerze dzielonym przez naszą czwórkę przeświadczeniem, że ostatnio "coś jest nie tak" z polskim teatrem, a zwłaszcza z rozmową o nim, wcale nie jesteśmy jednomyślni, gdy idzie o tzw. wartości pozytywne. Nie mamy gotowego, pełnego "programu naprawczego". Tym bardziej czujemy potrzebę pogadania o nim, pospierania się, które nie będzie kopaniem się po kostkach.
Maciej Nowak zaproponował nam trybunę: cotygodniowy felieton w e-teatrze. Fantastycznie!
Felieton będzie miał, tak jak nasz Manifest, zbiorowego autora w czterech osobach. Będą to:
Krzysztof Kopka, ur. 1958. Kiedyś recenzent, drukarz, dziennikarz interwencyjny, bajkopisarz, reżyser, dramaturg, scenarzysta.
Katarzyna Knychalska, ur.1985. Za młoda na kiedyś. Naczelna "nietak!tu", prezeska Fundacji Teatr Nie-Taki. Konsultuje. Coś pisze.
Robert Urbański, ur. 1976. W połowie dramaturg, w połowie scenarzysta, w trzeciej połowie tłumacz. Kierownik literacki legnickiego teatru.
Jacek Głomb, ur. 1964. Ruiniarz, awanturnik, choleryk. Kiedy nie mąci wody na młyn, reżyseruje i dyrektoruje legnickim teatrem.
Chcemy w tych felietonach poważnie pytać o sens, o teatr, o świat.
O to, co się dzieje z warsztatem aktora, gdy spektakle zaczynają przypominać instalacje "sztuki krytycznej". O reżyserskie koncepty, które świetnie wyglądają w kolorowym czasopiśmie, a zgoła inaczej na scenie. O czytanie klasyki, jej używanie i nadużywanie, nowe odczytania czy może zubożenia. O rolę publiczności i porozumienia z nią. O odpowiedzialność twórców. O granice i sensy eksperymentu. O teatr jako kontakt i rozmowę. O "świat nieprzedstawiony" dzisiejszego teatru.
PS1 Panie Pawle, tak samo jak Pan widziałem Lecha Raczaka, gdy usiłował nie dopuścić do pogrzebania Miłosza na Skałce. On mnie nie poznał, bo miałem na głowie perukę i moherowy beret głęboko naciągnięty na oczy, a na dodatek zasłaniałem się plakatem z napisem "Balcerowicz musi odejść!", który mi został z wcześniejszych demonstracji, ale dobrze widziałem, jak Raczak próbował napluć na trumnę i wrzeszczał "Zdrajca, zdrajca", aż póki nie ochrypł! Więc co do spisków - zgoda pełna.
PS2 - PS1 jest Krzysztofa Kopki.
Towarzystwo Kontrrewolucyjne
środa, 15 lutego 2012
poniedziałek, 6 lutego 2012
Ruiny na przetarg
Scena na Kartuskiej idzie pod młotek. Miasto wystawiło na sprzedaż budynek byłego teatru Varietes, który ponad 4 lata ocaliliśmy przed wyburzeniem lokując tam jedną ze scen I Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego "Miasto". W całej tej operacji pn. „Ruiny na przetarg” odnoszę wrażenie urzędniczej gry pozorów. Nie wiem, kto rozsądny kupi tę ruinę za wystawioną kwotę (420 tys. zł netto) ze świadomością kosztów, jakie potrzebne są na remont. Jej zasadnicza wadą jest bowiem nie tylko stan techniczny, ale lokalizacja. Na oazę luksusu, nocny klub dla zamożnych, ani elegancki sklep plus lofty, to miejsce i jego społeczne otoczenie się nie nadają. Ale urzędnik zawsze będzie mógł powiedzieć, że zrobił, co do niego należało - zorganizował przetarg, starał się znaleźć inwestora.... i tak można długo.
Ponizej oświadczenie legnickiego teatru w tej sprawie.
OŚWIADCZENIE
TEATRU MODRZEJEWSKIEJ W LEGNICY
w sprawie zagrożonej przyszłości b. teatru Varietes na Zakaczawiu
Władze Miasta wystawiły na sprzedaż budynek na Zakaczawiu, który od ponad czterech lat służy nam i naszym widzom jako teatralna Scena na Kartuskiej. Od 2007 r. w sali byłego teatru Varietes przy ul. Kartuskiej prowadzimy działalność teatralną (spektakle „Łemko” i „Czas terroru”), ale także – z budżetu Teatru - chronimy obiekt przed dalszą degradacją i zamianą w ruinę.
Decyzja o sprzedaży zapadła bez jakiejkolwiek konsultacji społecznej.
W naszym teatralnym budżecie nie mamy pieniędzy, by przystąpić do komercyjnego przetargu. Nie mamy ich także na konieczny remont tego obiektu. Kilkakrotnie bez powodzenia zwracaliśmy się do władz Miasta o przekazanie nam nieodpłatnie lub za „symboliczną złotówkę” tego zdegradowanego obiektu. Tak, abyśmy jako właściciel mogli zabiegać o zewnętrzne środki (z Unii Europejskiej, z regionalnych funduszy, od sponsorów) na jego rewitalizację z przeznaczeniem na Centrum Edukacji Dzieci i Młodzieży, które jednocześnie pełniłoby rolę dzielnicowej świetlicy, miejsca spotkań i imprez organizowanych dla i przez mieszkańców Zakaczawia.
