niedziela, 2 października 2011

Księga głupoty

Za tydzień wszystko będzie jasne. Chodzi, rzecz jasna, o wybory, a właściwie o ich wynik. Już wiadomo, że będzie to ostre starcie tych samych ugrupowań, które bitwę stoczyły cztery lata temu. Z tą jednak, dla mnie ważną różnicą, że tym razem osobiście uczestniczę w tej rywalizacji. Fakt, że konwencja Platformy odbyła się w naszym legnickim teatrze sprawił mi satysfakcję. I to zupełnie z pozapolitycznych powodów. Jeśli bowiem marszałek Sejmu i jeden z liderów partii rządzącej Polską tak wiele mówił o znaczeniu naszego teatru dla budowania lokalnej i regionalnej tożsamości mieszkańców miedziowego zagłębia i całego Dolnego Śląska, to mówił także, że nie zmarnowałem tych ostatnich kilkunastu lat swojej pracy. Trudno nie cieszyć się, gdy ważny polityk mówi publicznie, że to, co robimy ma głęboki sens i widziane jest z daleka. Tutaj stawiam kropkę, bo – jak mówi jeden z moich przyjaciół – najważniejsze na blogu to nie nudzić.

Zupełnie inna rzecz, że o to, by nie było nudno najbardziej starają się nasi przeciwnicy i wspierające ich media. Nie ma już takiej bzdury i takiego kłamstwa, które nie służyłoby im do podgrzewania nastrojów. Wszystko jedno czy jest to wyprowadzanie kibiców na ulice, straszenie wyprzedażą KGHM, czy kolejna kosmiczna wersja katastrofy smoleńskiej („Tupolew został zestrzelony” – doniosła ta sama gazeta, która kłamała także na mój temat). Do tych celów używa się także plotki. Ostatnio jednemu z lokalnych dziennikarzy musiałem dementować wiadomość „ze źródeł zbliżonych do dobrze poinformowanych”, że zamierzam porzucić Legnicę, by przeprowadzić się do rodzinnego Tarnowa. Bzdura? Owszem. Ale pożyteczna dla moich konkurentów, gdyż – gdyby była prawdziwa - dyskredytowałaby moją kandydaturę, jako senatora i rzecznika spraw miedziowego regionu. I zapewne o to tylko chodziło w tej plotce.

Najgorsze jest jednak, że kampanie wyborcze wyprowadziły nam na ulice, wiece i do mediów stada Świętych Mikołajów. Już nie tylko mój konkurent z Lubina rozdaje pieniądze, których nie ma i mieć nie będzie. Robią to niemal wszyscy, najwyraźniej sądząc, że wyborcy to stado baranów. Jak podliczyła fundacja Leszka Balcerowicza obietnice PiS to 67 mld zł, PSL – 215 mld zł, zaś SLD – 218 mld zł. Popierająca mnie PO też obiecuje sporo, choć przy już wymienionych, to ubogi Mikołaj za 14 mld zł. Wszyscy chcą rozdawać, prawie nikt nie mówi skąd czerpać te gigantyczne kwoty. Zdumiewające! Przeciwnicy rządu straszą Polaków przykładem Grecji, a jednocześnie dają obietnice, których spełnienie doprowadziłoby do urzeczywistnienia tego fatalnego scenariusza. Głupota? Tak. Ale przede wszystkim bezczelność i polityczny cynizm.

Dla relaksu podczytuję sobie książkę, która wpadła mi ostatnio w ręce kusząc tytułem. Chodzi o „Księgę głupoty” czyli – jak pisze jej autor Marcin Rychlewski – „piorunujący koktajl sporządzony z groteskowych przejawów otaczającej nas rzeczywistości”. Sporządzony – dodajmy – także jako efekt niestrudzonych wysiłków urzędników i polityków (ale także naukowców i… artystów). Czy wiecie np. że dwa lata temu w Ustce postawiono półtorametrowej wysokości pomnik, bez napisów, okazji i wyraźnego celu? „O tym, komu będzie poświęcony zdecydujemy w przyszłym roku” – wyjaśniał lokalnym żurnalistom rzecznik prasowy miejscowego urzędu. Inny przejaw tej nadaktywności nadszedł z Częstochowy, w której radni zakazali specjalną uchwałą… szczekać psom między drugą w nocy, a szóstą rano. Radni spod Jasnej Góry i tak wykazali się liberalnym podejściem do problemu, bo psom z amerykańskiego New Jersey zakazano szczekać od 8 wieczorem do 8 rano.

