piątek, 30 grudnia 2011

Byle do poniedziałku!

Nie uznaję Sylwestra. Nie czekam też z utęsknieniem na pierwszą gwiazdkę, nie kupuję prezentów miesiąc przed Świętami, nie mogę wręcz znieść „świątecznego nastroju” stacji radiowych i galerii handlowych, który z każdym rokiem rozlewa się coraz wcześniej i niedługo dosięgnie nas w ostatni dzień wakacji. Nie znaczy to wcale, że jestem jak jeden z tych wrednych starszych panów z bajek dla dzieci, którzy organicznie nie znoszą Świąt, a w poincie opowieści zostają cudownie uleczeni i od tej pory co roku pierwsi będą ubierać choinkę. Cenię Święta tradycyjne i Święta rodzinne, Święta spokojne i Święta niewymuszone. Lubię dobrą zabawę na Sylwestra tak samo, jak w każdy inny dzień roku. W głowie mi się tylko nie mieści jak z przyjemnej idei świętowania rozumny gatunek, jakim przecież jest człowiek, mógł zrobić to, co musimy obserwować pod koniec każdego grudnia. Kiedy już przeżyję atak bombek i grających mikołajków, lampek i świątecznych promocji, odetchnę trochę i powiem sobie w duchu „Dzięki ci Boże, już koniec”, szaleństwo w przeciągu dwóch dni zaczyna się od początku! Każdy kiosk zamienia się w składzik fajerwerków, a ludzie na ulicy zamiast o samopoczucie pytają się gdzie ich rozmówca spędza Sylwestra. Jeśli nigdzie, nastaje współczująca cisza...

Wiem, nie jestem ani nowatorski, ani oryginalny w tych utyskiwaniach. Dla mnie Nowy Rok zawsze miał symboliczne znaczenie momentu przejściowego, może też dlatego, że w styczniu mam urodziny? Człowiek potrzebuje takich momentów granicznych, żeby móc się do czegoś odnosić – wygodniej jest objąć wzrokiem życie, jak można je podzielić na równe kawałki. Może i wybór Nowego Roku na punkt odniesienia jest schematyczny, ale zawsze lepsza schematyczna coroczna refleksja niż owczy pęd świąteczno-noworocznego szaleństwa. I właśnie refleksji najbardziej i najserdeczniej sobie i Wam życzę.

niedziela, 18 grudnia 2011

"Marsz Polonia" zagramy w Łodzi

Pracuję w Łodzi w Teatrze Powszechnym nad spektaklem wg powieści Jerzego Pilcha „Marsz Polonia” (premiera 21 stycznia 2012 r.). Jerzego uważam prywatnie za najlepszego polskiego żyjącego pisarza, jestem trochę impregnowany na pilchowe „alkoholowe” powieści, natomiast kocham miłością szczerą jego zanurzone w lokalności prowincjonalno- ewangelickie opowieści z Wisły. To kawał fantastycznego świata z którego wykroiłem kiedyś w Zielonej Górze spektakl „Zabijanie Gomułki” wg powieści „Tysiąc spokojnych miast”. Książka ta, „Inne rozkosze”, opowiadania ze zbioru „Moje pierwsze samobójstwo”, felietony – to kawał świetnej literatury.

„Marsz Polonia” jest inny w tonie i narracji, to arcypolska, fantasmagoryczna opowieść o „z wolna przeradzającym się w orgię raucie” w posiadłości Beniamina Bezetznego (którego pierwowzorem jest Jerzy Urban) na który trafia nasz bohater, pisarz, któremu niedaleko do samego autora. Dzieją się tam różne rzeczy, nie będę streszczał, powiem tylko, że w powieści często pojawiają się akcenty piłkarskie* bo i miłość Jerzego do piłki nożnej i Cracovii jest szeroko znana. Pierwszy raz w życiu będę miał okazję zainscenizować na scenie fragment meczu co w roku Euro 2012 jest szczególnie podniecające.