Nie chcemy tego obiektu dla siebie. Dla projektów teatralnych poza siedzibą Teatru możemy znaleźć inne przestrzenie. Chcemy tego miejsca dla mieszkańców Zakaczawia, którzy odmiennie niż ci z Centrum, Kopernika i Piekar nie mają żadnej placówki o podobnym charakterze i funkcjach. Dlatego wciąż deklarujemy wolę ratowania tego obiektu i działań na rzecz tego, aby służył on mieszkańcom. Apelujemy o publiczną debatę na temat przyszłości byłego teatru Varietes. Prosimy także lokalne media o wsparcie, by zapewnić demokratyczny i uspołeczniony charakter konsultacji, które poprzedzają ważne dla mieszkańców decyzje.
Jacek Głomb, dyrektor Teatru Modrzejewskiej w Legnicy
Legnica, 7 lutego 2012 r.
Ponizej oświadczenie legnickiego teatru w tej sprawie.
OŚWIADCZENIE
TEATRU MODRZEJEWSKIEJ W LEGNICY
w sprawie zagrożonej przyszłości b. teatru Varietes na Zakaczawiu
Władze Miasta wystawiły na sprzedaż budynek na Zakaczawiu, który od ponad czterech lat służy nam i naszym widzom jako teatralna Scena na Kartuskiej. Od 2007 r. w sali byłego teatru Varietes przy ul. Kartuskiej prowadzimy działalność teatralną (spektakle „Łemko” i „Czas terroru”), ale także – z budżetu Teatru - chronimy obiekt przed dalszą degradacją i zamianą w ruinę.
Decyzja o sprzedaży zapadła bez jakiejkolwiek konsultacji społecznej.
W naszym teatralnym budżecie nie mamy pieniędzy, by przystąpić do komercyjnego przetargu. Nie mamy ich także na konieczny remont tego obiektu. Kilkakrotnie bez powodzenia zwracaliśmy się do władz Miasta o przekazanie nam nieodpłatnie lub za „symboliczną złotówkę” tego zdegradowanego obiektu. Tak, abyśmy jako właściciel mogli zabiegać o zewnętrzne środki (z Unii Europejskiej, z regionalnych funduszy, od sponsorów) na jego rewitalizację z przeznaczeniem na Centrum Edukacji Dzieci i Młodzieży, które jednocześnie pełniłoby rolę dzielnicowej świetlicy, miejsca spotkań i imprez organizowanych dla i przez mieszkańców Zakaczawia.
Nie chcemy tego obiektu dla siebie. Dla projektów teatralnych poza siedzibą Teatru możemy znaleźć inne przestrzenie. Chcemy tego miejsca dla mieszkańców Zakaczawia, którzy odmiennie niż ci z Centrum, Kopernika i Piekar nie mają żadnej placówki o podobnym charakterze i funkcjach. Dlatego wciąż deklarujemy wolę ratowania tego obiektu i działań na rzecz tego, aby służył on mieszkańcom. Apelujemy o publiczną debatę na temat przyszłości byłego teatru Varietes. Prosimy także lokalne media o wsparcie, by zapewnić demokratyczny i uspołeczniony charakter konsultacji, które poprzedzają ważne dla mieszkańców decyzje.
Jacek Głomb, dyrektor Teatru Modrzejewskiej w Legnicy
Legnica, 7 lutego 2012 r.
czwartek, 2 lutego 2012
List z Sycylii
"Drogi Jacku
Jestem na Sycylii, w Katanii, gdzie czasem dochodzą wprawdzie spóźnione głosy o rewolucjach na dalekim kontynencie, ale gdzie wszystko (też teatr) trwa, murszejąc i sypiąc się z powodu upływu czasu, spokojnie, na przekór pogróżkom Wulkanu, zdecydowanie głośniejszym niż echa z dalekiej Północy. Jest ciepło, ale trudno połazić po mieście, które fascynuje mnie od 30 lat, bo dziś na przemian pada i leje. Gapię się więc w ekran laptopa, sprawdzając, co słychać w kraju
Przeczytałem kilka polemik w wykonaniu reżyserów płci obojga modnego (z definicji "młody", a tym bardziej "względnie młody" musi nadążać za modą) teatru z Twoim "manifestem kontrrewolucyjnym". Gotów jestem niektórym z nich oddać cześć jako uzdolnionym artystom. Jestem jednak wobec nich pełen podziwu z innego powodu: z powodu ziejącej z ich tekstów pewności siebie, samozadowolenia i naturalnej łatwości z jaką wykonują mimochodem gesty autopromocyjne (jak to nazywano kiedyś nie powiem, choć to obraźliwe słowo - mimo podeszłego wieku - pamiętam). Jednym wydaje się, że pioniersko i odkrywczo dekonstruują i składają w nową jakość teatr, nie wiedząc i nie zadając sobie żadnego trudu by się dowiedzieć, że powtarzają dziesiątki eksperymentów lat sześćdziesiątych minionego wieku (dodam: eksperymentów bardziej radykalnych, skrajnych i ryzykownych niż dzisiejsze rzekomo obrazoburcze i odważne ich gesty); drudzy sądzą, że są jak dzikie bestie, które szarpią kłami społeczne więzy i węzły nie podejrzewając, że wobec rewolty sprzed czterdziestu lat są jak cyrkowe tygrysy wobec stada wilków, które wyrwały się na wolność
Tu pytanie: czy pisarz lub reżyser, który na nowo wymyśla i powtarza (bez wiedzy, że powtarza) czyjś dawny gest zasługuje na miano epigona? Chyba nie. No z pewnością nie jest plagiatorem ani naśladowcą. Zapewne... jest twórcą!