Z teatralnego i legnickiego doświadczenia wiem, że gdybym przestrzegał wszystkich przepisów, które znam i tych, o których istnieniu nie mam pojęcia, nie mógłbym robić sztuki w sposób, który naśladowany jest już w wielu polskich teatrach. A nasz program „Teatr, którego Sceną jest Miasto”, za który dostaliśmy dwa lata temu marszałkowską nagrodę kulturalną SILESIA (i 100 tys. zł) i trzyletni grant ministra kultury (łącznie 900 tys. zł), nadal byłby tylko zapisem na kartce papieru. Pomyśleć, że wszystko zaczęło się 15 lat temu od… zerwania kłódki i wejścia do nieczynnej hali fabrycznej z przeciekającym dachem (przy ul. Jagiellońskiej) by zagrać w niej „Złego”. Była gruba afera, dostałem naganę, było doniesienie do prokuratury (umorzone)… Dziś nie mam wątpliwości, że zrobiłem dobrze. Sztuka przyniosła nam rozgłos, a hala znalazła nowego właściciela, który ją wyremontował. Dziś jest tam największa w mieście dyskoteka . Nie moja bajka, ale obiekt nie jest już ruiną i służy mieszkańcom.

Warto zatem czasami iść pod prąd, a zdecydowanie warto walczyć z głupotą. Czy z senatorskim mandatem będzie mi łatwiej? Mam taką nadzieję.

wtorek, 27 września 2011

Na paranoje róbmy swoje

„Kiedy żyjesz uczciwie, nie dbaj o słowa złych ludzi”. Te słowa rzymskiego polityka i doskonałego mówcy sprzed z górą dwóch tysięcy lat Katona Starszego przyszły mi na myśl po ostatnich zdarzeniach, których byłem mimowolnym uczestnikiem. Chętnie zastosowałbym się do tej rady, gdyby nie szczegół. Stałem się bowiem obiektem bezpardonowego ataku przypominającego precyzyjnie zaplanowany ostrzał artyleryjski. No, cóż… Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało wchodząc w politykę. Ostatecznie przywołany przed chwilą Katon zasłynął głównie tym, że każde i wygłaszane na dowolny temat wystąpienie w Senacie kończył zdaniem: „A poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć”.

Nie sądzę by ci, którzy powitali nas ostatnio w Lubinie słowami: „Wypier… z Lubina”, „Polityczne prostytutki”, ale także… „Precz z komuną” znali dorobek Katona, ale zachowywali się dość podobnie. Te bluzgi skandowali w tym mieście młodzi zadymiarze, ponoć kibice piłkarskiego Zagłębia, którzy postanowili zablokować przejazd wyborczego „tuskobusa”. Na ordynarnych wyzwiskach się nie skończyło. W ruch poszły także jajka (wielkie dzięki, że nie kamienie). Próbowałem z nimi rozmawiać, ale byłem bez szans. Oni nie chcieli rozmowy. Oni chcieli ją uniemożliwić i to się im udało. Na groteskę zakrawa w tej sytuacji fakt, że ci młodzieńcy – zamykając nam możliwość rozmowy z mieszkańcami miasta - demonstrowali pod transparentem „Wolność słowa”. Zapewne polityczni inspiratorzy tej akcji zacierali ręce, a ci trunkowi pili do rana. Moim zdaniem – przedwcześnie. Jak już zaleczą kaca powinni odrobić parę lekcji historii i pamiętać, że gdy się podkłada ogień można się poparzyć. Niech nikt się nie łudzi, że ci młodzieńcy wyszli na ulicę w spontanicznym odruchu protestu. Działa załadowano bowiem wcześniej i zrobili to zawodowcy. Zacznijmy od cytatu. Ale uwaga! Wszystko jest tu ważne. Zarówno treść, jak i kompozycja.