Inscenizuję „Marsz Polonia” w Łodzi, mieście – legendzie, które przestało już być dla mieszkańców Ziemią Obiecaną. Mieście o ogromnej ilości zdegradowanych budynków (to naprawdę wygląda porażająco, gorzej niż w Legnicy, te dziesiątki kamienic, którym grozi natychmiastowa katastrofa budowlana) na które patrzy wyremontowana do błysku przez Francuzów Manufaktura. „Łódź to smutne miasto bo ludzie na jego ulicach się nie uśmiechają”, słyszałem od znajomych i jakoś w to nie wierzyłem dopóki tego nie dotknąłem. Naprzeciwko teatru nie ma kawiarni „Teatralna” ani „Maska”, jest bar kawowy „Ignorantka” z piwem i winem lanym po 5 zł, z karaoke i tańcami. To kultowe miejsce na ulicy Legionów.
5 min pieszo od Piotrkowskiej.

*
KOWALEWICZ
Zrozpaczony byłem, że mecz muszę sam oglądać.
JERZY
Górnik Zabrze – Manchester United. Rewanż na pokrytej zamarzniętym śniegiem murawie Stadionu Śląskiego. Lubański strzelił zwycięską bramkę, ale wobec przegranej 2:0 w pierwszym meczu odpadliśmy. Jednego gola zabrakło.
KOWALEWICZ
Od razu wiedziałem: wspólnota generacyjna nie do ominięcia. Niemniej, niech pan się nie gniewa, mecz, o którym pan mówi, myśmy z Bronkiem Badylkiem jeszcze razem oglądali.
JERZY
Pomyliłem Manchester United z Manchesterem City?
KOWALEWICZ
Exactly. Ja też swego czasu myliłem, a nie należy i nie wolno. Widzi pan, w tym rzecz: nie mylić Manchesteru United z Manchesterem City! Pierwsza zasada: nie mylić Manchesteru City z Manchesterem United!
JERZY
Nie mylić Polonii z Legią.
KOWALEWICZ
Tak jest. Jak się takie rzeczy myli, świat wypada z normy.
JERZY
Teraz dopiero rozjaśniło mi się we łbie! Sławna droga Górnika do finału! Do wiedeńskiego finału z Manchesterem – tak jest – City! Przedtem dramatyczny trójmecz z Romą, Helenio Herrera powoduje awarię światła na Stadionie Śląskim! Rzut monetą w Strasburgu!

wtorek, 6 grudnia 2011

Śmierć Apacza

Przy okazji szperania w starych numerach „Wersji”, pisma społeczno-kulturalnego, które na przełomie XX i XI wieku (jak to brzmi!) wydawaliśmy w Teatrze (szukałem dawnych tekstów Ludwika Gadzickiego przygotowując się do piątkowego wieczoru) odnalazłem moją osobiste „dzieło”, felieton z cyklu „Prosto z Mostu”, który to cykl prowadziłem wtedy w „Wersji”, a za chwilę wygłaszałem w Radio Wrocław. O tych przygodach napisze innym razem, a teraz pozwólcie, że przypomnę to dziełko z maja 1999 roku, a więc napisane jeszcze przed „Balladą o Zakaczwiu”, gdzie Indianom poświęciliśmy spory fragment…

„Śmierć Apacza" to w slangu, który pewnie przywiozłem z Galicji (to taka prowincja Austro-Węgier, która obecnie nazywa się województwo małopolskie), rzecz ostateczna, koniec świata, określenie ponad które... nie ma już określe¬nia. Polski język, który za księdza Kitowicza bywał bogaty, a teraz jest niezmiernie ubogi, sam (niezależnie od polonistów) kreuje nowe. Statystyczna pani, do której przychodzi pan z „Visirem" otwiera drzwi i - widząc kamerę - zaniepokojona mówi „O Jezus Maria", potem dodaje „ O Matko Boska" (mogę się mylić, ale intencję oddaję). Inni, już niestatystyczni pokrzykują „O matko z córką", co na pewno nie jest teologicz¬ne. W naszym, teatralnym, slangu powodzenie ma „reakcyjność", co nie ma nic wspólnego z zachowawczym syste-mem politycznym, a po prostu oznacza reakcję w zachowa¬niu (mowie) jednego aktora na drugiego. Twórcy z innych miast mówią o odbijaniu i znów nie dziewczyny, tylko akto¬ra wobec aktora itp. Swoją mowę mają artyści, księgowe, barmani, kierowcy (tu wiele się zdarza...), policjanci, nie mówiąc już o kibicach czy komentatorach sportowych („pił¬ka dryfuje mówiąc kolokwialnie").
„Śmierć Apacza" jest może jednym z lepszych językowych pomysłów, dlatego że odwołuje się do milionowej widowni filmów „Winnetou I, II, III" tudzież czytelników słynnego cyklu powieści Karola Maya.