Inne pytanie (jak z "Rejsu"): czy projektant, na przykład projektant konfekcji, wykreowany przez prasę, jest samodzielnym twórcą mody czy tworzywem dla mass mediów? Dla tych, którzy spierają się o to, czy największym artystą XX wieku był Dior czy Armani sprawa jest jasna: nasz krawiec jest geniuszem!
Z tych dwóch powodów sądzę, że kontrrewolucja, którą proklamowałeś jest skazana w dzisiejszych czasach na klęskę. Ale cieszy mnie, strasznie i straceńczo mnie cieszy, że przeciw oświetlonym neonami i światłem ledowym barykadom z plastiku, szkła i aluminium mogę iść z tobą na bój nasz ostatni.
Ściskam
Lech Raczak"
Jestem na Sycylii, w Katanii, gdzie czasem dochodzą wprawdzie spóźnione głosy o rewolucjach na dalekim kontynencie, ale gdzie wszystko (też teatr) trwa, murszejąc i sypiąc się z powodu upływu czasu, spokojnie, na przekór pogróżkom Wulkanu, zdecydowanie głośniejszym niż echa z dalekiej Północy. Jest ciepło, ale trudno połazić po mieście, które fascynuje mnie od 30 lat, bo dziś na przemian pada i leje. Gapię się więc w ekran laptopa, sprawdzając, co słychać w kraju
Przeczytałem kilka polemik w wykonaniu reżyserów płci obojga modnego (z definicji "młody", a tym bardziej "względnie młody" musi nadążać za modą) teatru z Twoim "manifestem kontrrewolucyjnym". Gotów jestem niektórym z nich oddać cześć jako uzdolnionym artystom. Jestem jednak wobec nich pełen podziwu z innego powodu: z powodu ziejącej z ich tekstów pewności siebie, samozadowolenia i naturalnej łatwości z jaką wykonują mimochodem gesty autopromocyjne (jak to nazywano kiedyś nie powiem, choć to obraźliwe słowo - mimo podeszłego wieku - pamiętam). Jednym wydaje się, że pioniersko i odkrywczo dekonstruują i składają w nową jakość teatr, nie wiedząc i nie zadając sobie żadnego trudu by się dowiedzieć, że powtarzają dziesiątki eksperymentów lat sześćdziesiątych minionego wieku (dodam: eksperymentów bardziej radykalnych, skrajnych i ryzykownych niż dzisiejsze rzekomo obrazoburcze i odważne ich gesty); drudzy sądzą, że są jak dzikie bestie, które szarpią kłami społeczne więzy i węzły nie podejrzewając, że wobec rewolty sprzed czterdziestu lat są jak cyrkowe tygrysy wobec stada wilków, które wyrwały się na wolność
Tu pytanie: czy pisarz lub reżyser, który na nowo wymyśla i powtarza (bez wiedzy, że powtarza) czyjś dawny gest zasługuje na miano epigona? Chyba nie. No z pewnością nie jest plagiatorem ani naśladowcą. Zapewne... jest twórcą!
Inne pytanie (jak z "Rejsu"): czy projektant, na przykład projektant konfekcji, wykreowany przez prasę, jest samodzielnym twórcą mody czy tworzywem dla mass mediów? Dla tych, którzy spierają się o to, czy największym artystą XX wieku był Dior czy Armani sprawa jest jasna: nasz krawiec jest geniuszem!
Z tych dwóch powodów sądzę, że kontrrewolucja, którą proklamowałeś jest skazana w dzisiejszych czasach na klęskę. Ale cieszy mnie, strasznie i straceńczo mnie cieszy, że przeciw oświetlonym neonami i światłem ledowym barykadom z plastiku, szkła i aluminium mogę iść z tobą na bój nasz ostatni.
Ściskam
Lech Raczak"
niedziela, 29 stycznia 2012
Śmierć nie jest wcale piękna
Śmierć nie jest wcale piękna. Śmierć jest straszna, tragiczna, smutna. Nie bez przyczyny od zawsze widzimy ja z twarzą kościotrupa i z kosą. Ta śmierć przyszła po Waldka Czechowskiego wczoraj w piątej minucie premiery naszego spektaklu „Inny chłopiec”. Widz zmarł w trakcie premiery, na scenie, bo tam usytuowana jest widownia w tym przedstawieniu. Przez 40 minut walczyliśmy o Jego życie – najpierw dzielnie cywile: aktorzy i widzowie, potem ratownicy medyczni. Nie daliśmy rady.
Powiem szczerze; od dawna jestem impregnowany na to całe poetyzowanie śmierci. Że jest piękna, że każdy aktor marzy, żeby umrzeć na scenie. Nie jest tak. Śmierci się boimy, odsuwamy myśli o niej, żyjemy tak jakby jej nie było. Kiedy przychodzi dzieje się to zwykle tak nagle, że tego nie rejestrujemy. I może tak jest dobrze. Bo przecież część z nas wierzy w życie po śmierci i ci mają nadzieję. A tym co nie wierzą i tak jest wszystko jedno.