„Kolejny wielki skandal tej kampanii! KGHM Polska Miedź, spółka z udziałem skarbu państwa, dała 350 tys. zł na promocję spektaklu Jacka Głomba, kandydata PO do Senatu”. Tak już z czołówki zaatakował mnie nowy polityczny tabloid, w którym prawdy jest dokładnie tyle, ile w dawnym radzieckim tytule o tej nazwie. I dokładnie tyle samo, co w tygodniku-matce, wsławionym spiskowymi i krańcowo bzdurnymi, za to bezczelnymi wersjami przyczyn smoleńskiej śmierci polskiego prezydenta ( 1.zamach radioelektroniczny, 2. rozpylona mgła, 3. atak helowy 4. tajny pakt Tusk-Putin, 5… 6… itd.).

Młodsi czytelnicy zapewne nie pamiętają, ale za komuny niezwykle popularne były dowcipy o radiu Erewań. „Drogie radio. Czy to prawda, że na Placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody? Szanowny słuchaczu. Tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery. Nie na Placu Czerwonym w Moskwie, tylko na Newskim Prospekcie w Leningradzie. I nie rozdają, tylko kradną”. Dokładnie tę samą zasadę gospodarowania prawdą wybrał autor atakującej mnie publikacji.

Faktycznie. KGHM dał pieniądze. Nie na promocję, lecz na wyprodukowanie spektaklu i bezpłatne pokazanie go członkom swojej załogi z okazji jubileuszu 50.lecia firmy. Nie 350 tys. zł, ale 250 tys. zł (pozostałe 100 tys. zł jest na dofinansowanie Festiwalu Teatru Nie-Złego, który z sukcesem zakończyliśmy w miniona niedzielę). KGHM dał kasę nie mnie, kandydatowi do Senatu, ale teatrowi, którym kieruję.

Teraz kilka dodatkowych faktów i dat. Pomysł na teatralną balladę inspirowaną historią KGHM powstał kilka lat temu, za prezesury Wiktora Błądka, który w ostatniej chwili wycofał się z jego wsparcia. W styczniu br. zdecydowałem, że – mimo wszystko - ją zrobimy, bo półwiecze KGHM to dobra okazja. W lutym oficjalnie poinformowałem o tym media, podając roboczy tytuł sztuki i założenia scenariusza, a także datę premiery wyznaczoną na otwarcie (zaplanowanego rok wcześniej na wrzesień br.) Festiwalu Teatru Nie-Złego. 13 lipca poinformowaliśmy publicznie o wsparciu obu projektów przez KGHM. 29 lipca zostałem kandydatem PO do Senatu. 4 sierpnia prezydent Komorowski ogłosił datę wyborów.

Wszystko, co powyżej, znane było autorowi tekstu o „wielkim skandalu w kampanii”. Rozmawiałem z nim. Wiedziałem też – nie jestem naiwny – że to co powiem, nie ma większego znaczenia. Zamówienie było inne. Nie na wyjaśnienie czegokolwiek, ale na bezpardonowy atak zlecony przez konkurentów politycznych. Naprawdę przykro zrobiło mi się dopiero wtedy, gdy wyczytałem, że do tak spreparowanej nagonki przyłączyli się Krzysztof Skóra (PiS), były prezes KGHM, który za swojej kadencji sponsorował teatr jeszcze hojniej (posiadacz - jednego z dwóch zaledwie - oficjalnego tytułu Przyjaciel Teatru Modrzejewskiej) oraz poseł Ryszard Zbrzyzny (SLD), który jeszcze w lutym pomagał nam przy tworzeniu scenariusza jubileuszowego spektaklu. No, cóż. Widać w kampaniach politycznych wszelkie chwyty są dozwolone. Także te poniżej pasa.