Śmierć Apacza, jak - wierzę - wiedzą entuzjaści tej twórczości bywa:
po pierwsze: rzadka. Apacz rzadko kiedy ginie, bo Apa¬cze (Apaczowie) są w mniejszości (wobec białych) i nie mogą ginąć, bo kto będzie napędzał twórczość (książkę, film), po drugie: jeśli Apacz ginie, to umiera długo, jak „Otello" w operze (po śmierci musi wyśpiewać piętnastominutową arię). Apacz umiera długo, bo musi białemu (który jest jed¬nym z licznych Oldów...) wypowiedzieć ważną myśl, przejść na chrześcijaństwo (komunistyczna cenzura konsekwentnie wycinała te trzy strony z kilkustronicowej śmierci Winne¬tou), zdradzić miejsce ukrycia skarbu etc. po trzecie wreszcie: odchodzi długo, bo chce pozostawić po sobie to, co jest poza ekranem, książką: wzruszenie po swojej śmierci.

Dlatego też określenie „śmierć Apacza" ma w sobie coś emocjonalnego, coś, do czego określający jest przekonany, ale rzeczywistość - niestety nie układa się po jego myśli. „Śmiercią Apacza" jest więc coś niewyobrażalnego, coś co w głowie się nie mieści.

Dlatego sądzę, że w Legnicy warto - obok kultury łem-kowskiej, serbo-łużyckiej - popularyzować kulturę indiań¬ską. Nie bójmy się Indian. Indianie, przynajmniej ci u Maya, są dobrymi ludźmi. Jest ich niewielu, prawda, ale są. W na¬szych bardzo współczesnych i bardzo nieindiańskich cza¬sach dobrych ludzi nie ma zbyt wielu. Nie ma czasu na do¬brych ludzi, Dlatego pamiętajmy o tych, którzy wciąż żyją: o Winnetou, Inczu-czunie, Apanaczi. Pamiętajmy o Apaczach.

niedziela, 4 grudnia 2011

Gdzie ma stanąć chata?

Parę dni temu byłem na spotkaniu organizacji pozarządowych w Lubinie. To co robi pani Barbara Skórzewska ze Stowarzyszenia Civis Europae jest nie do przecenienia. Zbiera i mobilizuje swoich kolegów ze stowarzyszeń organizując spotkania na których mogą podzielić się swoimi doświadczeniami, ale przede wszystkim stara się, aby w Lubinie, gminie wiejskiej Lubin oraz powiecie lubińskim powstały rady pożytku publicznego, które miałyby wpływ na decyzje lokalnych władz. Jak to jest ważne mówi przykład Legnicy, gdzie ta rada może nie podbija świata, ale jest ważnym miejscem opinii.

Na tym spotkaniu pogadałem z Adamem Wiewiórką, szefem Koła Zjednoczenia Łemków w Legnicy. Adam ma zupełnie odjechany pomysł na uczczenie 65. rocznicy Akcji „Wisła” w przyszłym roku. Otóż mówi on,. żeby nie fundować kolejnej tablicy lub postumentu, ale żeby...przenieść do Legnicy prawdziwą chatę łemkowską z ziem z których wysiedlano Łemków. Że takie chaty są jeszcze, że znajdą się tacy, którzy ją podarują, że górale przewiozą ją i postawią w dowolnym miejscu w Legnicy, że....Pomysł to absolutnie fantastyczny. Adam chciałby, żeby taka chata żyła różnego rodzaju wydarzeniami, była żywym muzeum. Żeby teatr, galeria lub ktoś kto ma pomysł ożywiał to miejsce swoimi działaniami.

To absolutnie szalony, ale fantastyczny, nowoczesny,. ideowy, mądry i zabawny pomysł. Wesprę go na tysiąc procent i będę działał na jego rzecz. Na razie pozostaje podstawowe pytanie: gdzie ma stanąć chata? To pytanie kieruje także do czytelników mojego blogu/facebooka. Gdzie, rozumiem blisko centrum Legnicy,. mogłaby na cztery miesiące - - czerwiec – wrzesień - stanąć taka chata, żeby nie przeszkadzała nikomu w życiu. Wiem, że najfektowniejszym miejscem zdaje się Park Miejski, ale może to być miejsce bardzo trudne logistycznie, trudno byłoby ją tam chronić. Jeśli nie park to gdzie? Chętnie posłucham Waszych sugestii, ale najciekawsze propozycje upublicznię.