Z Waldkiem kolegowaliśmy się od wielu lat gadając czasem o sztuce, teatrze, książkach. Waldek „robił w biznesie”, ale w duszy był humanistą pełna gębą. Kochał teatr i mimo, że ostatnio pracował w Warszawie, często w weekend zaglądał do naszego teatru. Pamiętam Jego zachwyt nad „Dziadami’ Raczaka na Piekarach, pamiętam nocne gadania w Modjeskiej przy okazji któregoś z festiwali, jeszcze z Irkiem Guszpitem z którym Waldek znał się ze studiów. Ta straszna śmierć zbiera swoje żniwo – po Ludwiku Gadzickim zmarł kolejny wierny widz legnickiego teatru.
Powiem szczerze; od dawna jestem impregnowany na to całe poetyzowanie śmierci. Że jest piękna, że każdy aktor marzy, żeby umrzeć na scenie. Nie jest tak. Śmierci się boimy, odsuwamy myśli o niej, żyjemy tak jakby jej nie było. Kiedy przychodzi dzieje się to zwykle tak nagle, że tego nie rejestrujemy. I może tak jest dobrze. Bo przecież część z nas wierzy w życie po śmierci i ci mają nadzieję. A tym co nie wierzą i tak jest wszystko jedno.
Z Waldkiem kolegowaliśmy się od wielu lat gadając czasem o sztuce, teatrze, książkach. Waldek „robił w biznesie”, ale w duszy był humanistą pełna gębą. Kochał teatr i mimo, że ostatnio pracował w Warszawie, często w weekend zaglądał do naszego teatru. Pamiętam Jego zachwyt nad „Dziadami’ Raczaka na Piekarach, pamiętam nocne gadania w Modjeskiej przy okazji któregoś z festiwali, jeszcze z Irkiem Guszpitem z którym Waldek znał się ze studiów. Ta straszna śmierć zbiera swoje żniwo – po Ludwiku Gadzickim zmarł kolejny wierny widz legnickiego teatru.
sobota, 28 stycznia 2012
Młodzi z nami, kto przeciw nam?
Kolejny głos na temat manifestu. Kasia Knychalska i cała redakcja kwartalnika teatralnego "nietak!t" już od kilku lat robią kontrrewolucję. Dlatego ich głos jest szczególnie ważny. Zamieszczam tekst Kasi w wersji oryginalnej (we wrocławskiej „Gazecie Wyborczej” poszedł dziś skrócony, co zmienia sensy, szczególnie w kontekście sprzeciwu pokolenia młodych i pracy "nietak!tu").
"Kilka dni temu Teatr Modrzejewskiej w Legnicy ogłosił manifest kontrrewolucyjny, który wywołał środowiskową dyskusję. Manifest ten współtworzyłam i podpisałam. Ale trzy lata temu, kiedy nie myślałam jeszcze nawet o współpracy z Teatrem Modrzejewskiej, założyłam wraz z przyjaciółmi z filologii polskiej we Wrocławiu kwartalnik teatralny „nietak!t”. Kwartalnik najbardziej jak tylko można - kontrrewolucyjny. Nawet dziś żadne z nas nie dobiegło jeszcze 30-stki. Jesteśmy dziećmi nowoczesności i nowoczesny teatr się o nas upomina. Podobno świat naszego pokolenia jest światem fragmentów i dlatego sztuka dla nas też musi być fragmentaryczna. Mówi się nam, że fabuła jest ogłupiająca, a olśnienie przyjść może tylko z chaosu znaków, krzyku, gagu i skandalu. Tłumaczy, że nie możemy się obrażać na to, co nas otacza, że nie zawrócimy kijem rzeki. Musimy akceptować kicz w życiu i tym samym kicz na scenie, bo przecież scena odbija rzeczywistość. A wszystko, co odbiega od lansowanego wzorca uznać za „staroświeckie”.
Są w naszym pokoleniu ci, którzy lubią spektakle Strzępki i ci, którzy najbardziej cenią Raczaka. To normalne. Nienormalne jest natomiast przekonywanie, że istnieją tylko ci pierwsi. Moda teatralna nie tylko unifikuje sceniczny świat, ale i przekrzywia obraz jego odbiorców. A twórcy tej mody roszczą sobie prawo do określania potrzeb i upodobań młodego widza.
To my jesteśmy młodymi widzami i jako widzowie właśnie - zmęczeni, znudzeni powtarzalnością i komercyjnością teatru – powołaliśmy naszą Fundację i naszą gazetę.