Gdyby dziennikarz był rzetelny przypomniałby o naprawdę dużych pieniądzach przeznaczanych przez KGHM na sponsoring. Napisałby, kto, kiedy i dlaczego dał 1 mln zł Operze Dolnośląskiej na zaledwie dwa (!) spektakle „Giocondy”, albo 750 tys. zł organizatorom łódzkiego Festiwalu Czterech Kultur. Mógłby też przypomnieć, ile kosztowało w przeszłości KGHM wspieranie wybranych gazet (np. „Trybuny”, „Przeglądu”, „Wprost”, „Tygodnika Solidarność”). To były miliony w skali roku…

Ale dajmy już spokój. „Odpierać twierdzenia dziennikarzy to tyle, co pociągać diabła za ogon albo usiłować przekrzyczeć rozzłoszczone babsko”. Wiecie kto to powiedział? Facet z mojej branży i wybitny rosyjski dramaturg Antoni Czechow. Od jego śmierci minęło ponad sto lat. I co się zmieniło? Nic.

„Nie martw się. Uwierz w rozsądek ludzi i w to, co mówił Jean Paul Sartre: „Kto ma przeciwko sobie głupców, zasługuje na uznanie”” – usłyszałem po wszystkich tych zawieruchach od znajomego. Może i jest to pocieszające, ale nie wiem czy sprawdza się w praktyce. Jest wiele przykładów, że w życiu bywa inaczej. Skoro jednak mnożę już tu cytaty, to przypomniał mi się inny. Ten z Wojciecha Młynarskiego, który w moim pokoleniu znają chyba wszyscy: „Niejedną jeszcze paranoję przetrzymać przyjdzie robiąc swoje. Kochani, róbmy swoje, żeby było na co wyjść!”.

No właśnie. Róbmy swoje…

niedziela, 25 września 2011

Bardzo dobry nie-zły festiwal

Kończy się wymyślony przez Fundację Teatr Nie-Taki festiwal, który organizacyjnie wspiera nasz Teatr. Jest tak, jak powinno być, jak się działo przy Festiwalu „Miasto”, a pewnie jeszcze lepiej. Pełne widownie, bardzo dobre spektakle (nie myślę tu o „Orkiestrze”, bo nasza…), piękna pogoda, fantastyczna atmosfera w klubie festiwalowym w Modjeskiej.
I bardzo dużo młodych ludzi na widowniach i w klubie. To wielka, wielka wartość. Rozmawiam z Damianem Borowcem o pomyśle na musical wymyślony i napisany przez samych młodych. Musical o mieście, o Legnicy. O ich Legnicy. Słucham Janka Szlempo i Karoliny Trałki, dziewczyny o fantastycznym głosie i temperamencie, To piękne co robią i jak myślą. To zupełnie inny świat i jak myślę o nich to czuję, że do końca świata jeszcze daleko.

Ten młodzieżowy ferment zrobił na pewno Ośrodek Nowy Świat przez warsztaty i projekty. To tam się pojawili zupełnie nowi, w sensie obcowania z teatrem, młodzi ludzie. A teraz Festiwal daje im kolejną przestrzeń twórczą. To może być rewolucja. Warto, żeby wpływ na rzeczywistość mieli właśnie młodzi. To oni powinni i chcą zmieniać świat.
Festiwal okazał się świetnym pomysłem. Wymyślony ideowo i programowo przez Katarzynę Knychalską, prezeską Fundacji, przy mocnej współpracy Marty Pulter, Marzeny Gabryk-Ciszak i Magdy Joszko, organizowany przez Fundację z logistyczną współpracą Teatru (a także pomocą mnóstwa wolontariuszy), jest ten festiwal lekcją fantastycznego teatru, zupełnie różnorodnego estetycznie. Ale wszystkie te spektakle łączy jedna cecha – są SZLACHETNE co wcale nie jest normą w polskim teatrze. Piszę to wszystko po „koncercie” Kasi Chmielewskiej i Leszka Bzdyla. To co pokazali w „Caffe Late”, spektaklu Teatru Dada von Bzdulow and SzaZy z Gdańska było szlachetne, piękne, wzruszające, zabawne, mądre, eh, można tak pisać sto lat, ale i tak nie opisze się tych gestów, sytuacji, muzyki, ciał, ruchu...