Swoją drogą, pomysł Adama ma jeszcze jeden super walor. Jest kompletnie przeciw archaicznemu wystawiennictwu, które niestety przeważa w naszych lokalnych muzeach. Gdzie wciąż hasło „nie dotykać eksponatów” jest na pierwszym miejscu.. W którym smutne panie/smutni panowie biegają za nielicznymi zwiedzającymi z podejrzeniem, że coś ukradną i wyniosą. W którym nie ma życia, nie ma duszy.

piątek, 25 listopada 2011

10 razy dookoła kuli ziemskiej

Kiedy wracałem parę dni temu z Łodzi, ze spotkania z reżyserem „Iwanowa”, jednej z naszych najbliższych premier, Linasem M. Zaikauskasem (napiszę o nim i rożnych kontekstach z nim związanych kiedyś osobno) w naszym służbowym peugeocie combi „stuknęło” 400 tys. km. „To tak jakbyśmy 10 razy okrążyli kulę ziemską”, rzekł prowadzący auto Paweł, a ja uśmiechnąłem się wspominając moje podróże.

Kiedy w 1994 roku zostałem dyrektorem teatru w Legnicy nasz imponujący transportowy tabor składał się z poloneza, poloneza-trucka, nysy i chyba stara (albo już był on sprzedany). Dwa lata później z szefem „Kyczery”, Jurkiem Starzyńskim pojechaliśmy do Monachium na jakieś sympozjum ukraińskie i wtedy Jurek nieśmiało zaproponował, żebyśmy może nie podjeżdżali owym polonezem pod hotel, który „postawili” nam organizatorzy bo będzie siara….Rzeczywiście, zauważyłem, że budziliśmy na ulicach Monachium zadziwienie i te, a także inne przeżycia skłoniły mnie do zakupienia dla teatru, chyba w 1997 r, opla-astry.
Na tamte czasy był to prawie wypas i jak parkowaliśmy pod Starym Ratuszem widziałem zazdrosne twarze kolegów z innych instytucji, był nawet jakiś donosik do wojewody Maraszka, że dyrektor przesadza i kupuje drogie auta…

Parę lat później staliśmy się teatrem miejskim i zaczęły się moje przygody z magistratem, które miały także kontekst transportowy. Jak nastał nam demokratycznie wybrany prezydent Krzakowski zapytałem go o możliwość zakupu nowego auta argumentując, że dużo jeżdżę promując teatr, że opel już wysłużony i daje mi w kość swoimi gabarytami. Tadeusz wtedy zadumał się i odrzekł, że trzeba oszczędzać, że trudna sytuacja więc nie wypada, i co ludzie powiedzą, auto można czasem wynająć, choćby z urzędu miasta etc. Nie był to na pewno przykład znajomości specyfiki podległej miastu instytucji, generalnie więc nie porozumieliśmy się, dlatego postanowiłem już nikogo o nic nie pytać i tak w 2003 roku wzięliśmy w leasing wspomnianego na wstępie peugeota.

To już staruszek, ale te lata wspólnych podróży mocno nas zbliżyły. Pomysły racjonalizatorskie moich pracowników spowodowały, że mam w nim i swoją osobistą lampkę (do czytania i lektury kwitów) oraz gniazdko (do laptopa i telefonu komórkowego). I dlatego choć rozsądek podpowiada, że już czas na zmiany serce na to nie pozwala. Gdy zapytałem Pawła ile jeszcze nim pojeździmy dopowiedział: „Jakieś 100 tys. kilometrów jak będziemy o niego dbali”. 13 razy dookoła ziemi? To pięknie brzmi.

czwartek, 17 listopada 2011

Pieniądz jest bezwonny

Tak piszą w mądrych książkach. Ponoć pieniądze wymyślili Fenicjanie. Ci wynalazcy mieli łatwo, wymyślili raz i już tak zostało. Żadna sztuka. Jako szef instytucji, która nie może bez nich istnieć muszę ciągle je… wynajdować! Ostatnio odczuwam wyraźnie, że jest z tym coraz trudniej. Problem w tym, że nie wiem dlaczego, bo pieniądze są. Dla innych.