Kontrrewolucja teatralna to zjawisko dużo szersze niż tylko branżowe prztyczki pomiędzy dyrektorami teatrów, zawsze obciążonych posądzeniem o bronienie własnego podwórka. Kontrrewolucja to upomnienie się o „demokratyzację” teatru, o równy dostęp do wszystkich jego odmian, języków, estetyk – bez podziału na to co nowe, stare, modne dziś i modne kiedyś. Wywyższanie kategorii nowości ponad poziom artystyczny, warsztat, oryginalność czy pasję nie wróży najlepiej i współczesnemu teatrowi, i samemu widzowi. A już na pewno widzowi młodemu, którego nie uczy się poszukiwania, porównywania i samodzielnego myślenia, ale zarzuca z każdej strony jedną wizją gloryfikowanego, nowoczesnego teatru. To kontrrewolucja nie tylko w opozycji do modnego teatru, ale też obowiązującego modelu kultury, który swoje starsze niż pięć lat wytwory czyni „staroświeckimi” lub „nienadążającymi za teraźniejszością”, a hołubionych przed pięciu laty artystów skazuje na przedwczesną emeryturę, niezależnie w jakim są okresie twórczych zdolności. Widzów natomiast pozbawia równoprawnego dostępu do setek fantastycznych zjawisk, obecnych przecież na artystycznej mapie kraju, ale zepchniętych na margines – czy to z powodu swej fabularności, apolityczności, niemodnego w tym sezonie języka teatralnego czy jakiegokolwiek innego sposobu odstawania od mainstreamu.
Pytana wciąż przeciw komu konkretnie jesteśmy odpowiadam – naprawdę nie walczymy z modnymi dziś nazwiskami, przecież za 2-3 lata czeka ich to samo...".
"Kilka dni temu Teatr Modrzejewskiej w Legnicy ogłosił manifest kontrrewolucyjny, który wywołał środowiskową dyskusję. Manifest ten współtworzyłam i podpisałam. Ale trzy lata temu, kiedy nie myślałam jeszcze nawet o współpracy z Teatrem Modrzejewskiej, założyłam wraz z przyjaciółmi z filologii polskiej we Wrocławiu kwartalnik teatralny „nietak!t”. Kwartalnik najbardziej jak tylko można - kontrrewolucyjny. Nawet dziś żadne z nas nie dobiegło jeszcze 30-stki. Jesteśmy dziećmi nowoczesności i nowoczesny teatr się o nas upomina. Podobno świat naszego pokolenia jest światem fragmentów i dlatego sztuka dla nas też musi być fragmentaryczna. Mówi się nam, że fabuła jest ogłupiająca, a olśnienie przyjść może tylko z chaosu znaków, krzyku, gagu i skandalu. Tłumaczy, że nie możemy się obrażać na to, co nas otacza, że nie zawrócimy kijem rzeki. Musimy akceptować kicz w życiu i tym samym kicz na scenie, bo przecież scena odbija rzeczywistość. A wszystko, co odbiega od lansowanego wzorca uznać za „staroświeckie”.
Są w naszym pokoleniu ci, którzy lubią spektakle Strzępki i ci, którzy najbardziej cenią Raczaka. To normalne. Nienormalne jest natomiast przekonywanie, że istnieją tylko ci pierwsi. Moda teatralna nie tylko unifikuje sceniczny świat, ale i przekrzywia obraz jego odbiorców. A twórcy tej mody roszczą sobie prawo do określania potrzeb i upodobań młodego widza.
To my jesteśmy młodymi widzami i jako widzowie właśnie - zmęczeni, znudzeni powtarzalnością i komercyjnością teatru – powołaliśmy naszą Fundację i naszą gazetę.
Kontrrewolucja teatralna to zjawisko dużo szersze niż tylko branżowe prztyczki pomiędzy dyrektorami teatrów, zawsze obciążonych posądzeniem o bronienie własnego podwórka. Kontrrewolucja to upomnienie się o „demokratyzację” teatru, o równy dostęp do wszystkich jego odmian, języków, estetyk – bez podziału na to co nowe, stare, modne dziś i modne kiedyś. Wywyższanie kategorii nowości ponad poziom artystyczny, warsztat, oryginalność czy pasję nie wróży najlepiej i współczesnemu teatrowi, i samemu widzowi. A już na pewno widzowi młodemu, którego nie uczy się poszukiwania, porównywania i samodzielnego myślenia, ale zarzuca z każdej strony jedną wizją gloryfikowanego, nowoczesnego teatru. To kontrrewolucja nie tylko w opozycji do modnego teatru, ale też obowiązującego modelu kultury, który swoje starsze niż pięć lat wytwory czyni „staroświeckimi” lub „nienadążającymi za teraźniejszością”, a hołubionych przed pięciu laty artystów skazuje na przedwczesną emeryturę, niezależnie w jakim są okresie twórczych zdolności. Widzów natomiast pozbawia równoprawnego dostępu do setek fantastycznych zjawisk, obecnych przecież na artystycznej mapie kraju, ale zepchniętych na margines – czy to z powodu swej fabularności, apolityczności, niemodnego w tym sezonie języka teatralnego czy jakiegokolwiek innego sposobu odstawania od mainstreamu.
Pytana wciąż przeciw komu konkretnie jesteśmy odpowiadam – naprawdę nie walczymy z modnymi dziś nazwiskami, przecież za 2-3 lata czeka ich to samo...".
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Manifest kontrrewolucyjny
Widmo krąży po Polsce – widmo Teatru Opowieści.
W dobie scenicznej inwazji sztuki skrawków i zlepków od wielu lat tworzymy w Legnicy teatr konsekwentny, uczciwy i obojętny na mody. Zaufanie widzów dowodzi, że podążamy właściwą drogą. Dokonujemy dzisiaj Nowego Otwarcia z czterech ważnych powodów.