Nie chodzi o żadne święta teatru jak pisze się przy byle okazji. Chodzi o SZTUKĘ, o takie coś co jest poza opisem, poza modą, poza koteriami. I dlatego ten festiwal robiony w kontrze wobec festiwalowych mód jest tak ważny.

piątek, 23 września 2011

Orkiestra

Pierwsza recenzja legnickiej "Orkiestry".

(artykuł dodał administrator strony)

***

E-teatr: legnickiego skarbu trzeba strzec.


Poprzez pryzmat małej, specyficznej zbiorowości, twórcy opowiadają o historii kraju - o spektaklu "Orkiestra" w reż. Jacka Głomba z Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy, inaugurującym Festiwal Teatru Nie-Złego pisze Ewa Uniejewska z Nowej Siły Krytycznej.


Jacek Głomb nie boi się ryzyka. Od lat konsekwentnie przyznaje, że to, co go interesuje w teatrze najbardziej, to wyjście z nim do ludzi. Zwłaszcza do tych, którzy na co dzień z teatrem nie mają nic wspólnego. Tym razem pokłonił się górnikom, snując opowieść opartą na faktach z ich życia. Tworząc spektakl bazujący na historii regionu, ściśle związany z lubińską Cechownią i jej pracownikami, zaryzykował po raz wtóry; trudna to sytuacja dla widza, który, co prawda, miał do czynienia z teatrem, ale obcy mu jest ten obszar kulturowy, orkiestrę górniczą zna jedynie z telewizji.

Jadąc pociągiem z Warszawy na inaugurację Festiwalu Teatru Nie-Złego, zastanawiałam się, co mogę zastać na miejscu. Pełnym nadziei podekscytowaniu towarzyszyły wciąż rosnące obawy. Nigdy nie byłam w Legnicy, Teatr im. Modrzejewskiej znam z jego występów gościnnych. Między obskurnymi okolicami legnickiego dworca a zadbanym (małym, acz klimatycznym) Rynkiem panuje wyraźny dysonans. Trudno oceniać festiwal, który jeszcze na dobre się nie zaczął, jednak warto na wstępie zaakcentować jedną rzecz: jego organizacja jest w każdym calu PROFESJONALNA. Nie wiem, czy sprawdzi się jego program, czy zaintryguje publiczność, ale z podziwem śledzę każdy szczegół, precyzyjnie dopracowany przez organizatorów. Należą się brawa.

To nie była jedna z wielu schematycznych inauguracji. "Orkiestrę" zagrano w Cechowni w Lubinie, przestrzeni z pozoru nieteatralnej. Tam też czekała na widzów niespodzianka pod postacią prawdziwej górniczej orkiestry, intonującej kilka utworów. Doskonała uwertura do opowieści o losach górników, których połączyły muzyka i wspólny los, a niejednokrotnie dzieliły pochodzenie i poglądy partyjne. To przecież zgrzytem zaczyna się spektakl. Zagrać koledze na pogrzebie - partyjnemu, bo partyjnemu, ale przecież górnikowi - czy nie? Przecież tam, na dole, nieważne są podziały; każdy jest na równych prawach.

Kłótnia ta staje się przyczynkiem do retrospekcyjnego odtwarzania wydarzeń, które spotkali na swojej drodze pracownicy kopalni. Poznajemy zatem historię Janka Fugi (Paweł Wolak) i Franciszka Biedy (Paweł Palcat), przyjaźniących się niegdyś młodych chłopców, których poróżniła Konczita (Zuza Motorniuk) i pochód pierwszomajowy. Prywatne losy ludzi, którzy zakochują się, kłócą, pobierają, zdradzają, kradną, będą warunkowane historią i narzucanymi ideologiami. Poprzez pryzmat małej, specyficznej zbiorowości, Jacek Głomb opowiada o historii kraju. Czyni to z dużym wyczuciem, bez popadania w encyklopedyczność, lecz z troską o ludzką prawdę.