Sprawa jest poważna. Na ostatniej sesji dolnośląskiego sejmiku radni uchwalili dodatkową dotację w wysokości 525 tysięcy złotych dla 13 dolnośląskich instytucji kultury na ostatni kwartał tego roku. Niby niewiele, ale jednak. Wymieniona kwota to bowiem coś w rodzaju zaliczki pod przyszłoroczne płace, czyli tak naprawdę mowa już o 2,1 mln zł. Co więcej, właśnie taką kwotę zapisano do wieloletniej (2012 – 2025) prognozy finansowej województwa, a zatem oznacza to blisko 30 milionów złotych, które trafią – albo nie trafią – w tych latach do kieszeni najgorzej zarabiających pracowników dolnośląskiej kultury.

I właśnie na tej sesji okazało się, że trzy marszałkowskie instytucje kultury nie dostaną ani grosza z tej puli. Mój teatr znalazł się na tej krótkiej liście pominiętych. I naprawdę nie wiem dlaczego. Najniższa pensja w mojej firmie wynosi 1550 zł. Mimo bezrobocia, które ponoć w Legnicy ponownie wzrosło, z trudem udaje nam się znajdywać nowych pracowników do teatru. Tak „atrakcyjne” są warunki płacowe, które możemy im zaproponować. Wiem też, że większość mojej drużyny pracuje tylko dlatego, że lubi pracę. Nawet jeśli nie mogę im tego zrekompensować zarobkami.

Dlaczego tak się stało? Odpowiedzi, które dostaję od marszałkowskich urzędników są zaskakujące. Usłyszałem, że… za dużo zarabiamy, a inni mają gorzej! Trudno zweryfikować obliczenia, które stoją u źródeł takiego stanowiska. Być może u źródeł takich statystyk jest to, że nasze obliczenia są rzetelne. Kilka lat temu zrezygnowaliśmy bowiem z regulaminowych comiesięcznych premii włączając przeznaczone na to pieniądze w wynagrodzenia. Być może jesteśmy jedyni, którzy to zrobili, a inni nie wykazali tak wypłacanych pieniędzy jako trwałych składników płacy. Być może, jako mały teatr z kilkunastoosobowym zespołem aktorskim, za dużo… pracujemy! U mnie aktorzy nie siedzą bezczynnie na gołych i niskich pensjach, jak ma to miejsce gdzie indziej. A taka sytuacja statystycznie może istotnie wpływać na obliczenie średniej wynagrodzenia. Taka interpretacja byłaby najgorsza z możliwych. Oznaczałaby w istocie powrót do peerelowskiej zasady „czy się stoi, czy się leży”.

Media podpowiadają mi inną wersję wydarzeń. Że za wszystkim stoi polityka. Wiem, że nie jestem ulubieńcem SLD-owskiego prezydenta Legnicy, naszego drugiego współorganizatora. Wiem też, że decyzyjny w tej sprawie dolnośląski wicemarszałek należy do tej samej co prezydent politycznej opcji. Podpowiadacze mówią, że to forma nacisku na mnie osobiście, bym zrezygnował z prowadzenia legnickiego teatru! Że jest tak, jak kiedyś pisał w Wyborczej Mariusz Urbanek, że źródłem problemów naszego teatru jest słynne „bo ja cię, k… a nie lubię”. Wiem też, że szef legnickich struktur SLD głośno fetował tę krzywdzącą nas decyzję. Na tyle głośno, że dowiedziałem się o tym… Jednak jest też prawdą, że wyjaśnienie tej krzywdzącej nas decyzji i interwencję publicznie obiecał sejmikowy radny z tej samej formacji. Tej samej, ale – i to nie tylko pokoleniowo – zupełnie innej (z tego też powodu równie nie lubiany w legnickim ratuszu, który robi co może, by zaszkodzić temu młodemu politykowi).