1. W obronie wspólnoty. Czym jest poezja, która nie ocala / Narodów ani ludzi? – pisał przed laty Czesław Miłosz. W poczuciu, że przed teatrem stoi to samo zadanie, odzyskiwaliśmy utraconą tożsamość Legnicy, walczyliśmy z zakłamaną wizją jej dziejów, nadawaliśmy im nowe, artystyczne życie. Z dumą twierdzimy, że obudziliśmy nasze miasto, odbudowaliśmy lokalną wspólnotę. Dziś - w epoce globalnych przemian - kryzys kontaktu człowieka z człowiekiem jest dużo szerszy i bardziej złożony. Dotyczy nie tylko społeczności lokalnych, ale i narodów, a nawet całej ludzkości. Wykluczenie społeczne i ekonomiczne, rozpad więzi międzyludzkich, komercjalizacja kultury – to fakty równie dotkliwe dla legniczanina, co dla mieszkańca każdego innego miejsca na Ziemi. Nie możemy tego nie zauważać. Dlatego podkreślamy, że nasz Teatr będzie teatrem opowieści uniwersalnych, bliskich każdemu człowiekowi. Podążymy za pojedynczym życiem, opowiemy ludzkie historie, ukazujące zarówno piękno różnic między ludźmi, jak i wartość jedności. Tylko taki teatr może być autentyczny i potrzebny – może ocalać.
2. W obronie opowieści zapomnianych. Uważamy, że kryzys odwiecznego modelu opowiadania historii, które zastępuje się luźnymi kolażami obrazów, klisz, performansów, ma fatalne skutki. Uniemożliwia odbiorcy podstawowe reakcje na dzieło: identyfikowanie się z historią, konfrontację postaw. Zrywa więź między teraźniejszością a przeszłością, między pokoleniami i rówieśnikami. Przeciwstawiając się temu, nie wstydzimy się w teatrze emocji: wzruszenia, niepokoju, smutku i radości. Ich związek z opowieścią jest dla nas nierozerwalny. Nie chcemy i nie będziemy tworzyć teatru, który odrzuca i uznaje za banał historie z początkiem, środkiem i końcem, posiadające bohatera i uchwytny rozumowo sens.
3. W obronie człowieka pojedynczego. Będziemy mówić o człowieku, nie używając medialnej nowomowy czy naukowych zawiłości. Zapytamy o kluczowe etapy ludzkiego życia i związane z nimi problemy. Przyjrzymy się im z bliska, ale nie będziemy ich wyciągać na sztandary. Nie chcemy ani teatru łatwego i przyjemnego, ani łatwego i nieprzyjemnego. W czasach, gdy zewsząd feruje się wyroki na Złego albo wygłasza peany na cześć Dobrego Polaka, chcemy pokazać Polaka (Nie)Zwykłego: nieoczywistego, barwnego, skomplikowanego.
4. W obronie artystycznego kunsztu. Nie ma idei, która mogłaby usprawiedliwić hochsztaplerkę. Przyczyn upadku kultury upatrujemy również w nonszalanckim stosunku do aktu tworzenia. Pokutuje przekonanie, że produkt „dla ludzi” musi być łatwą i pustą błyskotką, a prawdziwa sztuka – nadętym, niezrozumiałym bełkotem. Sztuka jako zwierciadło rzeczywistości praktycznie dziś nie istnieje – łatwiej odbić kicz i miałkość. My chcemy odbijać światy piękniejsze, różnorodne i niejednoznaczne Nie plastikowe, krzykliwe i najzwyczajniej już nudne. Powtarzając po raz kolejny, że interesuje nas sztuka bliska człowiekowi – niezachwianą zasadą czynimy szacunek dla widza, objawiający się w rzetelnej artystycznej pracy.
Zapraszamy do krainy opowieści. Do zdobycia jest cały świat.
Niezblazowani widzowie z całej Polski, łączcie się!
Teatr Modrzejewskiej w Legnicy
Legnica, 23 stycznia 2012 r.
W naszym trzyletnim (2012 – 2014) projekcie artystycznym „Teatr Opowieści” udział wezmą reżyserzy: Leszek Bzdyl, Andrzej Celiński, Piotr Cieplak, Łukasz Czuj, Agnieszka Glińska, Paweł Kamza, Marcin Liber, Lech Raczak, Ondrej Spišák, Piotr Tomaszuk, Adam Walny, Linas M. Zaikauskas.
Ten manifest napisaliśmy w czwórkę; Katarzyna Knychalska, Krzysztof Kopka, Robert Urbański i ja. To bardzo ważny dokument w dziejach legnickiego teatru. Dla mnie osobiście to ważne zobowiązanie: na dziś i na przyszłość. Dlatego umieszczam go na blogu.
W dobie scenicznej inwazji sztuki skrawków i zlepków od wielu lat tworzymy w Legnicy teatr konsekwentny, uczciwy i obojętny na mody. Zaufanie widzów dowodzi, że podążamy właściwą drogą. Dokonujemy dzisiaj Nowego Otwarcia z czterech ważnych powodów.