Aktorzy legnickiego teatru tworzą wyśmienitą orkiestrę. Nie ma osoby, która zagrałaby źle; każda z nich zachwyca umiejętnościami warsztatowymi. Ich grze towarzyszy dystans i dobre wyczucie ironii, inteligentne myślenie o tekście i sytuacji scenicznej. Pokaz Teatru Modrzejewskiej mógłby stać się nauką dla artystów stołecznych, którym legniccy twórcy w niczym nie ustępują. To zdecydowanie dobre Nie-Złego początki.

(Ewa Uniejewska, „Legnickiego skarbu trzeba strzec”, Nowa Siła Krytyczna, www.e-teatr.pl, 23.09.2011)

środa, 21 września 2011

Zapis, przepis, popis i inni

„Zanim pójdziesz do ołtarza, przyjrzyj się dokładnie swojej teściowej. Będziesz wiedział, jaka będzie kobieta, którą chcesz poślubić”. Taką życiowo pożyteczną radę dawały kiedyś matki swoim synom. Nie bez powodu. Z doświadczenia wiedziały bowiem nie tylko, że kobieta zmienną jest, ale coś znacznie ważniejszego. Chciały uchronić synów przed chwilowym zauroczeniem, bo - jak powszechnie wiadomo- miłość bywa ślepa i wyjątkowo odporna na prawdę. A o nią najtrudniej w okresie miłosnych łowów i zarzucania sieci na wybranka.

Jesteśmy właśnie w finałowej fazie takiego uwodzenia. Nie chodzi tu jednak o przedmałżeńskie konkury, ale o polityczny wybór. O wszystkie te sieci, wnyki oraz haki z przynętą podrzucane wyborcom. Za radą doświadczonej pani matki zalecałbym wszystkim najwyższy stopień nieufności i ostrożności wobec deklaracji i obietnic, które właśnie teraz (dlaczego nie rok, dwa lata temu?) padają z ust kandydatów do sejmowych i senackich foteli.

Ale przecież wszyscy w kampanii wyborczej obiecują, zapewniają, sypią sloganami… W dużej części to prawda. Więcej (a dla wyborcy trudniej), prawie wszyscy obiecują to samo, według modelu dla każdego, coś miłego plus jeszcze coś ekstra. Są wśród nich i tacy, którzy gotowi są nawet awansem rozdawać dobra, którymi nie dysponują i nigdy nie będą dysponowali. Właśnie dlatego przypomniała mi się rada pani matki. W konkretnej sytuacji, o którą tu chodzi, sprowadziłaby się do bardzo dokładnego sprawdzenia nie tego CO, ale KTO mówi i obiecuje. Do dyskusji o tym kim jest i czego dotychczas dokonał kandydat, a nie do pustosłowia w stylu kim chciałby być i czego chciałby dokonać. Byle tylko dać mu mandat do władzy.

Przy okazji… Warto by się zdecydowanie uważnie przyjrzeć owej „teściowej”, czyli w tym przypadku osobom popierającym lub wręcz namaszczającym i popychającym kandydata do parlamentu. Bo – pisałem już o tym – polityka to gra drużynowa. W pojedynkę można rozwiązywać krzyżówki, iść na ryby lub oglądać mecz w telewizji. Samotnie nie da się nic ugrać, ani – tym bardziej – cokolwiek wygrać, by w efekcie zrealizować wyborcze obietnice. Ale przyglądać się trzeba uważnie i z namysłem.