Mam jednak żal także do prezydenta, że jako drugi z naszych organizatorów nie upomniał się u marszałka o pieniądze dla teatru. Chociaż tyle. Przecież to dzięki mojemu uporowi ( i – o paradoksie – przyjaznemu nam wicemarszałkowi z PiS) cztery lata temu staliśmy się instytucją finansowaną głównie przez marszałka. Budżet Legnicy oszczędza od tego momentu na nas 1,5 mln zł rocznie. O zwiększeniu teatralnej dotacji z ratusza (dzisiaj to jest 1,5 mln zł rocznie) nie słychać - mimo odczuwalnego przez wszystkich wzrostu kosztów życia, a dla nas funkcjonowania. A przecież, jak pisał przed laty nieoceniony Stanisław Jerzy Lec, „Pieniądz jest bezwonny, ale się ulatnia”. Pozostaje mi wierzyć, że w tym przypadku nie ma też barwy. Politycznej.


Tak podzielono dotację na IV kwartał 2011 (po pomnożeniu przez cztery, to także przyrost dotacji na rok 2012 i następne lata):
• Teatr Polski we Wrocławiu - 54 414 zł;
• Wrocławski Teatr Pantomimy – 45 968 zł;
• Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu – 10 465 zł;
• Opera Wrocławska we Wrocławiu – 58 265 zł;
• Filharmonia Dolnośląska w Jeleniej Górze – 18 713 zł;
• Filharmonia Sudecka w Wałbrzychu – 69 078 zł;
• Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – 727 zł;
• Dolnośląska Biblioteka Publiczna we Wrocławiu – 92 112 zł;
• Muzeum Narodowe we Wrocławiu – 60 318 zł;
• Muzeum Karkonoskie w Jeleniej Górze – 29 323 zł;
• Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu – 29 216 zł;
• Muzeum Gross-Rosen w Rogoźnicy – 57 494 zł;
• Muzeum Sportu i Turystyki w Karpaczu – 2 907

niedziela, 6 listopada 2011

Nie ma Ludwika

Esemes sprzed kilkunastu minut; „Nasz Ludwik Gadzicki, po rozległym zawale serca, zmarł dziś rano w szpitalu. Straciliśmy najwierniejszego przyjaciela Teatru – w żalu Grażyna”. Ludwik. Nasz Ludwik. Nasz Profesor. Chorował ostatnio poważanie, ale zawsze do nas wracał. Dzielnie pokonywał wszystkie przypadki. Wracał do nas. Do legnickiego teatru w którym oglądał chyba z półtora tysiąca spektakli. Ludwik z swym brulionem w którym notował swoje nieśmiertelne „memuary”. Ludwik z programem teatralnym zbierający podpisy twórców, aktorów. Ludwik z „Tygodnikiem Powszechnym”, którego wielkie czasy minęły, ale któremu pozostawał wierny. Bo on był stamtąd, z „Jagiellonki”, z Alma Mater, z Gołębiej, ale był też mocno nasz, legnicki, lubiński, „miedziowy”.

Przez lata uczył polskiego w technikum górniczym w Lubinie. A raczej nie uczył tylko wychowywał przyszłych górników (i nie tylko górników…). Poprzez wizyty na spektaklach teatralnych (zawsze i tylko wieczornych, nigdy w ramach lekcji) namawiał ich do uczestniczenia w kulturze. I potem często wracali do teatru. Już jako dorośli. Miał swoich uczniów wszędzie, na całym świecie. Wychował księży i bramkarzy, marynarzy i sztygarów. Jego benefisy i spotkania rocznicowe w legnickim teatrze przeszły do legendy. W czasie jednego z nich, którego głównym akcentem był spektakl „Sami” Kasi Dworak i Pawła Wolaka, wystąpił na scenie. Kochał scenę i kochał aktorów. Wręczane kwiaty i czekoladki były nieodłącznym atrybutem każdego spektaklu na którym był. I przemowy. Lubił i umiał przemawiać. Pisał piękne wiersze, na wydanie tomiku dogadaliśmy się w październiku….

To się musiało kiedyś stać, ale jak się stało to jest tak cholernie żal. „ On zawsze będzie w nas, jego śmiech na spektaklu i jego staromodne szelki”, napisała w esemesie Gosia Bulanda.
On zawsze będzie ze mną. Nie lubię wielkich słów bo często je nadużywamy. Ale mam absolutną pewność, że Ludwik Gadzicki był Największym na Świecie Przyjacielem Teatru. Teatru w ogóle, ale przede wszystkim naszego, legnickiego. I nie będzie takiego drugiego. Bo są ludzie niezastąpieni. I Ludwik w tej przyjaźni był niezastąpiony. Nie ma Ludwika. Jest żal, cholerny żal.