1. W obronie wspólnoty. Czym jest poezja, która nie ocala / Narodów ani ludzi? – pisał przed laty Czesław Miłosz. W poczuciu, że przed teatrem stoi to samo zadanie, odzyskiwaliśmy utraconą tożsamość Legnicy, walczyliśmy z zakłamaną wizją jej dziejów, nadawaliśmy im nowe, artystyczne życie. Z dumą twierdzimy, że obudziliśmy nasze miasto, odbudowaliśmy lokalną wspólnotę. Dziś - w epoce globalnych przemian - kryzys kontaktu człowieka z człowiekiem jest dużo szerszy i bardziej złożony. Dotyczy nie tylko społeczności lokalnych, ale i narodów, a nawet całej ludzkości. Wykluczenie społeczne i ekonomiczne, rozpad więzi międzyludzkich, komercjalizacja kultury – to fakty równie dotkliwe dla legniczanina, co dla mieszkańca każdego innego miejsca na Ziemi. Nie możemy tego nie zauważać. Dlatego podkreślamy, że nasz Teatr będzie teatrem opowieści uniwersalnych, bliskich każdemu człowiekowi. Podążymy za pojedynczym życiem, opowiemy ludzkie historie, ukazujące zarówno piękno różnic między ludźmi, jak i wartość jedności. Tylko taki teatr może być autentyczny i potrzebny – może ocalać.
2. W obronie opowieści zapomnianych. Uważamy, że kryzys odwiecznego modelu opowiadania historii, które zastępuje się luźnymi kolażami obrazów, klisz, performansów, ma fatalne skutki. Uniemożliwia odbiorcy podstawowe reakcje na dzieło: identyfikowanie się z historią, konfrontację postaw. Zrywa więź między teraźniejszością a przeszłością, między pokoleniami i rówieśnikami. Przeciwstawiając się temu, nie wstydzimy się w teatrze emocji: wzruszenia, niepokoju, smutku i radości. Ich związek z opowieścią jest dla nas nierozerwalny. Nie chcemy i nie będziemy tworzyć teatru, który odrzuca i uznaje za banał historie z początkiem, środkiem i końcem, posiadające bohatera i uchwytny rozumowo sens.
3. W obronie człowieka pojedynczego. Będziemy mówić o człowieku, nie używając medialnej nowomowy czy naukowych zawiłości. Zapytamy o kluczowe etapy ludzkiego życia i związane z nimi problemy. Przyjrzymy się im z bliska, ale nie będziemy ich wyciągać na sztandary. Nie chcemy ani teatru łatwego i przyjemnego, ani łatwego i nieprzyjemnego. W czasach, gdy zewsząd feruje się wyroki na Złego albo wygłasza peany na cześć Dobrego Polaka, chcemy pokazać Polaka (Nie)Zwykłego: nieoczywistego, barwnego, skomplikowanego.
4. W obronie artystycznego kunsztu. Nie ma idei, która mogłaby usprawiedliwić hochsztaplerkę. Przyczyn upadku kultury upatrujemy również w nonszalanckim stosunku do aktu tworzenia. Pokutuje przekonanie, że produkt „dla ludzi” musi być łatwą i pustą błyskotką, a prawdziwa sztuka – nadętym, niezrozumiałym bełkotem. Sztuka jako zwierciadło rzeczywistości praktycznie dziś nie istnieje – łatwiej odbić kicz i miałkość. My chcemy odbijać światy piękniejsze, różnorodne i niejednoznaczne Nie plastikowe, krzykliwe i najzwyczajniej już nudne. Powtarzając po raz kolejny, że interesuje nas sztuka bliska człowiekowi – niezachwianą zasadą czynimy szacunek dla widza, objawiający się w rzetelnej artystycznej pracy.
Zapraszamy do krainy opowieści. Do zdobycia jest cały świat.
Niezblazowani widzowie z całej Polski, łączcie się!
Teatr Modrzejewskiej w Legnicy
Legnica, 23 stycznia 2012 r.
W naszym trzyletnim (2012 – 2014) projekcie artystycznym „Teatr Opowieści” udział wezmą reżyserzy: Leszek Bzdyl, Andrzej Celiński, Piotr Cieplak, Łukasz Czuj, Agnieszka Glińska, Paweł Kamza, Marcin Liber, Lech Raczak, Ondrej Spišák, Piotr Tomaszuk, Adam Walny, Linas M. Zaikauskas.
Ten manifest napisaliśmy w czwórkę; Katarzyna Knychalska, Krzysztof Kopka, Robert Urbański i ja. To bardzo ważny dokument w dziejach legnickiego teatru. Dla mnie osobiście to ważne zobowiązanie: na dziś i na przyszłość. Dlatego umieszczam go na blogu.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Wiek outsiderów
Bardzo długo naiwnie sądziłem, że z sytuacją zawodową reżysera jest jak z dobrym winem – im później, tym lepsza, bardziej wyrafinowana, przynosząca większe profity i mocniej pożądana. To przecież idealny zawód dla tych, którzy boją się starości. Lepszy może być chyba tylko żywot pisarza. Bo takiemu tancerzowi to po 40-tce zaczynają siadać kolana, aktor po 50-tce ma coraz mniej do grania, a kariera sportowa? Kończy się w wieku, w którym ja interesowałem się dziewczynami, a nie sztuką. Czyli bardzo wcześnie. ..Fakt, że reżyser „robi” głową a nie ciałem w kontekście wieku powinien być dla niego błogosławieństwem. Myli się jednak ten, kto twierdzi, że pracy umysłowej udało się uciec przed kultem młodości. Tym samym, który w naszej kochanej kulturze już dawno tak bezlitośnie opanował ciało.