Sam też się przyglądam. Czasami z rozbawieniem dostrzegam, jak na siłę kreuje się medialną czyli propagandową rzeczywistość. Zgodnie z nią jednego z moich konkurentów popierają właściwie wszyscy, czyli… pis, wypis, zapis, przepis i popis. Zabawę w rozszyfrowywanie, kto jest tu kim, zostawiam czytelnikom i wyborcom. Dla ułatwienia wyjaśniam, że trzy ostatnie to prezydenci dolnośląskich miast. Najzabawniejszy jest ten ostatni. W poniedziałek poparł, w środę twierdził, że został źle zrozumiany, teraz zaprzecza i popiera kogo innego. Widocznie być za, a nawet przeciw, to polska, bardzo prezydencka przypadłość i tradycja.

Niech, tam. Pytanie tylko dlaczego o poparciu było bardzo głośno, a o tym, że to tylko „nieporozumienie” jest tak cicho? Może rację ma wybitny wiedeńczyk i filozof Karl Popper, który dowodził, że „telewizja kształtuje nie jednostki wolne, krytyczne i odpowiedzialne, lecz bierne, powierzchowne i sentymentalne”. Formuje zatem nie tyle świadomych obywateli demokratycznego społeczeństwa informacyjnego, ile dobrze zabawioną widownię. To wielkie zagrożenie dla demokracji, także tej lokalnej. To poważny problem i prawdziwe wyzwanie. Także dla mnie. Po to między innymi kandyduję. Popper przed śmiercią bał się, że nowe generacje wychowane na telewizji nie będą zdolne do obrony wolności, którą odziedziczyły po swoich rodzicach. Ja też się tego obawiam.

poniedziałek, 19 września 2011

Jak Gwarek stał się Le Cafe

Weekend spędziłem w Lubinie. W piątek popołudniowy happening z muzykami z orkiestry dętej promujący „Orkiestrę” – spektakle w cechowni ZG „Lubin”. Mój przyjaciel, emerytowany górnik Jan Marian Bączek namówił swoich kolegów, żeby zagrali dla nas. Przemarsz od CK „Muzy” do Małego Kościoła po raczej pustym mieście („to nic nowego, mówią moi znajomi z Lubina, tylko w galerii jest pełno”). Ksenia Dowhań-Domańska jest w swoim żywiole, rozdaje ulotki, czasem nawet zatrzymując auto, przekonuje ludzi. Promujemy przy okazji Festiwal Teatru Nie-Złego, który zaczyna się w czwartek właśnie premierą „Orkiestry”. „Po robocie” piwo w kawiarni przy Wzgórzu Zamkowym i pogaduchy z muzykami, którzy opowiadają dowcip za dowcipem. Oczywiście o górnikach.


W niedzielę projekcja „Operacji Dunaj” (mojego debiutu filmowego) w Le Cafe czyli dawnym Gwarku w którym legnicki aktor Paweł Wolak (urodzony lubinianin), który towarzyszył mi na projekcji, pił kiedyś swoje pierwsze w życiu piwo. To też znak czasu: ta transformacja Gwarka w Le Cafe… Po projekcji dobra rozmowa z widzami o polskim filmie, o lokalnej polityce i o tym, że trzeba stworzyć w Lubinie miejsce dla sztuki. Jednocześnie momentami atmosfera jak kiedyś w Gwarku czyli jest swojsko. Z Mariolą Kosenko, kreatorką portalu Nasz Lubin i Igorem Kruczkiem, człowiekiem od wszystkiego, gadamy o stworzeniu w Lubinie takiego miejsca jakim była legnicka Scena na Piekarach. O miejscu dla tworzeniu sztuki, a nie tylko jej odtwarzaniu. To bardzo dobry pomysł: wymyślić takie miejsce, zaadaptować je, znaleźć źródła finansowania i przekazać lokalnym stowarzyszeniom, fundacjom, grupom nieformalnym. Żeby obudzić ducha Lubina.

piątek, 16 września 2011

Chodzi o to, by gonić króliczka

Kłam, oszukuj, lawiruj, ale przede wszystkim uśmiechaj się i obiecuj. Ale na początek skombinuj furę kasy i kup sobie media. Jest coraz więcej dowodów, że właśnie tak wygląda kampania wyborcza w moim regionie. Być może podobnie wygląda to w całej lokalnej Polsce. Zgroza. Tym większa, że tak nie chcę i nie potrafię. Czy to ja jestem naiwny, czy też ideały demokracji i wspierającej ją wolnych mediów należą już do przeszłości, w której i ja byłem dziennikarzem?

Chłopie! Czy nie rozumiesz, że nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go? Takie podpowiedzi słyszę od przyjaciół, co do których mam pewność, że nie są tylko cynikami i chłodnymi graczami. Już wiem, że nie chodzi im o piosenkę, którą dla Skaldów (pamięta ktoś jeszcze…?) napisała Agnieszka Osiecka. Chodzi o wymyślenie wyborczej bredni, która zadziała według zasady „ja rzucam, a wy to łykajcie jak pelikany”.

Nie mam wątpliwości, że to działa. Tzw. pakt dla regionu wymyślony przez doradców mojego lubińskiego konkurenta jest świetnym tego przykładem. Jego autorzy doskonale wiedzą, że to wyłącznie zabieg propagandowy, że jego żywot skończy się w dniu wyborów (pisałem już o tym). I to bez względu na ich wynik! Chodzi bowiem wyłącznie o polityczny cynizm, czyli skuteczne narzucenie konkurentom pola do rozgrywki. W uczciwie rozgrywanych szachach nazywa się to inicjatywą, ale już w politycznym piarze po prostu narracją. Im bardziej egzotyczny pomysł, tym lepiej się sprzeda. Fakt, że jest to oszukiwanie wyborców nie ma tu najmniejszego znaczenia.

Jest jeden warunek, by to skutecznie zadziałało – słabe lub w pełni zależne od narratora media. A z taką sytuacją mamy do czynienia. Nie chodzi mi jednak o dziennikarskie standardy i indywidualną uczciwość konkretnych osób. Wielu ludzi mediów znam i wiem, w jakich czasach i w jakich warunkach przyszło im pracować. Dalekich od komfortowych. Problem w tym, że dysponentami lokalnych mediów są politycy, którzy traktują je wyłącznie instrumentalnie - do poszerzania obszaru własnego panowania i zamykania ust oponentom.

„Kto ma narrację, ten ma rację. Nawet jak jej nie ma” – mówi wybitny polski ekspert od politycznego piaru Eryk Mistewicz. Dlatego wszelka krytyka bzdury, jaką jest tzw. pakt mija się z celem. Bo temu, kto go wymyślił, chodzi wyłącznie o to, by o nim mówiono i pisano. Konkurentów wręcz zmusza się zatem, by wypowiadali się na zadany temat, a potem przedstawia jako wrogów „świetnego” pomysłu. To jest właśnie owa narracja. To tak, jak z ostatnią inicjatywą prezydenta Lubina w sprawie zniesienia podatku od nieruchomości. Ten doświadczony polityk wie, że to bezprawie i hucpa, która skończy się uchyleniem przez wojewodę. „Chciałem dobrze, ale widzicie, znowu mi ci obrzydliwi partyjni politycy nie pozwalają” – powie. Tylko o to i o szum w mediach przed wyborami tu chodzi.

„Komunikacyjnie wygrają te organizacje, które będą miały własne media” – zauważa Konrad Ciesiołkiewicz, człowiek doświadczony w robieniu wody z mózgu, były rzecznik prasowy rządu Kazimierza Marcinkiewicza. Jest bardzo możliwe, że ma rację. Tylko, że ja nadal nie wiem, jak w tych konkretnych warunkach mam gonić króliczka? I czy naprawdę muszę to robić, by grać w te obrzydliwie znaczone karty?

Tym, którzy nadal uparcie będą udawać, że nie wiedzą o co mi chodzi polecam amerykański klasyk, świetny i pouczający film „Fakty i akty” Barrego Levinsona z Dustinem Hoffmanem i Robertem De Niro. Prezydent USA chce zatuszować zagrażający mu skandal seksualny. Jego doradcy wymyślają zatem inną pożywkę dla mediów. Zrealizowaną w filmowym studiu wojnę w Albanii. Relacje z pola walki codziennie trafiają do mediów…