Dziś kończę 48 lat. Relatywnie – stary nie jestem. I staro się też nie czuję. Wciąż mam sporo energii i entuzjazmu, żeby pakować się w nowe projekty, czasami nawet przesadzam z ich ilością. Dogaduję się z młodymi. Lubię działać. I przede wszystkim wciąż buntuję się jak jakiś 20-latek, co nawet dla mnie samego momentami jest zabawne. Wszystko powinno być pięknie – mówią przecież: masz tyle lat, na ile się czujesz. A jednak.
Kiedy polski reżyser teatralny dobiega 50-tki na „poważnym” festiwalu (czyt. za dużą kasę i tzw. opiniotwórczym) może być co najwyżej wydarzeniem towarzyszącym dla głównych nurtów takich, jak: „Młodzi Reżyserzy”, „Nowa Fala”, „Forum Młodych Twórców” etc. A poza tym mamy nagrody dla „młodych”, kursy do 35 roku życia, stypendia i programy Unii Europejskiej. Wszyscy kochają młodość. Powoli też zaczynają kochać starość, ugłaskując ją warsztatami 55+, kampaniami medialnymi i innymi profitami dla seniorów. Właściwie seniorów – emerytów, którzy niech sobie coś tam robią na boku. Nikt jednak nie wie, co zrobić z tymi biedakami między 45 a 55 rokiem życia, co już młodzi raczej nie są, ale i na wczasy dla staruszków jeszcze nie pojadą.
Osobiście za często nie marudzę, bo dobrze mi się i w życiu, i w zawodzie dzieje. Rozumiem też wszystkie te mechanizmy ojcobójców, zmian pokoleniowych, że tak świat od wieku ułożony etc. Ale obserwuję otoczenie i widzę, jak ostatnio wszystko na głowie staje. Wiek, który kiedyś oznaczał pełnię możliwości twórczych, dojrzałość, doświadczenie, stabilizację emocjonalną, czyli wiek sukcesu - dziś jest wiekiem outsiderów. I wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie coraz gorzej. Jeśli nie osiągniesz sukcesu przed 30-stką – nie zaistniejesz. Po trzech sezonach twój styl artystyczny stanie się niemodny i opatrzony, a koło 40-stki każdy aktor będzie chciał pracować z młodszym niż ty, bo ważne żeby było nowe nowe nowe.... Duże bardziej ważne, niż to, żeby było sensowne, sprawdzone, doświadczone i wypracowane. I tak wiek outsiderów rozciągnie się od 35 do 65 roku życia.... Nazbyt apokaliptyczna wizja? W każdym razie ja cieszę się, że 48 urodziny mam dziś, a nie za lat dwadzieścia....
Dziś kończę 48 lat. Relatywnie – stary nie jestem. I staro się też nie czuję. Wciąż mam sporo energii i entuzjazmu, żeby pakować się w nowe projekty, czasami nawet przesadzam z ich ilością. Dogaduję się z młodymi. Lubię działać. I przede wszystkim wciąż buntuję się jak jakiś 20-latek, co nawet dla mnie samego momentami jest zabawne. Wszystko powinno być pięknie – mówią przecież: masz tyle lat, na ile się czujesz. A jednak.
Kiedy polski reżyser teatralny dobiega 50-tki na „poważnym” festiwalu (czyt. za dużą kasę i tzw. opiniotwórczym) może być co najwyżej wydarzeniem towarzyszącym dla głównych nurtów takich, jak: „Młodzi Reżyserzy”, „Nowa Fala”, „Forum Młodych Twórców” etc. A poza tym mamy nagrody dla „młodych”, kursy do 35 roku życia, stypendia i programy Unii Europejskiej. Wszyscy kochają młodość. Powoli też zaczynają kochać starość, ugłaskując ją warsztatami 55+, kampaniami medialnymi i innymi profitami dla seniorów. Właściwie seniorów – emerytów, którzy niech sobie coś tam robią na boku. Nikt jednak nie wie, co zrobić z tymi biedakami między 45 a 55 rokiem życia, co już młodzi raczej nie są, ale i na wczasy dla staruszków jeszcze nie pojadą.
Osobiście za często nie marudzę, bo dobrze mi się i w życiu, i w zawodzie dzieje. Rozumiem też wszystkie te mechanizmy ojcobójców, zmian pokoleniowych, że tak świat od wieku ułożony etc. Ale obserwuję otoczenie i widzę, jak ostatnio wszystko na głowie staje. Wiek, który kiedyś oznaczał pełnię możliwości twórczych, dojrzałość, doświadczenie, stabilizację emocjonalną, czyli wiek sukcesu - dziś jest wiekiem outsiderów. I wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie coraz gorzej. Jeśli nie osiągniesz sukcesu przed 30-stką – nie zaistniejesz. Po trzech sezonach twój styl artystyczny stanie się niemodny i opatrzony, a koło 40-stki każdy aktor będzie chciał pracować z młodszym niż ty, bo ważne żeby było nowe nowe nowe.... Duże bardziej ważne, niż to, żeby było sensowne, sprawdzone, doświadczone i wypracowane. I tak wiek outsiderów rozciągnie się od 35 do 65 roku życia.... Nazbyt apokaliptyczna wizja? W każdym razie ja cieszę się, że 48 urodziny mam dziś, a nie za lat dwadzieścia....
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)